Dzień 41
Wstałem o 8 rano, spakowałem się i wraz Sonią ruszyłem na spotkanie dziewczyn, z którymi poznałem się wczoraj. Równo o 10 spotkaliśmy się, pożegnaliśmy z naszymi hostami i taksówką ruszyliśmy na wylotówkę z miasta. Poprosiliśmy jeszcze naszych hostów o ustalenie ceny i miejsca, gdzie ma nas dowieźć kierowca i jazda.
Gdy wysiedliśmy oczywiście okazało się, że kierowca chce więcej, bo "używaliśmy bagażnika", ale Weronika zaczęła się z nim kłócić o to co nasze i dosłownie wyciągała mu pieniądze z ręki.
Obładowani plecakami idziemy na wylotówkę i łapiemy stopa. Jedynym problemem były tłumy gapiów, którzy zaczepiali oraz tłumy taksówkarzy liczących na zarobek. Na szczęście już po 10 min mieliśmy stopa w naszym kierunku.

Kierowcą okazał się "Tłuścioszek" (dziewczyny zaraziły mnie nadawaniem ksywek, a nie korzystaniem z imion), który początkowo miał nas podwieźć tylko na autostradę, ale koniec końców przejechaliśmy z nim ponad 400km.
W podróży zaczęły wychodzić nasze pierwsze błędy wynikające z tego, że się jeszcze nie znaliśmy i nigdy razem nie łapaliśmy. Dziewczyny miały swoje sposoby, a ja swoje. Nie mniej jednak wszystko wychodziło w praniu. Klasycznym przykładem błędu, który popełniliśmy był brak ustaleń czyim mężem jestem, albo w jaki sposób jesteśmy spokrewnieni, co by miejscowi nie robili sobie nadziei na ożenek. Dlatego w pierwszym momencie na pytanie, czy jesteśmy rodziną oczywiście przytaknęliśmy i całkiem zgrabnie skłamałem, że jestem mężem Sylwii, a Weronika to moja siostra, której mąż jest budowlańcem w Polsce. To było słaba ściema, bo do Weroniki nijak byłem podobny, a i do małżeństwa nie byłem przygotowany, bo obrączki nie miałem.

Tak czy inaczej, po mniej więcej godzinie jazdy nasz "Tłuścioszek" kupił nam owoce i zatrzymał się na stacji benzynowej, gdzie przygotował herbatę. I tam pierwszy raz musiałem użyć zawartości apteczki na sobie. Sierota jestem, więc podnosząc plecak zahaczyłem o coś wystającego i z całej siły pociągnąłem w górę. Ałć i połowa paznokcia złamana. Właśnie tego potrzebowałem przed podróżą na pustynię, gdzie piasek wchodzi wszędzie. Tak czy inaczej gaza, plaster, nożyk i jakoś przeżyłem.

No i w drogę dalej. Miałem pecha, bo jako facet byłem skazany na siedzenie obok kierowcy i zabawianie go rozmową na poziomie "I like very much Iran. Iran wonderful country, I love people in Iran" podczas gdy dziewczyny po wyczerpaniu zasobów irańskich zwrotów z ich podręcznych notatników, wzięły się za czytanie książek, albo drzemki. Żeby rozmowa się jakoś kleiła zacząłem pokazywać zdjęcia z Iranu i to był mój błąd, bo po chwili się ogarnąłem, że jeżeli zacznie przeglądać więcej zdjęć, to się zorientuje, że na żadnym nie ma mojej "żony i siostry".
Pod koniec podróży zadzwonił jeszcze do swojego kolegi z pracy, który wytłumaczył mi, że byłoby bardzo miło, jeśli pomógłbym im zdobyć wizę do Polski. Oczywiście, że pomogę! Jak tylko wrócę do kraju, to od razu idę do MSZ i będę im wszystko załatwiał, tylko niech nas wyrzuci na trasie na Yazd. Wyrzucił.
Tam ledwo stanęliśmy, to zatrzymał się jakiś "Nauczyciel" z zaproszeniem do domu itp. ale postanowiliśmy, że dzisiaj dojedziemy, więc grzecznie odmówiliśmy.

Po mniej więcej 15 min zatrzymało się pierwsze auto, które zgodziło się nas wziąć bezpłatnie. TIR z trzema osobami w środku. Oczywiście, żadna z nich nie mówiła ani po angielsku ani po rosyjsku, więc po prostu tłumaczyliśmy im wszystko po polsku. I najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że dało radę, chociaż pod koniec podróży od mówienia bolały mnie ręce.

W Yazd odebrał nas "Balal" generalnie znajomy znajomego Sylwii i Weronikii, który również był couchsurferem. I to nieprzeciętnym. Okazało się, że przenocował już ponad 230 osób z całego świata. Miejsce, gdzie przenocowywał ludzi było w piwnicy, w której było widać obecność większości z nich. Wszystkie ściany w podpisach i rysunkach, na tablicach pocztówki i banknoty z całego świata, a na dodatek zdjęcia legitymacyjne niektórych osób na lodówce.

