Naszą wspólną podróż należało zacząć po polsku, czyli od butelki alkoholu. Paulina planowała pić wieczorem wyłącznie caipirinhe, więc tylko z politowaniem patrzyła, jak w sklepie ładowaliśmy do plecaka litr ciemnego rumu. Moją głowę znała, a Marcin ze swoją wagą również nie wyglądał na takiego co podoła takiej ilości.
- Ja Was z kibla wyciągać nie będę – powiedziała, gdy zadowoleni z wyjątkowo taniego zakupu, wychodziliśmy ze sklepu
- Nie no, przecież wszystkiego nie wypijemy – oponowałem – Jak coś to nam na jutro zostanie – stwierdziłem przekonywająco.
Nie zostało nic.
Marcina poznałem dopiero niedawno. Żeby było śmieszniej – przez Internet. Któregoś dnia napisał do mnie na Facebooku z pytaniem, czy nie chciałbym ruszyć z nim na Rikshaw Run – wyścig rikszy po Indiach, z reguły z celem charytatywnym. Wprawdzie już wtedy miałem plan ruszyć w podróż, w której obecnie jestem, ale krótka rozmowa na Skypie wystarczyła, żeby zrobić wzajemną autoprezentacje. Tak się jednak jakoś złożyło, że kilka tygodni później napisałem do niego z pytaniem, czy zgodziłby się nakręcić ze mną film promujący akcję „Autostopem dla hospicjum”. Czemu akurat on? Bo to jego pasja, bo od kilku lat tworzy dobre filmy, bo ma niezbędny sprzęt do ich realizacji, bo został nagrodzony Travelerem za swoje filmy w 2013 roku i bo mieszkał w nieodległym Sopocie. Dogadaliśmy warunki współpracy i przy pomocy jeszcze jednego kumpla – Pawła Jurczaka (jeszcze raz wielkie dzięki!) stworzyliśmy zalążek akcji. Tak się zaczęło.
W czasie tworzenia filmu, dowiedziałem się, że Marcin również planuje podróż po Ameryce Centralnej i Południowej. Co więcej, planował być tam w mniej więcej tym samym czasie co ja. Dlatego, gdy w grudniu wylądował w Meksyku, zgadaliśmy się, a następnie po dwóch miesiącach jego podróży na południe spotkaliśmy się San Juan del Sur, a bardziej dokładniej, na plaży odległej o 10 kilometrów na północ od miasta
Wieczorem usiedliśmy na tarasie restauracji z widokiem na ocean i zaczęliśmy stopniowo psuć butelkę. Gdy o 20.30 miły Pan powiedział nam, że niestety, ale już zamykają, przenieśliśmy się nad basen. Tam butelka była w już kiepskim stanie, a Paulina stwierdziła, że idzie poczytać, bo nie wiedzieć czemu gryzły ją komary podczas, gdy my nawet jednego nie widzieliśmy. Tak czy inaczej, wróciła do pokoju pod wiarygodnym pretekstem. My natomiast postanowiliśmy usiąść sobie w wyciągniętej na brzeg rybackiej łódce i dokończyć rum, bo bez sensu, żeby coś się zmarnowało, jak zostało tak mało.
Do pokoju wróciliśmy przed północą, więc Paulina jeszcze nie spała, ale jak tylko nas zobaczyła, to z rozbawieniem stwierdziła:
- Myślałam, że będziecie w gorszym stanie.
Oczywiście sepleniąc przekonywaliśmy ja o naszej znakomitej kondycji oraz o dobrych warunkach do spokojnego picia, a po prysznicu i umyciu zębów, padliśmy jak zabici.
Plany na kolejny dzień były bardzo ambitne. Chcieliśmy dojechać w okolice Esterillos, albo nawet dalej, aż do Quepos. Niestety, nie wszystko wyszło idealnie.
