Dzień 1:
1200km
8 stopów
Znowu to samo. Powtarzane od tygodni hasło – „Autostopem na Antarktydę” wbiło mi się do głowy, a jak przychodzi co do czego, to podróż zaczynam na wylotówce, na gdańskich Szadółkach.
Jednak w samym rozpoczęciu podróży było coś niezwykłego. W przeciwieństwie do startu rok temu, gdzie Tata po prostu podrzucił mnie na rogatki i zacząłem łapać, tym razem na wyjeździe z Gdańska czekała na mnie cała świta. Dziennikarze, fotografowie oraz przedstawiciele Fundacji i Hospicjum. Istny cyrk, więc uczciwie mówiąc, początkowo średnio mi się podobało, ale niestety, jeśli robi zbiera się 100 tysięcy, to trzeba to medialnie nagłośnić. Trzydzieści minut pozowania z kciukiem i kartonem pod każdym możliwym kątem jest w to wliczone.

Przed startem

Z Prezes Fundacji Hospicyjnej
Nawet się nie łudziłem, że uda mi się coś złapać w momencie kiedy obok mnie stoi 9 osób. Na szczęście po 30 minutach pozowania jeden z dziennikarzy radiowych, który był na miejscu, zlitował się nade mną i ku uciesze wszystkich robiących zdjęcia, podwiózł na bramki na autostradzie.
Nie miałem w żaden sposób zaplanowanej trasy. Jedynie szeroko pojęty cel – Lourdes. To czy będę jechał przez Niemcy i na południe, czy przez BENELUX, postanowiłem pozostawić losowi. Jedyne co wiedziałem, to że w pierwszej kolejności muszę pojechać do Bydgoszczy, gdzie miałem do odebrania namiot. Tak, przygotowywałem się do wyprawy ponad miesiąc i nie zdążyłem załatwić namiotu. Zależało mi na maksymalnie lekkiej „jedynce”, ale nigdzie w Gdańsku nie mogłem jej dostać. A że zakupy odłożyłem na ostatnią chwilę, to musiałem pokutować i drałować w pierwszej kolejności do Bydgoszczy. Później już tylko kierunek Berlin i gdzie kciuk poniesie.
Do Poznania szło bezproblemowo. Najpierw zgarnął mnie Pan Stasiu, zapalony rybak, który na dobry początek poczęstował świeżo parzoną kawą i po dwóch godzinach jazdy wysadził na trasie na Bydgoszcz. Ruchu nie było prawie żadnego, ale już po kilku minutach marszu w poszukiwaniu jakieś sympatycznej zatoczki, zatrzymało się auto z trójką osób w środku. Jola, Ola i Krzysiek jechali służbową Toyotą na Poznań.

Ja, Pan Stasiu i jego czajniczek
Wprawdzie dzięki nim sprawnie odebrałem namiot, ale wysadzili mnie w kiepskim miejscu. Okazało się, że owszem jechali na Poznań, ale północny. Zorientowałem się chwilę za późno, bo już spory kawałek za rozjazdem S5 za Gnieznem i musiałem kombinować jakby tu wrócić, żeby dostać się na A2. Teoretycznie mogłem dojechać do samego Poznania i próbować dostać się na drugą stronę komunikacją miejską, ale straciłbym na to dodatkową godzinę, jak nie dwie.
Z pomocą przyszedł mi kierowca, który zatrzymał się mimo, że jeszcze nawet nie zacząłem łapać i podwiózł na parking na autostradzie. Jednak parkingi mają to do siebie, że ruch na nich jest znikomy. Zwłaszcza jak nie ma stacji ani restauracji, a jedynie wątpliwej jakości kibelki.
Utknąłem tam na blisko dwie godziny, aż szczęśliwym trafem zatrzymał się młody chłopak z rodzicami. Najpierw dyskretnie przeszedłem przyglądając się rejestracji.
- Niemcy! – pomyślałem – w dodatku blachy z Bremen, więc na pewno jadą do Niemiec, a być może i aż pod Hannover.
Postanowiłem zagadać do kierowcy, którym był mniej więcej mój rówieśnik. Zmierzał w kierunku toalety, więc gdy stanąłem przed dylematem „pozwolić mu z niej skorzystać, czy zapytać” stwierdziłem, że zapytam od razu, a później będzie miał czas na myślenie.
- Hi do you speak english? – zapytałem możliwie najniewinniej.
- Yes I do – odpowiedział
- Słuchaj, jest sprawa. Jestem autostopowiczem i jadę do Hiszpanii. Chciałbym się dowiedzieć czy jedziesz może w tamtym kierunku i jeśli tak, to czy mógłbym się zabrać z Wami. (pominąłem angielską wersję ponieważ moja moje babcie nie mówią w tym języku, a na pewno czytają)
- Tak, jadę, ale muszę najpierw do toalety a później zapytać rodziców.
Grzecznie poczekałem, a gdy wszedł poszedłem z nim w kierunku auta, gdzie stali jego rodzice.
Jakież było moje zdziwienie, gdy Martin, bo tak się nazywał, zaczął rozmawiać z rodzicami po polsku. Wtrąciłem się do rozmowy i od słowa do słowa przekonałem ich, że nie śmierdzę, nie kradnę i że nie będę męczącym towarzyszem. Chwila na decyzję i jest! Miałem podwózkę aż pod sam Hannover.