Podczas podróży do domu okazało się, że był aresztowany za couchsurfing, bo jakiś sąsiad doniósł na niego na policję, że przenocowuje obcokrajowców. Właśnie dlatego w okolice jego domu podjechaliśmy powoli, a gdy zobaczył sąsiada, to wycofał i pojechaliśmy pokrążyć po mieście. Gdy w końcu dowiedział się, że na ulicy jest czystko poinstruował nas, że gdy tylko się zatrzyma to mamy wyskoczyć z auta i wejść do domu.
Wszystko wyglądało mega poważnie itd. ale później utwierdziłem się w przekonaniu, że chłopakowi się trochę na łeb palenie rzuciło. A palił sporo i nie tylko papierosów i shishy ale również popularnego w Iranie haszyszu. Zapaliłem i ja.
Przed podróżą postanowiłem mówić tak na wszystko co lokalne i normalne, czy to do jedzenia, picia czy palenia, więc apeluję do kochanej rodzinki, nauczycieli i wychowawców - spokojnie, wszystko jest dla ludzi, zwłaszcza jeżeli mówimy o próbowaniu, a nie o uzależnieniu.
Nasz host miał cały rytuał przygotowania haszu z tzw. "butli". Do zabawy trzeba było mieć czajnik z wodą, plastikową butelkę, sreberko i żarową zapalniczkę.
Najpierw w spodzie butelki robił dziurkę nie większą niż paznokieć. Odkręcał korek i nalewał do butelki wody. Następnie na gwint butelki nakładał sreberko, które dziurawił lekko wykałaczką i kładł na nim hasz. Kolejnym krokiem było równoczesne rozpoczęcie spuszczania wody przez małą dziurkę na spodzie i wypalanie haszu, żarową zapalniczką. W ten sposób cały dym zostawał w butelce, a woda spływała przez dziurkę do czajnika. I już! Dym gotowy do wdychania.

Weronika i Sylwia trochę się po chichrały, ale na mnie w sumie nie ruszyło specjalnie. Tak czy inaczej opaliliśmy jakieś filmiki na youtubie i w towarzystwie Balala i jego kumpla Alego, który do nas dołączył później, oglądaliśmy je do 3 w nocy a następnie poszliśmy spać.

Dzień 42
Wstaliśmy dopiero o 13 (nienawidzę marnować czasu na spanie, ale dziewczyny tego potrzebowały, więc się dostosowałem) i znowu do 16 marnowaliśmy czas siedząc, oglądając youtuba i jedząc śniadanie. W końcu ustaliliśmy, że Balal zadzwoni po jakiegoś swojego znajomego, który nas zawiózł do hotelu, w którym ponoć mieliśmy nocleg za darmo.
Hotel umiejscowiony był w samym centrum, więc jak tylko zostawiliśmy plecaki, ruszyliśmy na spacer uliczkami Yazd. I było pięknie. Idealne pustynne miasto. Małe wąskie uliczki, niskie budynki przerywane tylko co jakiś czas meczetem i "Wiatrowymi wieżami"
"Wiatrowe wieże", są jedną z pierwszych rzeczy, które rzucają się w oczy w Yazd. Zostały wymyślone ponad 3000 lat temu i do dzisiaj pełnią swoją funkcję schładzania wody. Działa to na podstawie podstawowego prawa fizyki - ciepłe powietrze jest lżejsze, a chłodne cięższe. Gdy z jednej strony wpadał chłodny wiatr do wieży, to wypychał znajdujące się tam cieplejsze powietrze i chłodził w ten sposób wodę, z której korzystali mieszkańcy.

Podczas zwiedzania męczył mnie jeden pomysł - wejść na dach, któregoś z budynków i zrobić zdjęcie panorami miasta przy zachodzącym słońcu. I w końcu się udało. Chodziłem sprawdzałem i znalazłem zielone drzwi prowadzące na jeden z wyższych punktów w mieście. Tam spędziłem z dziewczynami ponad godzinę rozmawiając o wszystkim i o niczym.

Podczas naszego posiedzenia na dachu zaczął do nas wydzwaniać inny couchsurfer z Yazd, który koniecznie chciał nas zaprosić na swoje wesele. Tak wesele! Oczywiście zgodziliśmy się i tym samym mieliśmy już zaplanowany jutrzejszy dzień.
Gdy słońce już zaszło, to posiedzieliśmy jeszcze chwilę i postanowiliśmy pójść coś zjeść. W sumie, to nawet nie coś tylko "Falafele", która była zadziwiająco tania i smaczna. Trochę to trwało zanim znaleźliśmy odpowiednie miejsce, ale było warto.

Była już 23, więc zbieraliśmy się w kierunku hotelu, gdy na naszej drodze spotkaliśmy Odela. Tak, Odela Tunezejczyka z Shiraz. Nie umawialiśmy się z nim, ani nic. Tak po prostu spotkaliśmy go po dwóch dniach 700km od Shiraz na środku ulicy. Okazało się, że był na spotkaniu innych chouchsurferów w pobliskim hotelu i aktualnie zmierza na dworzec w kierunku Esfahanu. Pożegnaliśmy się, więc z nim i postanowiliśmy dołączyć do innych.
Pozostałymi couchsurferami w Yazd okazała się sympatyczna 21-letnia Saghi i 27-letni surfer z Czech, Michał. O ile Saghi była lokalnym hostem, to Michał okazał się być osobą zupełnie zwariowaną. Ponad rok temu rzucił wszystko i zamiast wracać z wakacji w Indonezji do kraju, to postanowił zwiedzić świat autostopem. I jakimś cudem trafił do Iranu. Stwierdziłem, że takiej okazji nie mogę przegapić i postanowiłem przeprowadzić z nim wywiad i zapytać czym jest dla niego szczęście i jakie ma teraz marzenia. Było jednak już trochę późno, więc postanowiliśmy nakręcić wywiad jutro o wschodzie słońca.

Po pożegnaniu ruszyłem z dziewczynami do hotelu, gdzie po prysznicu i szybkim praniu zalegliśmy spać.


Pozdrowienia z Poznania :))