2012 · Autostopem przez życie

Autostopem po Iranie

← Wszystkie wpisy

Dzień 41

Wstałem o 8 rano, spakowałem się i wraz Sonią ruszyłem na spotkanie dziewczyn, z którymi poznałem się wczoraj. Równo o 10 spotkaliśmy się, pożegnaliśmy z naszymi hostami i taksówką ruszyliśmy na wylotówkę z miasta. Poprosiliśmy jeszcze naszych hostów o ustalenie ceny i miejsca, gdzie ma nas dowieźć kierowca i jazda.

Gdy wysiedliśmy oczywiście okazało się, że kierowca chce więcej, bo "używaliśmy bagażnika", ale Weronika zaczęła się z nim kłócić o to co nasze i dosłownie wyciągała mu pieniądze z ręki.

Obładowani plecakami idziemy na wylotówkę i łapiemy stopa. Jedynym problemem były tłumy gapiów, którzy zaczepiali oraz tłumy taksówkarzy liczących na zarobek. Na szczęście już po 10 min mieliśmy stopa w naszym kierunku.

Autostopem do Yazd

Kierowcą okazał się "Tłuścioszek" (dziewczyny zaraziły mnie nadawaniem ksywek, a nie korzystaniem z imion), który początkowo miał nas podwieźć tylko na autostradę, ale koniec końców przejechaliśmy z nim ponad 400km.

W podróży zaczęły wychodzić nasze pierwsze błędy wynikające z tego, że się jeszcze nie znaliśmy i nigdy razem nie łapaliśmy. Dziewczyny miały swoje sposoby, a ja swoje. Nie mniej jednak wszystko wychodziło w praniu. Klasycznym przykładem błędu, który popełniliśmy był brak ustaleń czyim mężem jestem, albo w jaki sposób jesteśmy spokrewnieni, co by miejscowi nie robili sobie nadziei na ożenek. Dlatego w pierwszym momencie na pytanie, czy jesteśmy rodziną oczywiście przytaknęliśmy i całkiem zgrabnie skłamałem, że jestem mężem Sylwii, a Weronika to moja siostra, której mąż jest budowlańcem w Polsce. To było słaba ściema, bo do Weroniki nijak byłem podobny, a i do małżeństwa nie byłem przygotowany, bo obrączki nie miałem.

Z "żoną i siostrą"

Tak czy inaczej, po mniej więcej godzinie jazdy nasz "Tłuścioszek" kupił nam owoce i zatrzymał się na stacji benzynowej, gdzie przygotował herbatę. I tam pierwszy raz musiałem użyć zawartości apteczki na sobie. Sierota jestem, więc podnosząc plecak zahaczyłem o coś wystającego i z całej siły pociągnąłem w górę. Ałć i połowa paznokcia złamana. Właśnie tego potrzebowałem przed podróżą na pustynię, gdzie piasek wchodzi wszędzie. Tak czy inaczej gaza, plaster, nożyk i jakoś przeżyłem.

W irańskim aucie

No i w drogę dalej. Miałem pecha, bo jako facet byłem skazany na siedzenie obok kierowcy i zabawianie go rozmową na poziomie "I like very much Iran. Iran wonderful country, I love people in Iran" podczas gdy dziewczyny po wyczerpaniu zasobów irańskich zwrotów z ich podręcznych notatników, wzięły się za czytanie książek, albo drzemki. Żeby rozmowa się jakoś kleiła zacząłem pokazywać zdjęcia z Iranu i to był mój błąd, bo po chwili się ogarnąłem, że jeżeli zacznie przeglądać więcej zdjęć, to się zorientuje, że na żadnym nie ma mojej "żony i siostry".

Pod koniec podróży zadzwonił jeszcze do swojego kolegi z pracy, który wytłumaczył mi, że byłoby bardzo miło, jeśli pomógłbym im zdobyć wizę do Polski. Oczywiście, że pomogę! Jak tylko wrócę do kraju, to od razu idę do MSZ i będę im wszystko załatwiał, tylko niech nas wyrzuci na trasie na Yazd. Wyrzucił.

