2012 · Autostopem przez życie

Azerbejdżan - Brama Orientu

← Wszystkie wpisy

Dzień 30

Jak zwykle wstałem rano tego samego powodu. Skwar okrutny. Tak sobie myślę, że nie pamiętam pochmurnego dnia. Owszem, burze się zdarzały, ale dwie godzinki i znowu czyste niebo.

Pożegnałem się z dziewczynami i ruszyłem na trasę. Głównym problemem był absolutny brak ruchu na trasie. Niedziela, godzina 7 rano, więc nikt normalny o tej porze nie jedzi autem na wsi. Tak czy inaczej po 40 min jedno auto zwiozło mnie do miasta, gdzie się przeszedłem i stanąłem na wylotówce. Tam znowu 40 min czekania, aż zabrało mnie sportowe auto na granicę z Azerbejdżanem. Okazało się, że mnóstwo osób z okolicznych wiosek jeździ tankować do sąsiadów, bo jest po prostu dużo taniej. Tak czy inaczej, z żalem pożegnałem Gruzję i pewnym krokiem wszedłem do kraju nazywanego Brama Orientu.

Przejście graniczne

Na granicy pierwsze słowa, jakie usłyszałem to pytania po polsku - "No proszę, Polak! Co tam słychać i po co jedziesz do Azerbejdżanu?". Najśmieszniejszy jest fakt, że wypowiedział je strażnik graniczny! Chwilę z nim pogadałem i okazało się, że przez rok studiował w Polsce. W sumie tylko dzięki niemu uniknąłem nieprzyjemności, bo kolejny strażnik zaczął mnie wypytywać o Armenię i o moją wizę. Robił to, delikatnie mówiąc, niezbyt przyjaznym tonem. Na szczęście mój "polski" kolega interweniował i powiedział, żebym się nie przejmował i znikał. Pożegnał mnie słowami, uwaga, "Pomyślności!". I nawet mu to wyszło.

Usiadłem sobie na plecaku z tabliczką "Seki" i czekam. Zatrzymały się dwa auta, ale kierowcy chcieli pieniądze, więc po ludzku się nie zgodziłem. Trzecim samochodem kierował Gruzin, który jak na gruzina przystało zawiózł mnie nie 5km do najbliższego miasta, a 50 na najbliższą autostradę. Przysięgam, jak spotkam Gruzina w Polsce to mu swoje łóżko oddam.

Następnego stopa złapałem dość szybko, a moim kierowcą okazał się uśmiechnięty od ucha do ucha złotozębny "Czamur", który nie rozumiał nic po angielsku czy rosyjsku, ale nawijał jak najęty. No i doszło między nami do drobnego nieporozumienia, ponieważ wysadził mnie w złym miejscu i musiałem maszerować w pełnym słońcu jakieś 5km. I wtedy utknąłem. Owszem zatrzymywało się dużo aut, ale wszyscy, WSZYSCY pytali się ile im zapłacę. Po 2 godzinach tłumaczenia ciągle tego samego zirytowałem się i po prostu wsiadłem w autobus jadący do Seki, które określane jest jako najpiękniejsze zaraz po Baku.

W autobusie okazało się, że nie jestem jedynym turystą. Oprócz mnie była w nim jeszcze nauczycielka z Holandii. W sumie zaczęliśmy rozmawiać dopiero jak wysiedliśmy na dworcu i zostaliśmy oboje otoczeni chmarą taksówkarzy.

Paulina, bo tak miała na imię, mówiła tylko po angielsku co w krajach Kaukazu jest warte tyle co nic. Ja i mój rosyjski postanowiliśmy jej pomóc, bo wyglądała na typową blondynkę z dowcipów. Okazało się, że ma zrobioną rezerwację w hotelu, więc po prostu zamówiliśmy taksówkę i pojechaliśmy. Hotel okazał się być umiejscowiony w dawnym karawanseraju, czyli miejscu w którym kiedyś spotykali się kupcy.

