Dzien 14
Nikomu nie życzę tego, co mnie spotkało nad ranem.Po kolacji, na którą zjadłem boczek, topiony ser i wódkę, mój układ pokarmowy przeszedł swoiste katharsis. Po tej ciężkiej przeprawie ledwo żyłem i było mi mega gorąco. Po cichu wziąłem ręcznik z pokoju i wyszedłem na plażę popływać przy wschodzie słońca.

Po powrocie, odświeżony zaległem jeszcze na poranną drzemkę i wstałem dopiero o 10, jak mnie maluchy zawołały na śniadanie.
Po śniadaniu przekonali mnie, żebym został z nimi jeszcze jeden dzień, więc poszliśmy na plażę. Dzięki Bogu nie graliśmy już w "Majek" (przy całym szacunku dla dzieci, ta gra nie dość, że jest wykańczająca, to jeszcze bezcelowa) tylko bawiliśmy się w powstrzymywanie fali. które polegało na machaniu czym się da w celu zatrzymania nadchodzącej fali (tak, o wiele sensowniejsza zabawa). Było o tyle śmiesznie, że fale były naprawdę potężne i co druga praktycznie mnie zakrywała, a maluchy przewracała co chwilę.
Wróciliśmy dopiero na obiad, po którym zacząłem się pakować w towarzystwie dzieciaków. I się zaczęło. Pasza zostań, Pasza podaruj mi markera, zdjęcie, plecak, pasek, wszystko! I wtedy Aluszta rozczuliła mnie maksymalnie, bo powiedziała - "Pasza, podaruj mi siebie!". Normalnie wymiękłem, ale dzielnie stawiłem czoła sytuacji i jak zwykle niezawodne okazało się, stare, dobre, ruskie - "Niet".No ale ksero swojego zdjęcia jej zostawiłem.

Następnie jakimś cudem spakowaliśmy się w 7 osób do Lady i ruszyliśmy do domu Igora.

Tam wyprałem rzeczy i poszliśmy nad morze, gdzie odbywał się coroczny festiwal muzyki metalowej. Uroczo. Wieczorem mój host pokazał mi miasto nocą i powiem szczerze - byłem w szoku. Myślałem, że Kercz to mała pipidowa, a tu się okazało, że to wielkie miasto z wielką historią.

Dzien 15
Na śniadanie Igor zrobił rozwodnioną owsiankę. I chwała mu za to, bo wciąż podejrzliwie patrzyłem na jedzenie. Wpakowany, czysty, przeprany. pożegnałem się z moim wybawicielem z Kerczu i poszedłem do kawiarenki internetowej uaktualnić bloga i zaległości na facebooku, a następnie ruszyłem w stronę dworca w poszukiwaniu marszrutki nr. 1, która miała mnie dowieźć do portu.
Na peronie dosłownie hołota. Ledwo pojechał busik, a wszyscy jak szaleni się rzucili. W środku kierowca na prawo i lewo rzucał wyzwiskami i dwie osoby dosłownie wypchnął na zewnątrz. Niezły początek.
Po dojeździe do portu załamałem się. Koniec festiwalu = tłumy ludzi. No i jeszcze pełne słońce, bo 3 godziny straciłem przy kompie.

Udało się. Po 3h taktycznego przesuwania się w kolejce, dobrnąłem do pogranicznika, który przybił pieczątkę. Idę na prom. I teraz uwaga! Igor ostrzegł mnie, żebym jak tylko wejdę na prom poszedł na sam jego początek, a jak dobijemy do brzegu, to żebym biegł jak najszybciej, to nie będę stał w kolejce na granicy rosyjskiej. Na początku myślałem, że przesadza. Nie przesadzał. Ledwo rampa dotknęła lądu, a ludzie jak dzikie świnie, zaczęli biec. Biegłem i ja. Jak taran i granicę rosyjską przekroczyłem po 15 min.

