2014 · Autostopem przez życie

Autostopem na Gibraltar

← Wszystkie wpisy

W Santiago de Compostela planowałem spędzić co najmniej dwa dni na odpoczynku. Nogi potrzebowały miski z wodą i mydłem, kolana zimnych okładów, a ja osobiście nie marzyłem o niczym innym, jak o gorącym, niczym nie limitowanym, prysznicu. Do tego wszystkie ciuchy jakie miałem wychodziły z plecaka. Same buty, w których pokonywałem ostatnie 300 kilometrów Camino,  śmierdziały tak mocno, że zwierzyna uciekała przede mną, za mną, a gdy była zbyt blisko, to padała razem z okoliczną roślinnością. Pomijając to, co śmierdziało mną i tym co się ze mnie i na mnie lało, byłem po ludzku trochę zmęczony. Wprawdzie nie było to zmęczenie stricte fizyczne, bo organizm przyzwyczajony już do wysiłku całkiem nieźle się trzymał, ale chodziło tu bardziej o psychiczną świadomość, że jutro, czy pojutrze, czy w kolejnych dniach nie będę musiał już targać na sobie wszystkiego co mam przez kolejne 30-40 kilometrów. Chciałem usiąść i nie robić nic co wymagałoby pokonywania dystansów przekraczających odległość dzielącą łóżko, lodówkę i toaletę.

DSC_0800[1]

Ostatnia prosta

Pod katedrą, gdy już emocjonalnie się ogarnąłem, zadzwoniłem do Pauliny, znajomej, która akurat jest na Erasmusie w Santiago i zameldowałem jej, że dotarłem i czekam przed głównym wejściem. Paulina, złota dziewczyna, nie tylko mnie spod katedry odebrała, ale również, jak tylko przyprowadziła do domu, przygotowała obiad, a jej współlokatorka Ania, zrobiła przepysznego mazurka.

Jednak to co najważniejsze, to nie musiałem nigdzie chodzić. Wziąłem prysznic, wstawiłem pranie i wieczór spędziliśmy na rozmowach przy winie.

DSC_0801[1]

Niby rozmowa, a wszyscy z telefonami ;)

Plan na środę, jeszcze dzień wcześniej wieczorem, wydawał się być sensowny i poukładany. Zobaczyć katedrę, połazić po mieście, odpisać na wiadomości, nadrobić zaległości, ugotować obiad i wieczorem wyjść gdzieś na miasto. Jednak, gdy rano dziewczyny wyszły na uczelnie, mój plan legł w gruzach z jednego prostego powodu – nie chciało mi się. Nie chciało mi się tak bardzo, że aż odczuwałem z tego powodu wyrzuty sumienia. Wszystkie moje działania, przez pierwsze siedem godzin, ograniczyły się do tego, że nie licząc porannej kawy resztę dnia spędziłem w łóżku. Jednak w końcu zwyciężyła chęć, chociaż w minimalnym stopniu, odwdzięczenia się dziewczynom za wczorajszy wieczór i przygarnięcie pod dach, wiec poszedłem na zakupy i przygotowałem dla nich potężną ilość naleśników z sałatką owocową i polewą z topionej czekolady.

Dopiero po południu, kiedy dziewczyny, w hiszpańskim stylu, odpoczywały sobie po powrocie z uczelni, ruszyłem się na miasto, żeby przejść się po katedrze i okolicy. Galicja zdążyła mnie przyzwyczaić, że non stop pada, więc niespecjalnie się zdziwiłem, gdy tuż po moim wyjściu zaczęło lać. Przyjemności nie było ze zwiedzania żadnej, a tylko wróciłem mokry. Paulina i Ania wciąż spały, więc usiadłem z laptopem i zacząłem planować co dalej.

