Nawet nie zdajecie sobie sprawy ile razy zaczynałem ten wpis i ile czasu zajęło mi jego napisanie. Zastanawiałem się czy opisać powrót do domu, czy spotkania z bliskimi czy może rzeczy, które mnie tak niesamowicie ucieszyły po powrocie, a może po prostu moje przemyślenia. Ale w końcu postanowiłem, że żeby się lepiej przygotować do ostatecznego podsumowania, to potrzebuję jeszcze trochę czasu. Nie mniej jednak opiszę Wam pewną historię, którą opowiedziała mi Stef, gdy jechaliśmy jedynym, wspólnie złapanym stopem. Wprawdzie nieco ją pozmieniałem i po angielsku brzmi lepiej, ale sens pozostaje ten sam.
"Grupę studentów, poproszono o zrobienie listy 7 cudów świata. Mimo małych różnic, podliczono, że najwięcej głosów otrzymały:
1) Piramidy w Egipcie 2) Taj Mahal 3) Machu Picchu 4) Koloseum 5) Bazylika Świętego Piotra w Rzymie 6) Wielki Mur Chiński 7) Kanał Panamski
Jednak podczas dyskusji nauczyciel zauważył, że jedna z uczennic nie oddała kartki, więc zapytał ją czy miała problem z wybraniem tych siedmiu pozycji. Zmieszana odpowiedziała: -"Tak, trochę. Nie mogłam się zdecydować, bo było jest ich tak wiele" Nauczyciel uśmiechnął się tylko i zachęcającym głosem powiedział: - "Powiedz nam jakie masz propozycje, a może wspólnie uda nam się pomóc.
Studentka odłożyła długopis, wyprostowała się na krześle i niepewnie zaczęła czytać. - "Myślę, że siedmioma największymi cudami świata są:
1) Zmysł wzroku 2) Zmysł słuchu 3) Zmysł dotyku 4) Zmysł smaku 5) Uczucia 6) Śmiech 7) Zdolność do kochania
Gdy skończyła, w sali zapadła grobowa cisza."
Historia jest prosta i przerysowana, ale oddaje to co jest najważniejsze w podróżach. Świat nie jest piękny, bo człowiek coś zbudował. Świat jest piękny, bo mamy możliwość jego doświadczania. Oczywiście, te tak zwane "cuda świata" trzeba w życiu zobaczyć, bo są fascynujące i robią wrażenie, ale z czasem zaczynamy zwracać uwagę na inne aspekty podróżowania. Rzeczy, które są zwyczajne i które bierzemy za oczywistość, są tak naprawdę cudowne, wyjątkowe i to właśnie je musimy nauczyć się zauważać.
Z podróży na pewno wróciłem mądrzejszy, ale czy nauczyłem się czegoś nowego, to czas pokaże. Podróż, z której dopiero co wróciłem dała mi motywację do rozpoczęcia prawdopodobnie kolejnego etapu w moim życiu, ale prawda jest taka, że to to co gwarantuje sukces, to zdrowe i dobrze wypracowane nawyki, a nie słomiany zapał.
Wiele widziałem i wiele słyszałem. Wiele poczułem oraz wiele przeżyłem, ale rzeczy, które są najważniejsze widzi się sercem, bo są niewidoczne dla oczu. W głowie zostaną mi setki, jeśli nie tysiące, wspomnień z każdego dnia, ale to co zapadało mi w pamięć najbardziej, po każdej kolejnej podróży autostopem, po każdym kolejnym trzaśnięciu drzwiami w aucie czy zaproszeniu do domu, to fakt, że ludzie są z natury dobrzy. Jedyne, czego nam w życiu trzeba trochę więcej, to zwykłego prostego uśmiechu i solidnego przytulenia
No i na koniec prosto i krótko.
Często słyszę, że nie wytrzymam w domu, bo podróżników ciągnie na trasę. Niestety smutna prawda jest taka, że życie w podróży jest dużo prostsze niż na miejscu, w domu. W podróży martwimy się tylko dniem obecnym, a w życiu codziennym dochodzą obowiązki, plany na przyszłość i odpowiedzialność. Jasne, można pozostać wiecznym dzieckiem i wypiąć się na schematy "które narzuca nam społeczeństwo", ale nie jestem jedną z tych osób. Wprawdzie nie wyobrażam sobie siebie w biurze do końca życia, ale miło by mi było gdybym w końcu znalazł porządną pracę. Moje marzenie? Praca związana z pisaniem, podróżami lub po prostu wymagająca kreatywnego myślenia, a nie powtarzania w kółko tych samych czynności i schematów. Ale to spokojnie,bo póki co muszę ogarnąć uczelnię, zdjęcia i prezentację, a za szukanie pracy wezmę się za tydzień, jak już nacieszę się rodziną, bliskimi, znajomymi i tym cudnym Gdańskiem, który mimo korków na Słowackiego, smrodu od wysypiska Szadółkach i tłoku o poranku w SKMkach jest miastem, które kocham, bo "tam dom Twój, gdzie serce Twoje". A moje jest właśnie w Gdańsku.


