2013 · Autostopem przez życie

Dzień 81 - droga przez mękę

← Wszystkie wpisy

Na granicę z Indiami dostać się jest ciężko, ale byłem pewny siebie. Zbyt pewny. Patrząc na mapę spojrzałem na odległości, główne trasy, miejscowości i po chwili oszacowałem, że dojazd zajmie mi max 2 dni.

Wstałem o 4.30 i o 5 siedziałem już w busie wyjeżdżającym za miasto. Następnie około 30 minut marszu i zacząłem łapać. Bezproblemowo. Pierwszy stop po minucie i stukilometrowa podwozka na północ. Gdy wysiadłem znowu się udało i raz dwa miałem kolejnego stopa do Shwebo. Dopiero wtedy zaczęły się schody.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Moich kierowców poinformowałem, że jadę w kierunku Kalay, a oni powiedzieli, że jest to niemożliwe. Setki razy słyszałem ten tekst, więc po prostu głupio się uśmiechając, przytaknalem i ruszyłem przed siebie.

Znowu miałem do przejścia całe miasteczko, ale szedłem uśmiechnięty od ucha do ucha. Łatwy stop, wczesna godzina, więc powino się udać. Kupiłem sobie palke banbusowa z ryżem w środku i spałaszowałem jako swoje śniadanie i obiad.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po kolejnych 45 minutach byłem na 'wylotowce', która okazała się być wąską, piaskowa drogą. W myślach przeklnałem Google Maps, na których ta trasa była zaznaczona takim samym kolorem jak S7 z Wawy do Gdańska. Utknąłem tam na dobre 45 minut, które spędziłem na odpoczywaniu i odpowiadaniu na pytania zatrzymujących się raz po raz motorów, które generowały jedyny ruch na drodze. W końcu kierowcy dwóch z nich postanowili mi pomocy i wytłumaczyli coś w stylu 'No money. Free car.' Gdy zadowolony wskoczyłem na jeden z nich, chłopaki zaczęli jechać w kompletnie odwrotnym kierunku. Zacząłem powtarzać - 'No bus. No bus', ale oni dalej swoje - 'No,no money. Free car.' Przez chwilę myślałem, że może rzeczywiście mają kogoś, kto jedzie akurat tam i może mnie wziąć, ale w miarę zbliżania się do dworca autobusowego moje nadzieję ulatniały się. Jeszcze jak na złość dworzec był na drugim końcu miasta. Nawet jak wysiedliśmy to tłumaczyłem, pokazywałem na kartce zdanie mówiące 'No bus, no taxi, no train', ale sprawiłem tylko, że się poczuli nieswojo i odjechali, a ja znowu miałem do pokonania dokładnie tą samą trasę co dwie godziny temu. Uśmiechanie już nie przychodziło mi tak łatwo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po 30 minutach marszu zatrzymał się obok mnie facet mówiący po angielsku, który z tego co mówił, zawsze pomaga obcokrajowcom, którzy zabłądzą do jego miasta. Po chwili zdecydował się pomóc również mi i podwieźć mnie na motorze do kolejnej wioski na północ. W sumie nie było tragedii, bo zbliżała się dopiero 12, więc wciąż miałem jakieś 7 godzin dnia przed sobą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I znowu. Samo południe, a ja idę piaskowa drogą za miasto. Najśmieszniejsze, że sam marsz nie męczył aż tak, ale pył, który podnosił się po przejechaniu każdego motora. Oczywiście lało się ze mnie okrutnie, więc wszystko dosłownie się do mnie kleiło.

Po godzinie zrobiłem sobie przerwę i usiadłem w cieniu czekając na jakiekolwiek auto. Od godziny nic. Dopiero po 30 minutach siedzenia zobaczyłem większe niż zwykle tumany kurzu na trasie, więc się zerwałem i zacząłem machać.

Z czarnego minivana wyskoczył mówiący po angielsku, młody chłopak. Zacząłem tłumaczyć, gdzie jadę i po co, ale w pewnym momencie mi przerwał i powiedział, że wszystko rozumie, ale jego samochód to karawan i właśnie jedzie na pogrzeb. Straciłem nadzieję, ale okazało się, że chłopak raczej mnie pytał, czy nie mam nic przeciwko, aniżeli mówił, że nie może mnie wziąć. Zdarzyło mi się już jechać z trumnami, więc nie miałem nic przeciwko. Dopiero po otwarciu drzwi przypomniałem sobie, że to Birma i ludzi tutaj nie stać na trumny. W środku zobaczyłem leżącą na ziemi starszą kobietę z plakietka na dużym palcu u nogi. Zdębiałem, a koles jakby nigdy nic wskoczył do środka i poprosił, żebym mu podał plecak. Po chwili poczułem smród i uświadomiłem sobie, że właśnie taki zapach mają zwłoki, które leżą zdecydowanie zbyt długo w tropikalnym klimacie.