Kolejnym punktem na trasie był Gibraltar. Już pierwsze spojrzenie na mapę utwierdziło mnie w przekonaniu, że mam do pokonania dystans na mniej więcej dwa dni jazdy. Jedyne wątpliwości jakie miałem to co do trasy, którą powinienem jechać oraz dnia kiedy ruszyć. W przypadku pierwszej spawy miałem do wyboru trzy warianty, ale po konsultacji z innymi autostopowiczami, wybrałem  najdłuższą trasę prowadzącą na samo południe Portugalii, a następnie w kierunku Sevilli. Drugą sprawą był termin wyjazdu. Sam autostop na półwyspie Iberyjskim należy do jednych z gorszych w Europie, a jeśli dodamy do tego weekend, kiedy ruch z reguły jeszcze maleje, to pojawiało się ryzyko, że dojazd zajmie mi trzy, jak nie cztery dni. Dodatkowo do tego wszystkiego doszedł strach przed kolejnym etapem – jachtostop. Już nawet nie chodziło o to, że mała łódka, ocean itp., ale o fakt, że wszyscy, których pytałem, potwierdzili, że końcówka listopada, to już dość późny termin na szukanie łodzi.

Wtedy właśnie obleciał mnie strach, że mogę nie zdążyć złapać stopa na Kanary, a później na Karaiby, przed końcem sezonu. Zwłaszcza, że nastawiałem się, że łapanie jachtostopa zajmie mi od trzech do dziesięciu dni. Po kilkunastu minutach zastanawiania podjąłem decyzję – jadę.

Poinformowałem o swojej decyzji Paulinę i Anię (jeszcze raz Was przepraszam, że nie zostałem dłużej) i zacząłem ładowanie, przeglądanie sprzętu i pakowanie.

Następnego dnia, z samego rana, pożegnałem się z dziewczynami i gdy byłem gotowy ruszyłem w kierunku wylotówki, do której było nie więcej jak pięć kilometrów. Wzięcie autobusu nie przeszło mi nawet przez myśl, bo pięć kilometrów w porównaniu do tego co przeszedłem przez ostatnie trzydzieści dni było dosłownie jak splunąć.

Wspomniałem już, że samo łapanie stopa w Hiszpanii nie należy do najłatwiejszych. Nie wiem czy wynika to z tego, że zdecydowana większość Hiszpanów jest na bakier z językiem angielskim, czy po prostu nie ma kultury podwożenia ludzi, ale jest ciężko. Miejsce, w którym zacząłem łapać było idealne. Klasyczna wylotówka, ograniczenie do 50km/h oraz przepiękne pobocze. Już nawet upierdliwie siąpiący deszcz mi nie przeszkadzał, bo byłem pewny, że złapię nie później niż w ciągu trzydziestu minut. Przeliczyłem się wybitnie. Łapanie do Vigo, miasta oddalonego nie dalej jak 130 kilometrów zajęło mi blisko trzy godziny. Trzy godziny, w czasie których sporo osób machało, uśmiechało się i trąbiło radośnie, ale wyglądało to tak jakby każdy odjeżdżał nie dalej jak kilkanaście kilometrów od Santiago. W Vigo nie było inaczej. Ładne miejsce, piękne ograniczenie i widoczność, a do tego odległość do granicy na którą łapałem nie większa niż  30 kilometrów a i tak znowu przestałem dwie godziny. No coś w tej Hiszpanii z tym stopem nie działa i nie mam pojęcia co.

DSC_0803

Zatoka w Vigo

Jak na ironię, gdy już się doczłapałem do Portugalii, zaczęło iść jak z płatka. 5 minut stania i transport pod Porto. Później kolejne 30 na stacji, na autostradzie i podwózka z otwartym i wygadanym kolesiem aż za jeden z dwóch mostów Lizbońskich. Wprawdzie dotarliśmy tam dopiero o drugiej w nocy, ale miejsce było wręcz idealne do łapania stopa w kierunku Sevilli, gdzie miałem w planie skręcić już na Gibraltar. Szybkie rozbicie namiotu i pierwszy raz, od długiego czasu, spałem jak dziecko. Nie było charakterystycznego dla albergue chrapania z każdej strony, nie było konieczności cichego ogarniania gratów, żeby nikogo nie budzić i nie było świadomości, że rano trzeba będzie chodzić gdziekolwiek.