Po przejściu granicy okazało się, że popełniłem błąd przekraczając ją tutaj. Ruch samochodowy był żaden. Dosłownie. Prom kursował co godzinę i jednorazowo zabierał 15 aut.
Stwierdziłem, że szkoda czasu i kupiłem bilet autobusowy do Taupse. Mimo, że autobus był rosyjski, to standardem nie różnił się od tych ukraińskich. Gorąco i śmierdząco, czyli to co podróżnicy lubią najbardziej. Jedynym plusem była dziewczyna, którą poznałem - Ania. Jedna z nielicznych osób, z którą miałem okazję rozmawiać po angielsku. Okazało się, że też korzysta z couchsurfingu i dużo podróżuje, więc jazda autobusem minęła dość szybko.
Do Taupse dotarłem o 3.00 w nocy. Perfekcyjnie. Trafiłem do miasta, którego nie znałem, w środku nocy, bez mapy i bez znajomości. Jak znalazłem WiFi, to się okazało, że również Google nie zna tego miasta i nie ma żadnych dostępnych map. Bajka. Czas na spontan. Podszedłem do młodych rosjan, wyjaśniłem im sytuację w nadziei, że mi pomogą. Mieli jeden warunek. Pomogą, jak napiję się z nimi ruskiej wódki. Nie pozostało mi więc nic innego jak ulec ich żądaniom i tym samym dobiliśmy targu. Napiliśmy się, pogadaliśmy i poszliśmy na trasę w kierunku Armawiru.
Chłopaki byli tak uczynni, że pomagali mi łapać stopa w dość osobliwy sposób. Jeden stawał na środku drogi, a gdy auta zwalniały drugi podchodził i się pytał gdzie jadą. W środku nocy podkreślam.

No ale się udało i po godzinie złapali mi stopa na trasę w kierunku Elbrusa. Padałem z nóg, ale musiałem kontrolować trasę. Moi kierowcy okazali się tak mili, że widząc moje zmęczenie, dali mi kanapkę i powiedzieli, że zaraz się przesiadą i będę mógł się położyć, a obudzą mnie dokładnie w miejscu gdzie ustaliliśmy.
Powinienem być nieufny i w ogóle, ale wyglądali porządnie, a ja byłem zmęczony, więc upewniłem się, że wszystko wartościowe mam przy sobie i zapadłem w drzemkę budząc się co jakiś czas i sprawdzając mapę.

Dzien 16
Wysadzili mnie dokładnie tam, gdzie chciałem i wmiarę wypoczęty wziąłem się za łapanie stopa.
Udało się już po 5 min. Moim kierowcą okazał się być Ibrahim - weteran z Afganistanu z paskudnie poparzonym jednym profilem twarzy. Z tego co mi opowiadał, to przez 2 lata był w Afganistanie w armii radzieckiej i latał na śmigłowcach, aż w końcu go zestrzelili. Aż przykro się go słuchało jak państwo się na niego wypięło i mimo swojej niepełnosprawności renta, którą dostaje jest aż śmieszna.Nagrałem z nim mistrzowski wywiad do projektu

Wszystko było by super, gdyby nie fakt, że pod koniec trasy oświadczył, żebym mu zapłacił za benzynę. Grzecznie odmówiłem, ale on dalej dość nachalnie nalegał. W końcu nic nie dałem, ale niesmak pozostał.
Ibrahim zostawił mnie na trasie prowadzącej już prosto na Elbrus.
Wysiadam z auta, rozglądam się i widzę dużą grupę ludzi. Postanowiłem podejść i zobaczyć co się dzieje. Jak tylko zacząłem się zbliżać, z prawej i lewej strony padały propozycje wypicia wódki. Okazało się, że trafiłem na wesele.
Twardo szedłem w kierunku panny młodej, ale po drodze trafiłem na 6 karnych kolejek. W końcu się udało. Jest fotka i jest wywiad.

Chciałem się grzecznie wycofać, ale mi nie dali. Gość w dom, Bóg w dom. Zaczęło się jedzenie i wspólne tańce. Zakrapiane oczywiście. Powiedzieli, że koniecznie muszę z nimi jechać, bo niespodziewany gość przynosi młodym szczęście. No to jadę z weselnikami.

Po drodze stwierdziłem, że weselnicy mają już za dobrze. Jeden puszczał pawia przez okno, podczas gdy drugi wypadł przez niedomknięte drzwi. Powiedziałem, że muszę koniecznie dotrzeć dzisiaj do Elbrusa. Po ciężkich negocjacjach przyznali mi rację, ale powiedzieli, że zabiorą mnie do domu i nakarmią przed dalszą podróżą.
Jak powiedzieli tak zrobili. Zabrali mnie do domu, nakarmili. Później jeszcze wznieśliśmy kilka toastów i zostałem pożegnany słowami - "Pasza, Ty to jesteś pacanek. Uważaj na siebie"

Następnie jeszcze dwa kilku kilometrowe autostopy i byłem u podnóża Elbrusa - najwyższej góry Europy.



Komentarze (3)
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.