Ani ja, ani Paulina nie mieliśmy większych problemów ze wstaniem o siódmej, ale Marcin owszem. Po pierwsze dlatego, że wczorajsza butelka miała na niego dużo większy wpływ niż na mnie. U mnie nawet kaca nie było, natomiast Marcin, zaraz po tym jak usiadł na łóżku stwierdził, że chyba dalej jest pijany. Wprawdzie czas nas gonił, ale musieliśmy jeszcze zjechać do miasta, żeby mógł sobie spokojnie zjeść normalne kacśniadanie.
Gdy już wszystko mieliśmy z głowy, zabraliśmy się za łapanie stopa w kierunku granicy, gdzie po raz drugi musieliśmy załatwiać te same sprawy, co cztery dni temu, tylko, że w innej kolejności. Granica Nikaragui poszła całkiem sprawnie, ale problemy zaczęły się po stronie Kostaryki.
Sytuacja, jak na polskiej poczcie. Dziesiątki, jeśli nie setki osób ustawionych w kolejce, w pełnym słońcu, z bagażami, a w budynku imigracyjnych czynne tylko dwa z sześciu okienek. Jak już swoje wystaliśmy, a Paulina wypełniła całą naszą papierkową robotę, dostaliśmy się do okienka. Pani w mundurze spojrzała na paszporty naszej trójki, a następnie, nie podnosząc nawet wzroku znad papierów powiedziała:
- Rezerwację lotniczą poproszę.
Na początku próbowaliśmy palić głupa, ale znowu pojawił się ten sam absurdalny problem co w momencie mojego wlatywania do Kostaryki. Żeby zostać wpuszczonym do kraju trzeba mieć dowód na plan jego opuszczenia. Zaczęliśmy tłumaczyć, że jeszcze nie wiemy ile dni planujemy zostać w Kostaryce oraz, że chcemy droga lądową przejechać do Panamy, ale mundurowa tylko kiwała głową, aż w końcu wbiła nam stemple do paszportów i bez słowa je oddała.
Cali zadowoleni, że jakimś fuksem się udało, poszliśmy po plecaki. Już byliśmy gotowi, żeby iść dalej, ale spojrzałem do paszportu, gdzie na pieczątce z Kostaryki widniała liczba „10”. Zdziwiony poprosiłem, żeby moi towarzysze również sprawdzili co mają i okazało się, że jest problem. Nie wiedzieć czemu ja z Marcinem dostaliśmy nieszczęsną dziesiątkę, a Paulina cały miesiąc. Próbowaliśmy jeszcze cofnąć się do okienka, ale jeden z imigracyjnych powiedział nam, że indywidualnie ustalają długość pobytu i nie da się tego zmienić. Wprawdzie nie specjalnie się tym przejmowaliśmy, ale zawsze jest to jakaś tam kwestia do rozwiązania w późniejszym terminie.
Autostop z granicy praktycznie nie wchodził w grę, bo ruch samochodów osobowych, pomiędzy Nikaraguą a Kostaryką, jest zerowy. Nie licząc oczywiście TIRów, ale mało który kierowca jest skory do przewożenia trzech autostopowiczy na raz. Zwłaszcza, gdy droga usłana jest posterunkami kontrolnymi policji, na których każde auto musi się zatrzymać.
Żeby nie tracić czasu na łapanie, wsiedliśmy w lokalny autobus i przed wieczorem dostaliśmy się do drugiego największego miasta Kostaryki – Liberii. Miasta, które nie wiedzieć czemu, wszyscy, z którymi rozmawiałem przedstawiali jako największą spelunę, tymczasem, okazało się być dużo ładniejsze i przyjazne, aniżeli San Jose. Mniejsze, bez korków, z ładnymi i zadbanymi parkami, bez rozwalających się budynków w centrum miasta i ogłuszającego hałasu przekupek, próbujących sprzedać wszystko począwszy od jedzenia, przez ubrania, na kartach z doładowaniami kończąc.
Na samym początku mieliśmy mały problem ze znalezieniem hostelu. Nie mieliśmy rezerwacji, a pierwszy, który odwiedziliśmy, mimo braku atrakcji turystycznych w mieście, okazał się być w pełni zarezerwowany. Szczęście dopisało nam za drugim razem, kiedy znaleźliśmy sobie trzyosobowy pokój w małym hostelu z uroczym patio.