Jesteś dla mnie niesamowitą inspiracją (ohh ile razy ten tekst słyszałeś, czytałeś itd). Pokazujesz, że chcieć to móc. Ale ponad wszystko jesteś wspaniałym człowiekiem. Bo większość blogerów pokazuje cudowne zdjęcia, wspaniałe miejsca, niesamowite podróże. Ale nie wynoszą z tego nic, poza kolejnymi zdjęciami i opowieściami, doświadczeniami. W czasie tej podróży dałeś z siebie tak wiele, że nie są w stanie tego opisać słowa. Ale wyobraź sobie minę rodziny w małej wiosce, której przychodzą paczki z setkami różowych plecaków i innych wspaniałości. I to chyba właśnie jest najlepsze podsumowanie Twojej podróży. Nie tyle, co przeżyłeś sam osobiście, choć to też jest bardzo ważne, ale to, co zrobiłeś dla innych, ile z siebie samego dałeś. Podziwiam Cię całym sercem, gratuluję spełniania marzeń. I życzę, aby rzeczywistość nie uderzyła w Ciebie za mocno zaraz po powrocie. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się Ciebie spotkać. Będzie to dla mnie większy zaszczyt, niż wszyscy spotkani wielcy tego świata do tej pory. Trzymaj się i powodzenia. Monika
Piękne jest to, że mimo tego zobaczenia połowy świata, Ty nadal potrafisz zachwycić się miejscem w którym żyjesz na stałe. Masz to szczęście, że nie musisz szukać swego miejsca na ziemi w podróżach, bo Ty już je odkryłeś, bliżej niż się wydaje…
Bardzo ładna historia i komentarz do niej jeszcze bardziej łapiący za serce. I w zupełności się z Tobą zgadzam, ludzie są z natury dobrzy czego doskonale uczy jazda autostopem. Ale w tym co robisz podoba nam się (‚nam’, mówię o czytelnikach Twojego bloga) nie to jak daleko potrafisz dojechać na stopa czy jakie przygody z taką pasją opisujesz, ale to że starasz się choć trochę tej pozytywnej energii, którą otrzymujesz na drodze, przekazać dalej, tym którzy jej bardziej potrzebują. Udaje Ci się to doskonale i nie mam żadnych wątpliwości, że zarówno na studiach, jak i w szukaniu pracy również osiągniesz sukces. Masz łeb, chłopie, a serce jeszcze większe! ;-) Powodzenia!
ta awantura w Laosie stanowiła dobrą reklamę Twojego bloga – wtedy właśnie zacząłem śledzić wpis po wpisie :) podróż już się zakończyła a ja mam jeszcze do przeczytania całe Chiny. ciekawe gdzie zajedziesz stopem w przyszłym roku – Afryka?
Pięknie :). Myślę, że kiedyś będzie cudownie, jeśli każdy człowiek będzie traktował każdego człowieka jako dobrego.
Piekny post :) W czasie naszej podrozy, rowniez coraz mniej zaczynamy zwracac uwage na „cuda swiata” (aczkoliwek nadal sa one wazne i nadaja ksztalt naszej trasie), a coraz bardziej sie licza spotkani po drodze ludzie i przezyte przez nas przygody. Coraz bardziej zwracamy uwage na zwykle zycie, zwyklych ludzi.
Tez nie wiemy co bedziemy robic po powrocie. Tez czeka nas szukanie pracy, ale mam nadzieje, ze uda nam sie w tym wszystkim odnalezc po ponad rocznym wyjezdzie :)
Pozdrawiamy cieplo i zyczymy powodzenia w Gdansku :)
http://poriomaniacy.blogspot.com/
świetny, świetny blog. Posty czyta się z ogromną przyjemnością.
„Ale to spokojnie,bo póki co muszę ogarnąć uczelnię, zdjęcia i prezentację, a za szukanie pracy wezmę się za tydzień, jak już nacieszę się rodziną, bliskimi, znajomymi i tym cudnym Gdańskiem, który mimo korków na Słowackiego, smrodu od wysypiska Szadółkach i tłoku o poranku w SKMkach jest miastem, które kocham, bo „tam dom Twój, gdzie serce Twoje”. A moje jest właśnie w Gdańsku.” –> doskonale cię rozumiem :) Sama pochodzę z Gdańska i uparcie twierdzę, że nie ma takiego drugiego miasta na całym świecie :) Jest tu swoisty spokój, ludzie aż tak się nie śpieszą, a atmosfera jest taka małomiasteczkowo-kurortowa :) Kocham moje miasto. Jednak od 5 lat nie jest mi dane tam mieszkać, ze względu na studia. Dlatego też moja tęsknota za miastem jest olbrzymia. Moim marzeniem jest posiadać pracę (jedną z kilku wymyślonych), gdzie mogę rozwijać swoje pasje czy wykorzystywać wiedzę zdobytą na studiach, ale także bym znalazła ją w Gdańsku. Może się uda, może nie, ale życzę ci powodzenia i spełnienia marzeń :)