DSC_0805

Pakowanie namiotu

Z Lizbony do Gibraltaru udało mi się dotrzeć na trzy stopy. W pierwszym przypadku był to facet kręcący filmy dokumentaln, później Portugalczyk, który pracował w Cadiz aż w końcu hiszpański kierowca ciężarówki. Jazda powiedziałbym klasyczna i niczym specjalnie nie odbiegająca od normy, ale na wzmiankę zasługują polscy kierowcy, których spotkałem na jednej ze stacji.

Kieroca nr.2

Kieroca nr.2

Kierowca nr. 3

Kierowca nr. 3

Narzeka się na nich okrutnie. Że jak wypadek z tirem, to zaraz „Tiry na tory” i takie tam. Że nie wychowani, że umieją jeździć, że klną na CB itp. itd. Jednak w moim odczuciu, to jedni z najciężej pracujących ludzi. Zwłaszcza Ci, którzy jeżdżą po Europie. Jednak już abstrahując od zachowań na drodze, to jak stopuję po europie, ani razu nie trafiłem na polskiego TIRowca, który nie chciałby mi pomóc, albo doradzić. I podobnie miała się rzecz z dwoma panami, których widzicie na zdjęciu. Ich imion nie pamiętam (tutaj mści się odkładanie pisania „na później”), którzy nie tylko powitali mnie kawą, ale również, nieproszeni, poczęstowali mnie dwoma konserwami,  chlebem, napojami i batonami. Oczywiście, oponowałem, że nie trzeba, że przecież mogę sobie kupić, że nie jestem głodny, ale prawda była taka, że od blisko dwóch dni nic nie jadłem, bo po ludzku oszczędzałem. Więc gdy tylko się z nimi pożegnałem, schowałem się za stacją i usiadłem pałaszując na wstępie pierwszą z mięsnych konserw Krakusa. Coś pięknego.

Dobroczyńcy

Dobroczyńcy

Tak naprawdę na Gibraltar nie miałem żadnego planu. Owszem, naczytałem się o jaskiniach, w którym można nocować i łodziach, na których można spać, ale gdy późnym wieczorem dotarłem na miejsce okazało się, że nie tylko jest ciemno, ale też La Linea i brytyjska enklawa są rozbudowanymi molochami, na których ciężko szukać miejsc do spania po nocy. Specjalnie się nie przejąłem i w pierwszej kolejności postanowiłem pójść na południową stronę cypla, który jest mniej popularny aniżeli okolice granicy i podnóża skały.

Sam nie wiem czego się spodziewałem po Gibraltarze. Portów. To na pewno. Nie spodziewałem się jednak, że owe porty, czy właściwie mariny, będą dosłownie ociekać luksusem. Ale zacznijmy po kolei.

Hiszpański kierowca ciężarówki wysadził mnie dosłownie przed granicą, na której jest standardowa kontrola paszportów (chociaż w przypadku białych, to raczej tylko zerknięcie na okładkę paszportu, a w przypadku ciemnoskórych wygląda to dużo skrupulatniej), a następnie tuż za bramkami jest lotnisko przez które trzeba przejść, aby znaleźć się w części mieszkalnej. Dokładnie tak. Przechodzisz przez granicę, a następnie w klapkach, z zakupami, plecakami ,czy czym tylko sobie chcesz, przez działające lotnisko, na którym średnio co godzinę ląduje jakiś Boeing. Abstrakcja.

Właśnie byłem na etapie mojego pierwszego przejścia przez lotnisko, gdy nagle z naprzeciwka usłyszałem zdziwiony okrzyk:

- Przemek?!

Patrzę przed siebie, próbując zlokalizować autora pytania i wzrokiem natrafiłem na twarz Patrycji, dziewczyny, która najpierw była na mojej prezentacji w Krakowie, a nie dalej jak we wrześniu na organizowanym przez Podróżnicckich spotkaniu podróżników i blogerów „Wachlarz”.