Tam ledwo stanęliśmy, to zatrzymał się jakiś "Nauczyciel" z zaproszeniem do domu itp. ale postanowiliśmy, że dzisiaj dojedziemy, więc grzecznie odmówiliśmy.

Nauczyciel

Po mniej więcej 15 min zatrzymało się pierwsze auto, które zgodziło się nas wziąć bezpłatnie. TIR z trzema osobami w środku. Oczywiście, żadna z nich nie mówiła ani po angielsku ani po rosyjsku, więc po prostu tłumaczyliśmy im wszystko po polsku. I najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że dało radę, chociaż pod koniec podróży od mówienia bolały mnie ręce.

W trasie

W Yazd odebrał nas "Balal" generalnie znajomy znajomego Sylwii i Weronikii, który również był couchsurferem. I to nieprzeciętnym. Okazało się, że przenocował już ponad 230 osób z całego świata. Miejsce, gdzie przenocowywał ludzi było w piwnicy, w której było widać obecność większości z nich. Wszystkie ściany w podpisach i rysunkach, na tablicach pocztówki i banknoty z całego świata, a na dodatek zdjęcia legitymacyjne niektórych osób na lodówce.

Jeden z malunków na ścianie

Podczas podróży do domu okazało się, że był aresztowany za couchsurfing, bo jakiś sąsiad doniósł na niego na policję, że przenocowuje obcokrajowców. Właśnie dlatego w okolice jego domu podjechaliśmy powoli, a gdy zobaczył sąsiada, to wycofał i pojechaliśmy pokrążyć po mieście. Gdy w końcu dowiedział się, że na ulicy jest czystko poinstruował nas, że gdy tylko się zatrzyma to mamy wyskoczyć z auta i wejść do domu.

Wszystko wyglądało mega poważnie itd. ale później utwierdziłem się w przekonaniu, że chłopakowi się trochę na łeb palenie rzuciło. A palił sporo i nie tylko papierosów i shishy ale również popularnego w Iranie haszyszu. Zapaliłem i ja.

Przed podróżą postanowiłem mówić tak na wszystko co lokalne i normalne, czy to do jedzenia, picia czy palenia, więc apeluję do kochanej rodzinki, nauczycieli i wychowawców - spokojnie, wszystko jest dla ludzi, zwłaszcza jeżeli mówimy o próbowaniu, a nie o uzależnieniu.

Nasz host miał cały rytuał przygotowania haszu z tzw. "butli". Do zabawy trzeba było mieć czajnik z wodą, plastikową butelkę, sreberko i żarową zapalniczkę.

Najpierw w spodzie butelki robił dziurkę nie większą niż paznokieć. Odkręcał korek i nalewał do butelki wody. Następnie na gwint butelki nakładał sreberko, które dziurawił lekko wykałaczką i kładł na nim hasz. Kolejnym krokiem było równoczesne rozpoczęcie spuszczania wody przez małą dziurkę na spodzie i wypalanie haszu, żarową zapalniczką. W ten sposób cały dym zostawał w butelce, a woda spływała przez dziurkę do czajnika. I już! Dym gotowy do wdychania.

Balal w trakcie robienia "butli"

Weronika i Sylwia trochę się po chichrały, ale na mnie w sumie nie ruszyło specjalnie. Tak czy inaczej opaliliśmy jakieś filmiki na youtubie i w towarzystwie Balala i jego kumpla Alego, który do nas dołączył później, oglądaliśmy je do 3 w nocy a następnie poszliśmy spać.