Usiadłem z przodu, a kierowca jak gdyby nigdy nic zaczął ze mną rozmawiać i opowiadać historię denatki. Nie byłem w stanie się skupić, bo już pomijając zapach, to koles jechał po jak wariat. Na drodze dziury jak po wojnie, a ten grzeje ile fabryka dała, raz po raz szorując podwoziem o nawierzchnię. Starałem się nie odwracać, ale słyszałem, jak wraz z samochodem skacze również kobieta z tyłu auta i raz po raz uderza głową o podłogę.

Jazda trwała około 30 minut, ale nawet jak wysiadłem, to wciąż czułem na sobie zapach z auta.

Ogólnie okazało się, że trafiłem do jednej z nielicznych miejscowości, w których mieszkają katolicy. Po krótkiej rozmowie z księdzem w lokalnym kościele dowiedziałem się, że mniej więcej 400 lat temu przybyli tutaj misjonarze z Francji i między innymi dlatego okoliczne wioski nazywają się Calais, Lourd, Paris, Calais i Taize.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Właśnie do tego ostatniego musiałem dotrzeć, żeby trafić na główną trasę. Udało się dość szybko, bo już po chwili jechała ciężarówka i zabrała mnie na krzyżówkę do Taize.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W miasteczku zaprowadzono mnie do lokalnego guru ds. obcokrajowców, czyli jedynej osoby mówiącej po angielsku. Okazało się, że owszem jestem w dobrym miejscu, ale według nich, nikt nie jeździ do Kalay. Oczywiście kolejny raz przytaknąłem, a pomyślałem swoje i guru mnie podwoził za miasto. Droga okazała się być po prostu błotem utwardzonym gdzieniegdzie kamieniami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwsze auto przejechało po 30 minutach, ale mnie nie wzieli. Kolejny był autobus, który zatrzymał się mimo, że go na niego nie machałem i chłopaki wzięli mnie do kolejnej wioski, gdzie wg mapy, łączyły się trasy przed ostatnią prostą na Kalay. Była już 16, więc postanowiłem, że dojdę jak najdalej i tam się robije. I znowu 45 min marszu, tylko po to, żeby zobaczyć, że droga jest kompletnie nieprzejezdna. Ręce mi opadły. Wszystko zalane tak, że pieszo musiałbym zasuwać po pas w wodzie.

1381178_553559031383169_1098102621_n

Usiadłem na chwilę na plecaku i patrząc na bezkresne pola ryżowe i palmy zastanawiałem się, co dalej. Opcje powoli się kończyły. Do Kalay prowadzą tylko dwie drogi. Jedna odpadła, więc muszę się cofnąć jakieś 200km tą samą trasa i spróbować wskoczyć na drugą. Tylko, że ta druga prowadzi przez tzw 'Restricted Areas'. Czyli znowu policja, wojsko i partyzantka.

Westchnąłem tylko, zarzuciłem na siebie już naprawdę ciężkie pleak i zawróciłem. Na początku byłem zły na siebie, że tak się uodporniłem na rady lokalnych. Później jednak się doszedłem do wniosku, że i tak dobrze, że sprawdziłem na własne oczy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Powrotne 45 min marszu było bardzo owocne w przemyślenia. Po pierwsze dostałem pozadna lekcję pokory.  To nie jest tak, że sobie spojrzę na mapę i powiem 'No spoko, dwa dni i jestem'. To są już tereny, gdzie nie sięga internet i których nie opisują przewodniki. Właśnie tutaj zaczyna się podróżowanie w starym stylu, czyli rysowanie map przez miejscowych, wiedza z pogłosek i odległości liczone w dniach, a nie godzinach czy kilometrach.

Szedłem tak długo jak mi oczy pozwoliły, a o 19 zapadła już kompletna ciemność. Byłem gotowy rozbijać się zaraz obok drogi, ale usłyszałem w oddali dźwięk silnika, a po chwili również reflektory, więc zacząłem machać. Miałem fuksa. Auto jechało do Taize.

W miasteczku poszedłem do knajpy, gdzie siedział guru i zostałem przywitany przez niego spojrzeniem 'A nie mówiłem?'. Następnie uśmiechnął się i zaprosił na obiad.

Podczas jedzenia zaproponował mi również, żebym nocowału niego w ogrodzie, ale wtedy jak sepy zlecieli się lokalni pracownicypolicji i biura imigracyjnego, którzy spisali wszystko i powiedzieli, że mogę spać jedynie w hotelu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miasto miało jeden 'hotel', w którym musiałem zapłacić 10$ za brak wody bieżącej, deskę zamiast materaca i brak prądu. Wygodniej byłobymi pod namiotem, ale policjant usłużnie czekał, aż się upewnił, że zapłaciłem.

Korzystając z miski z zimną wodą spłukałem z siebie masę kurzu, brudu i potu. Myjąc się zauważyłem to, co czułem przez ostatnie godziny podróży. Ramiona i biodra, w miejscu gdzie znajdowały się mocowania plecaka, były obtarte do krwi. Nie bolało, tylko paskudnie piekło, więc już wiedziałem, że dopiero jutro będzie ciężko.

Zasnąłem mniej więcej w tym samym momencie co się położyłem na deskach.

Komentarze (3)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.