Szybko okazało się, że podobnie jak ja ma w planie popływać po Atlantyku jednak z tą różnicą, że dużo wcześniej, po promocyjnej cenie, wykupiła sobie rejs szkoleniowy i starowała następnego dnia o godzinie 17 z portu po hiszpańskiej stronie.

Wiadomo, że takiej okazji, nie wolno nie uczcić, więc podjęliśmy decyzję o wspólnym piwie. Na początkowo chcieliśmy wypić je w marynarskim pubie tuż przy jednej z głównych marin na Gibraltarze, ale już samo jej otoczenie (kasyno, jachty za setki miliony monet i towarzystwo w markowych ciuchach z zarzuconymi na ramiona sweterkami) wskazywało na to, że za piwo będziemy płacić i płakać. Dlatego skończyło się na klasycznym pytaniu stwierdzającym:

- To co? Kupujemy tanie wino, bierzemy konserwę i chleb i idziemy na falochron?

Odpowiedź mogła być tylko jedna. Jednak jeszcze zanim ruszyliśmy, zaszliśmy do hostelu, w którym nocowała Patrycja, bo za tą samą cenę co na Camino, miałem możliwość bezstresowego przekimania. Niby kolejne euro, które mogłem wydać inaczej, ale stwierdziłem, że dzięki temu będę miał możliwość posiedzenia jeszcze z Internetem i ogarnięcia co i jak z noclegiem na kolejne dni.

Po długich poszukiwaniach taniego alkoholu, udało się nam ogarnąć dobre tanie wino kartonowe i wylądowaliśmy na ławeczce w La Linei – marinie, z której Patrycja ruszała jutro ze swoją ekipą, a ja miałem plan popytać o transport na Kanary i ewentualnie ogarnąć nocleg na jednej z łodzi w zamian z drobne prace.

Porozmawialiśmy tak naprawę o wszystkim. Trochę o Camino, trochę o żeglowaniu, trochę o podróżach i fotografii, którą moja towarzyszka ma marzenie zająć się profesjonalnie i (bez ściemy) całkiem dobrze jej to wychodzi.

Patrycja i romantycznaj kolacja przy świecach

Patrycja i romantycznaj kolacja przy świecach

Gdy wracaliśmy do hostelu, szczerze się jej przyznałem, że po ludzku trochę się boję, że już nie zdążę nic złapać, bo sezon tak naprawdę się już kończy. Patrycja tylko się uśmiechnęła i stwierdziła:

- Przemek, kurde, zobaczysz, jeszcze się okaże, że złapiesz w ciągu jednego lub dwóch dni.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem jak prorocze miałby być to słowa.

 Plan na pierwszy dzień w Gibraltarze był prosty i w gruncie rzeczy zaplanowany dzięki pomocy Mateusza Andrusiaka, który nie tylko jako pierwszy podsunął mi pomysł przepłynięcia Atlantyku, ale też z dobrym sercem doradzał, co i jak i gdzie. Tak samo Cień oraz fantastyczna grupa jachtostopowiczy – Dziękuję ludziska!

Na Gibraltarze są dwa porty oraz jeden po hiszpańskiej stronie. Plan był taki, że w pierwszej kolejności idziemy do hiszpańskiej „La Linea”, bo tam Patrycja o 10 miała się spotkać z kapitanem swojego rejsu oraz załogą. Miałem cichą nadzieję, że uda się zagadać z kapitanem, żebym mógł u nich zostawić plecak i do 17 spokojnie sobie pokrążyć po Gibraltarze oraz okolicach portów, żeby na własne oczy zobaczyć jak wygląda dostęp do nich oraz możliwości poszukiwań jachtu oraz noclegu.