Ogród w Karawanseraju

Karawanseraj jest charakterystyczną budowlą dla tego regionu świata, ponieważ kilkaset lat temu przebiegał tutaj Szlak Jedwabny i potrzebne były miejsca, gdzie kupcy mogli przenocować i bezpiecznie handlować. W piwnicy budynku znajdował się magazyn, na parterze kupcy handlowali, a na piętrze spali. Hotel, w którym spała Paulina znajdował się właśnie na piętrze. Za jedną noc 60$.

Osobiście miałem plan spać w namiocie, ale zaczepił mnie starszy jegomość, z którym po krótkich negocjacjach dobiłem targu. Nocleg w kwaterze prywatnej za 4$. Stać mnie, a co!

Umówiłem się z Pauliną, że jak się już oboje zadomowimy, to spotkamy się w centrum, więc poszedłem zobaczyć jak wygląda moja kwatera.

Był to drugi raz gdy zapłaciłem za nocleg, ale pierwszy był nieco droższy i warunki były średnie, dlatego szedłem nie spodziewając się szału. A szał był. Jak zobaczyłem miejsce, gdzie mam spać, to obudziło się we mnie dziecko. 26 łóżek i wszystkie dla mnie!

Moja sypialnia

No ale zwiedzać trzeba. Wziąłem prysznic i ruszyłem do centrum. Paulina była spóźniona, więc po prostu poszedłem do kawiarenki internetowej sprawdzić wiadomości. Okazało się, że w miejscu gdzie miałem być za 4 dni, było spore trzęsienie ziemi z setkami ofiar. Pierwszy przebłysk świadomości, że jednak całkiem sporo ryzykuję jadąc w te regiony. No ale nic.

Po godzinie spotkałem się z Pauliną i poszliśmy na herbatę, gdzie dużo rozmawialiśmy o Gruzji i o kulturze tego regiony. Muszę przyznać, że zwróciła mi uwagę na dość istotną rzecz, której nie zauważałem do tej pory. A mianowicie rolę i pozycję kobiet w Gruzji.

Herbata z Pauliną

I doznałem olśnienia. Rzeczywiście ani razu nie spotkałem samotnie spacerującej po ulicy kobiety(Tbilisi jest wyjątkiem). Zawsze były one w towarzystwie mężczyzn i z reguły nie wypowiadały się na żaden temat jeżeli się ich nie zapytało o opinię. To faceci zawsze dyskutowali. Moja nowa holenderska znajoma powiedziała mi również, że nawet ona jako samotnie podróżująca europejka, jest owszem, traktowana miło, ale żaden facet nie bierze jej poważnie, tylko uśmiecha się w stylu "tak, tak, cokolwiek chcesz, to sobie mów, mnie to i tak nie obchodzi"

Pijąc herbatę, która jest chyba wszechobecna w Azerbejdżanie, przyglądałem się mieszkańcom, którzy zawzięcie grali w śmieszną planszówkę.

Nie znam reguł tej gry, ani sensu, ale jest ona nierozłączną częścią całego rytuału picia herbaty.

Herbaciany rytuał i planszówka

Jako, że zaczęło się już ściemniać, więc zaproponowałem Paulinie, żebyśmy zobaczyli tutejszy meczet, a resztę zobaczyli jutro, bo byłem naprawdę padniętym dniu podróżowania. Zgodziła się zaskoczona, że mają tu meczety.

Dzień 31

Wstałem dopiero o 9, bo pomieszczenie miało klimatyzację, więc nie było mi ani za gorąco ani za zimno. Tak czy inaczej postanowiłem zobaczyć Pałac Chana jeden z najcenniejszych zabytków Azerbejdżanu.

W przewodniku miałem napisane, że jest to jeden z trzech (obok tego w Bakczysyraju i Baku) pałaców tego typu na świecie, więc byłem ciekawy co zobaczę. A nie zobaczyłem za dużo.