W stroju irańskiej armii

Dzień 42

Wstaliśmy dopiero o 13 (nienawidzę marnować czasu na spanie, ale dziewczyny tego potrzebowały, więc się dostosowałem) i znowu do 16 marnowaliśmy czas siedząc, oglądając youtuba i jedząc śniadanie. W końcu ustaliliśmy, że Balal zadzwoni po jakiegoś swojego znajomego, który nas zawiózł do hotelu, w którym ponoć mieliśmy nocleg za darmo.

Hotel umiejscowiony był w samym centrum, więc jak tylko zostawiliśmy plecaki, ruszyliśmy na spacer uliczkami Yazd. I było pięknie. Idealne pustynne miasto. Małe wąskie uliczki, niskie budynki przerywane tylko co jakiś czas meczetem i "Wiatrowymi wieżami"

"Wiatrowe wieże", są jedną z pierwszych rzeczy, które rzucają się w oczy w Yazd. Zostały wymyślone ponad 3000 lat temu i do dzisiaj pełnią swoją funkcję schładzania wody. Działa to na podstawie podstawowego prawa fizyki - ciepłe powietrze jest lżejsze, a chłodne cięższe. Gdy z jednej strony wpadał chłodny wiatr do wieży, to wypychał znajdujące się tam cieplejsze powietrze i chłodził w ten sposób wodę, z której korzystali mieszkańcy.

Wiatrowe wieże w Yazd

Podczas zwiedzania męczył mnie jeden pomysł - wejść na dach, któregoś z budynków i zrobić zdjęcie panorami miasta przy zachodzącym słońcu. I w końcu się udało. Chodziłem sprawdzałem i znalazłem zielone drzwi prowadzące na jeden z wyższych punktów w mieście. Tam spędziłem z dziewczynami ponad godzinę rozmawiając o wszystkim i o niczym.

Weronika i Sylwia na tle panoramy starego miasta Yazd

Podczas naszego posiedzenia na dachu zaczął do nas wydzwaniać inny couchsurfer z Yazd, który koniecznie chciał nas zaprosić na swoje wesele. Tak wesele! Oczywiście zgodziliśmy się i tym samym mieliśmy już zaplanowany jutrzejszy dzień.

Gdy słońce już zaszło, to posiedzieliśmy jeszcze chwilę i postanowiliśmy pójść coś zjeść. W sumie, to nawet nie coś tylko "Falafele", która była zadziwiająco tania i smaczna. Trochę to trwało zanim znaleźliśmy odpowiednie miejsce, ale było warto.

omnomnom

Była już 23, więc zbieraliśmy się w kierunku hotelu, gdy na naszej drodze spotkaliśmy Odela. Tak, Odela Tunezejczyka z Shiraz. Nie umawialiśmy się z nim, ani nic. Tak po prostu spotkaliśmy go po dwóch dniach 700km od Shiraz na środku ulicy. Okazało się, że był na spotkaniu innych chouchsurferów w pobliskim hotelu i aktualnie zmierza na dworzec w kierunku Esfahanu. Pożegnaliśmy się, więc z nim i postanowiliśmy dołączyć do innych.

Pozostałymi couchsurferami w Yazd okazała się sympatyczna 21-letnia Saghi i 27-letni surfer z Czech, Michał. O ile Saghi była lokalnym hostem, to Michał okazał się być osobą zupełnie zwariowaną. Ponad rok temu rzucił wszystko i zamiast wracać z wakacji w Indonezji do kraju, to postanowił zwiedzić świat autostopem. I jakimś cudem trafił do Iranu. Stwierdziłem, że takiej okazji nie mogę przegapić i postanowiłem przeprowadzić z nim wywiad i zapytać czym jest dla niego szczęście i jakie ma teraz marzenia. Było jednak już trochę późno, więc postanowiliśmy nakręcić wywiad jutro o wschodzie słońca.

CS meeting

Po pożegnaniu ruszyłem z dziewczynami do hotelu, gdzie po prysznicu i szybkim praniu zalegliśmy spać.

Komentarze (1)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.