Tak naprawdę marina nie była niczym innym jak sporych rozmiarów parkingiem dla jachtów, motorówek oraz kutrów rybackich. Wszystkie jednostki stały zacumowane rufą lub burtą (w zależności od zasobności portfela właściciela) do kei, do których na które mogli wchodzić tylko posiadacze kart magnetycznych, będącymi kluczami i przepustkami. Oprócz tego skromny bar, budynek z łazienkami oraz kapitanat, w którym rejestrowała się każda łódź.

Po chwili błądzenia dotarliśmy z Patrycją do kapitanatu i po chwili rozglądania się za jakimś jachtem pod polską baderą zobaczyliśmy, że takowy wpływa do portu. Początkowo byliśmy święcie przekonani, że jest to kapitan jachtu, który miał zabrać Patrycję na rejs. Była równo dziesiąta rano, flaga się zgadzała, więc prawdopodobieństwo było niemalże stu procentowe. Sprawnie odebraliśmy cumy i po upewnieniu się, że jacht pewnie stoi zapytaliśmy:

- To Wy płyniecie do Maroka na ten kurs szkoleniowy? Bo tutaj koleżanka czeka właśnie na jacht, który miał się pojawić o 10 – rzuciłem pytanie do bliżej nieokreślonej osoby.

- Nie, my na Kanary właśnie wypływamy – odpowiedział mi facet w nieco smerfiastej czapce

Aż mi ścisnęło żołądek, a puls ruszył jak z kopyta. „Spokojnie Skokowski. Nie ekscytuj się. To by było zbyt piękne.

- A Wy dokąd? – zapytał ten sam, który mi początkowo odpowiedział i jednocześnie przeskoczył reling lądując na stałym lądzie.

- No właśnie koleżanka czeka na jacht, który miał się tu pojawić i do Maroka płynie, a ja na Kanary i Karaiby – odpowiedziałem.

- I co pewnie na stopa chcesz, co? – odpowiedział mi pytaniem lekko się uśmiechając

- No taki jest plan, a skąd wiedziałeś?

- Cztery dni tutaj staliśmy i podchodziło do nas jakieś 8-10 osób i pytali, czy mogą się zabrać.

Lekko mi mina zrzedła, bo oznaczało to, że ani nie jestem pierwszym, który ich pyta, ani niekoniecznie chcą kogoś wziąć. Wprawdzie szybko zauważyłem, że jest ich tylko trójka na sporych rozmiarów jachcie, ale pewnie mają jakieś powody.

Tak wygląda moja zrzedła mina

- A no tak myślałem, że pierwszy nie jestem. A czemu w końcu nikogo nie wzięliście? – zapytałem z nadzieją, że sprzeda mi bezcenną radę, na która sam bym nie wpadł.

- W sumie jak dla mnie, to żaden nie wyglądał, no wiesz, normalnie, to znaczy, ja nie mam nic przeciwko hipisom i dredom i tak dalej, no ale nie czułbym się pewnie na jachcie z kimś takim. Wiesz o co mi chodzi? Jak coś to musisz gadać z kapitanem, Adamem, i on decyduje.

Spojrzałem w kierunku bruneta, który właśnie wyskakiwał z łodzi z teczką dokumentów i zmierzał w naszym kierunku.

- Adam, kolega chce się na stopa na Kanary zabrać – powiedział sprawiający wrażenie coraz sympatyczniejszego, mój rozmówca.

Adam podszedł do nas, przywitaliśmy się i po lekko bezczelnym otaksowaniu mnie z góry na dół, zapytał – Chcecie płynąć razem, czy jak?

- Ja mam już jacht i płynę i 17, ale Przemek szuka – wtrąciła Patrycja, która już na jednym tchu zrobiła mi taką reklamę, że zacząłem się zastanawiać, czy aby to na pewno dobrze – weźcie go, bo to podróżnik i jest normalny i ma super bloga i książkę napisał…-  tak dalej i tak dalej, a ja czułem, że z każdym kolejnym „i” zapadam się pod ziemię.

Jednak kapitan w końcu zapytał – pływałeś kiedyś?