Właśnie wtedy zdecydowałem, że jeśli już jadę aż tam, to korzystając z okazji odwiedzę Steph, która na weekend zajechała do swoich znajomych w Utrechcie.
Rodzinka okazała się przesympatyczna. Nie tylko całą drogę rozmawialiśmy, ale nawet nie chciało mi się spać, co jest nijako klasykiem w okolicach 17, kiedy człowiek już jest trochę zmęczony. Mało tego. Zaprosili mnie do Burger Kinga i kawę, więc posiłek tego dnia miałem już z głowy.

3:00 – Utrecht
Do Utrechtu dojechałem dopiero o trzeciej w nocy. Po tym jak Martin wraz z rodzicami wysadził mnie przed Hannoverem utknąłem na chwilę, a później na raty po 100km dojechałem na miejsce.
Wprawdzie z autostrady do domu znajomych Steph miałem jeszcze kawałek do przejścia, ale dość sprawnie trafiłem wskazany adres po półgodzinnym marszu, a w drzwiach powitała mnie moja towarzyska podróży zeszłego roku.
Pogadaliśmy chwilę, ale że oboje padaliśmy na twarz, umówiliśmy się, że rozmowy muszą poczekać do jutra.
Wiem, że zarzekałem się, że będę wstawiać wpisy codziennie lub co drugi dzień, ale przez ostatnie dwa nie miałem dostępu do sieci. Na szczęście już wszystko nadrobiłe, więc przez najbliższe cztery dni będę zamieszczał nowy
Oprócz tego mam nadzieję, że do piątku uda mi się zmontować pierwszy film pierwszych dni podróży. Nie będzie on super profesjonalny, ale zawsze coś
No i najważniejsze, czyli zbiórka dla małych podopiecznych Hospicjum oraz Fundacji Hospicyjnej. W tym momencie mamy już 18 tysięcy złotych, na które złożyło się 814 osób! ![]()
Dziękuję serdecznie!
No i na koniec klasyczne zdanie jeśli podobał Ci się pierwszy, wybitnie nudny i pozbawiony ciekawych przygód wpis, wesprzyj akcję „Autostopem dla Hospicjum” przysłowiową złotówką lub udostępniając poniższy link
http://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum


Jestem na ostatnim semestrze studiów. Pisanie inżynierki, praca i obowiązki nie pozwalają przez jakichś czas wyrwać się z codzienności. I nagle czytam ten wpis. Taki zwykły, taki prosty… A tak niesamowicie odrywający od rzeczywistości. Byłem na spotkaniu z Tobą, przeczytałem książkę a teraz tak niesamowicie cieszę się że ruszasz i że będę miał co poczytać po ciężkim dniu… Masz niesamowity dar do tego co robisz. Nie spier..l tego :D
Czekam na wpisy i życzę bezpiecznej podróży!
PRZYGODA , PRZYGODA I JESZCZE RAZ WIELKA WSPANIAŁA PRZYGODA . TO JEST TO CZEGO NIEKTÓRZY CHCĄ ALE SIĘ BOJĄ. TY TO ROBISZ I TO JEST NAJWAŻNIEJSZE. A PRZY OKAZJI POMAGASZ
Nawet nie wiem jak to się stało, że polubiłam Twój profil na facebooku, ale sama uwielbiam podróżować, więc to mnie zapewne do tego jakiś czas temu skłoniło :) a teraz na dodatek weszłam pierwszy raz na Twojego bloga i patrz – jeszcze jesteś z Gdańska, tak jak ja :) Powodzenia życzę i z ciekawością śledzę Twoje poczynania! :-) Może dzięki Tobie, ja również zdecyduję się zwiedzać świat autostopem, na co jeszcze nie miałam odwagi, a może i za młoda byłam:)