Pałac Chana

Oczywiście główny problem to brak możliwości robienia zdjęć, ale i tak sam pałac nie zrobił na mnie dużego wrażenia po tym co widziałem na Ukrainie. W skrócie 6 komnat z pięknymi malowidłami, ale nic poza tym. Dosłownie nic oprócz podłóg.

W drodze powrotnej(godzina 13) natknąłem się na Paulinę wychodzącą z hotelu, więc powiedziałem jej gdzie ma iść, żeby zobaczyć coś ciekawego, a następnie spakowałem plecak i ruszyłem na trasę w kierunku Baku.

Żołnierze azerbejdżańscy

Wpierw 8km na piechotę do wylotówki i stoję. Po chwili zatrzymał się samochód. Kierowca powiedział, że może mnie podwieźć tylko 10km. W sumie czemu nie? Opłaciło się. Jak tylko wsiadłem zaproponował obiad. W sumie wykorzystałem sytuację, żeby porozmawiać o dość drażniącym problemie - Górny Karabachu.

Azerbejdżański obiadek

Czym jest Górny Karabach? Jest to region na pograniczu Armenii i Azerbejdżanu, który jest przedmiotem sporu pomiędzy tymi dwoma krajami. Po rozpadzie Związku Radzieckiego, Górny Karabach został przyznany Azerbejdżanowi mimo, że przygniatająca większość jego mieszkańców stanowili Ormianie. Tak czy inaczej Ormianie przegnali Azerów i obecnie władają nad Górnym Karabachem, ale jest to bardzo niebezpieczny region, ponieważ stale dochodzi tam do wymiany ognia na posterunkach granicznych.

Po obiedzie zostałem wysadzony na autostradzie w kierunku Baku. Stałem przy posterunku policji, więc dość szybko zostałem zauważony i zasypany gradem pytań. I znowu ten sam problem. Autostop jest tutaj praktycznie nieznany. Na szczęście zrozumieli, że podróżuję za darmo i mi pomogli. Jak? Ano zatrzymali autobus, a kierowca powiedział, że weźmie mnie za darmo. Bajka.

Mój autobus do Baku

W autobusie jak to w autobusie. Nic ciekawego. Kolejne przygody zaczęły się na dworcu w Baku.

Oczywiście już w 5 sekund po opuszczeniu autobusu zostałem otoczony przez kilkunastu taksówkarzy, z których każdy oferował to samo, ale zwrot - "Nie nada" odpędzał ich skutecznie.

Zadzwoniłem do mojego hosta w Baku i okazało się, że z dotarciem w okolice jego domu muszę sobie radzić sam. Wygląda to mniej więcej tak: w obcym mieście, w nocy, bez mapy i gdzie na szczęście większość ludzi mówi po rosyjsku.

Pierwsze co to musiałem znaleźć autobus jadący w stronę metra (o rozkładach czy planach nie piszę, bo ich po prostu nie ma), więc zacząłem pytać ludzi. Okazali się tak pomocni, że nie tylko wsadzili mnie do autobusu, ale również za niego zapłacili. W autobusie, w miejscu gdzie miałem wysiąść dwóch panów rzuciło się, żeby mi pomóc z wynoszeniem plecaka i pokazaniem kierunku gdzie mam iść. W metrze to samo. Pomocni ludzie, którzy zapłacili, za mój bilet i pokazali gdzie mam wysiąść, a na właściwej stacji policjant, który zadzwonił do mojego hosta, powiedział gdzie jestem i oddał w jego ręce. No bajka!

Moim hostem w Baku okazał się Tayrun, 29latek pracujący w przemyśle naftowym( tak jak 30% ludzi w Baku). Niestety nie mógł mnie oprowadzać po mieście, bo pracował od 9 do 19, ale zaopatrzył mnie w mapę, przewodnik i kartę do metra. Dodatkowo okazało się, że większość mojego pokoju zajmuje wielkie królewskie łoże! Jedyną obsesją mojego hosta była woda i prąd. Wyobrażacie sobie wyłączać korki w mieszkaniu za każdym razem jak wychodzicie? No i to samo z wodą. Zakręcał wodę w całym mieszkaniu na noc i jak wychodził. Było to o tyle problematyczne, że nie powiedział mi jak to wszystko włączyć, więc gdy wróciłem z zwiedzania pierwszego dnia. Spędziłem 20 min na poszukiwaniu korków i głównego zaworu.