- Coś tam na Mazurach pływałem, więc rufę od dziobu odróżnię – odpowiedziałem, modląc się, żeby nie zapytał kiedy to było.

Okej, ale jak coś płacisz za swoje jedzenie, pasuje Ci to? – zapytał, a ja jednocześnie poczułem, jak z trudem ostudzana nadzieja, zaczyna się wyrywać z cugli.

Jasne, nie ma problemu  -  odpowiedziałem – Uczciwy układ.

Okej, to my z Basią idziemy do kapitanatu załatwić formalności przed wyjazdem i podejmiemy decyzję.

Formalności zajęły im około 10 minut podczas, których rozmawiałem z Patrycją i facetem, z który jako pierwszy się do nas odezwał, czyli Michałem.

Gdy tylko usłyszałem, że Adam ze swoją dziewczyną (będącą też drugim oficerem), Basią idą w naszym kierunku, odwróciłem wzrok i czekałem na decyzję.

W pierwszej kolejności Adam skierował pytanie do Michała:

- Masz coś przeciwko, jeśli Przemek popłynie z nami?

Implozja i eksplozja radości. Wszystko we mnie skakało, a uśmiech miałem taki, że mi o uszy zahaczał.

- Dla mnie spoko – odpowiedział Michał, a Adam spojrzał na mnie i powiedział coś czego w żadnym wypadku nie spodziewałem się usłyszeć w pierwszym i jak się okazało ostatnim dniu na Gibraltarze:

- Bierz plecak i wskakuj na pokład.

We własne szczęście zacząłem wierzyć dopiero dwa dni później, ale o tym później. Wykonałem szybki telefon do rodziców, zrobiłem sobie zdjęcie ze słynną skałą, pożegnałem z Patrycją, która ruszyła w kierunku swojego jachtu i wróciłem na pokład, gdzie w pierwszej kolejności przeszedłem szkolenie z zakresu BHP.

Żeby nie było - jest fota ze skałą

Close enough! #bezradne męskie nóżki

Tankowanie bez akcyzy

Tankowanie bez akcyzy

- Dobra Przemo, słuchaj. Po pierwsze są trzy zasady, których w żadnym wypadku nie wolno łamać – słuchałem z uwagą licząc na zakaz palenia papierosów, picia alkoholu, czy odpalania butli gazowej bez otwartego okna, ale się przeliczyłem – Nie wolno gwizdać, pisać listów oraz wypadać za burtę. Zrozumiano?

Pokiwałem twierdząco głową, jednocześnie mając straszną świadomość, że nie zrozumiałem nic i albo kompletnie nie rozumiem żargonu żeglarzy, albo płynięcie tą łodzią może nie być najlepszym pomysłem.

Na szczęście kolejne zasady były dużo jaśniejsze. Adam sprawnie wyjaśnił mi działanie kamizelek ratunkowych, to gdzie znajdują się flary, tratwa ratunkowa, jak nadać SOS oraz jak działa system nawigacji. Na koniec dodał jeszcze, że poruszając się po jachcie mam mieć na nogach buty oraz zawsze „jedną rękę dla łodzi”. Następnie upewnił się, że wszystko zrozumiałem i zarządził klar na jachcie i po chwili już sprawnie szliśmy w kierunku Gibraltaru, gdzie dzięki zerowym podatkom tanio zatankowaliśmy do pełna i mijając mityczne słupy Herkulesa  ruszyliśmy w kierunku geograficznego Atlantyku.

DSC_0831

Żeglarz, że hoho

DSC_0835

Koniec dnia pierwszego, czyli pomiędzy jednym a drugim pawiem można było podziwiać zachód słońca

Jeśli się podobało, to będę wdzięczny za przelanie dowolnej kwoty na akcję „Autostopem dla Hospicjum” w ramach której zbieram środki na zakup sprzętu potrzebnego dla ułatwienia życia najmłodszych pacjentów oraz na Fundusz Dzieci Osieroconych :)
Można to zrobić tutaj – Autostopem dla Hospicjum

 

Komentarze (12)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.