Tak czy inaczej powiedział mi co warto i co koniecznie muszę zobaczyć i poszedłem spać nie mogąc doczekać się kolejnego dnia.

Dzień 32

Wstałem razem z moim hostem i razem wyszliśmy z mieszkania poczym ruszyłem na miasto. Baku okazało się być śliczne. W całości zachowana starówka i mury obronne. Dodatkowo szerokie deptaki i ulice. Mój plan na dzisiaj - zwiedzić starówkę, a wieczorem przejść się deptakiem nad morzem.

Uliczki starego miasta Baku

Jak pomyślałem tak zrobiłem. W pierwszej kolejności zobaczyłem jeden z symboli Baku nazywany Wieża Dziewicza, która jest niczym innym jak wysoką wieżą z XII w. z której rozciąga się wspaniała panorama na całą starówkę. Następnie ruszyłem uroczymi uliczkami co chwilę skręcając do meczetów, karawanserajów, aby w końcu dotrzeć do Pałacu Szirwanszachów, średniowiecznego kompleksu na terenie którego znajduje się obecnie muzeum przedstawiające historię miasta.

Widok z Dziewiczej Wieży na starówkę

W ogóle spacerując przez 5 godzin po starówce nie spotkałem, żadnych innych turystów! Zero! Null! Nic! Miało to swoje plusy i minusy. Plusem oczywiście był fakt, że spacerowałem po pustym mieście i nie męczyłem się w tłumie innych robiących zdjęcia, krzyczących i wpadających na siebie turystów. Minusem było to, że dla lokalnych sprzedawców byłem jedynym potencjalnym kupcem, więc co chwilę mnie jakiś zaczepiał i próbował wprowadzić do siebie do sklepu. Pierwszemu się udało, ale później już wiedziałem co mnie czeka, więc starałem się grzecznie odmawiać.

Lokalny biznesman

W spacerując po starówce znalazłem jeszcze jedną ciekawą rzecz - muzeum miniaturowych książek z całego świata, a miła pani, która była jego opiekunką pokazała mi również część wystawy poświęconą Polsce

Muzeum miniaturowych książek

Po 5 godzinach postanowiłem wrócić do domu i zrobić sobie obiad oraz odpocząć.

Wieczorem umówiłem się na spacer z kolejną osobą z couchsurfingu - Narmina. Przeurocza dziewczyna, z którą przespacerowałem się wzdłuż morza i podziwiałem Baku nocą, które okazało się być zupełnie innym miastem. Tysiące ludzi na ulicach, tysiące świateł, a całości dopełniały imponujące "Ogniste wieże", czyli nowoczesne budynki imitujące płomienie i jedna z największych flag na świecie.

Narmina:)

Rozmawiając z Narminą poruszyłem temat religii w Azerbejdżanie, ponieważ zdecydowana większość mieszkańców stanowią muzułmanie, ale państwo samo w sobie jest laickie i nie narzuca, żadnych odgórnych reguł dotyczących ubioru czy też zachowań. Okazało się, że owszem zdecydowana większość jest muzułmanami, ale za wyjątkiem mieszkańców południa nikt nie odwiedza meczetów czy też nie modli się trzy razy dziennie.

Bulwar nadmorski i ogniste wieże w tle

Do domu wróciłem o 0.00 pogadałem jeszcze chwilę z Teymarem o jego sposobie postrzegania religii i zaległem spać.

Plan na jutro - "Płonące skały" i kompleks przygotowany na tegoroczną Eurowizję.

Komentarze (2)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.