Największą atrakcją Kostaryki są parki narodowe. Jest ich sporo i też każdy jest inny. Wprawdzie byliśmy ograniczeni zarówno czasowo, jak i budżetowo, ale postanowiliśmy, że odwiedzimy przynajmniej kilka najważniejszych. W pierwszej kolejności postanowiliśmy odwiedzić Manuel Antonio. W opinii wielu osób – najpiękniejszy park narodowy Kostaryki. Czemu? Prawdopodobnie tylko i wyłącznie z powodu plaż, urokliwych zatoczek i bardzo dobrej infrastruktury, która umożliwia odwiedzenie parku nawet osobom na wózkach inwalidzkich.
Od Quepos, które jest bazą wypadową do parku, dzieliło nas jakieś 250 kilometrów. Na moje autostopowe oko dojazd tam nie powinien nam zająć więcej, jak cztery godziny. Niby byliśmy w trójkę z bagażami, ale większość kierowców, którzy mnie zawsze brali, jechało
Ruszyliśmy o dziewiątej i przez pierwsze dwie godziny szło całkiem sprawnie. Pierwszy, dość cichy stop, podwiózł nas pięćdziesiąt kilometrów, a drugi, został złapany po mniej więcej dwudziestu minutach machania wyciągniętym kciukiem i kartonem. W dodatku włosko-brazylijska parka, która nas wzięła jechała aż do odległego o 150km Puntarenas, a to oznaczało, że jest szansa być w Quepos przed trzynastą. Jednak, jak na złość, wpakowaliśmy się w potężny korek, w którym utknęliśmy na blisko dwie godziny.
Z Puntarenas na stopa wziął nas całkiem rozmowny Kanadyjczyk, ale że było już późne popołudnie, to nieco zmieniliśmy plany i postanowiliśmy zajechać do Esterillos. Raz, że dużo tańszy nocleg niż w Quepos, dwa, że pewna i sprawdzona miejscówka, a trzy, że Paulina doszła do wniosku, że z walizką jest nieco ciężko, dlatego chcieliśmy się tam przepakować i zostawić zbędne klamoty w domu Denisa.
Następnego dnia z rana, po dwóch autostopowych podwózkach, dojechaliśmy do Manuel Antonio.
Pierwsze wrażenia raczej kiepskie. Byliśmy dość późno, bo zebranie się o świcie średnio nam wyszło, a park ma restrykcje w postaci maksymalnie 800 osób na jego terenie. Dlatego też będąc na miejscu dopiero o jedenastej, grzecznie ustawiliśmy się w kolejce i przeszło godzinę czekaliśmy, aż w końcu otworzy się okienko z biletami.
Gdy w końcu udało nam się wejść, uderzyła mnie jedna rzecz. Przecież ogrodzenie przy wejściu do parku i przerywana linia na mapie nie sprawią, że las po drugiej stronie będzie momentalnie inny, wyjątkowy, magiczny i piękniejszy niż las po tej stronie. Specjalnie używam słowa „las”, bo Manuel Antonio większości przypominał najzwyczajniejszy las. Taki z ubitą drogą i kładkami dla pieszych, żeby mogli „wejść w dzicz głębiej”.
Pierwsza część zwiedzania bolała z każdą minutą coraz bardziej. Zwłaszcza, że za wstęp należy zapłacić 16$ od osoby. Dopiero, gdy po trzydziestu minutach marszu, doszliśmy na nad malowniczą zatoczkę z piękną plażą i małpami biegającymi praktycznie wszędzie, zrobiło się nieco bardziej egzotycznie. Jednak zanim postanowiliśmy wskoczyć do wody, zrobiliśmy jeszcze około godzinną rundę dookoła cyplu wbijającego się w ocean. Dopiero, gdy stwierdziliśmy, że nic więcej nie zobaczymy wróciliśmy na plażę, gdzie spędziliśmy resztę naszego czasu w parku.
Problem pojawił się, gdy późnym popołudniem z parku wyszliśmy. Nie mieliśmy zarezerwowanej nocy w hostelu, a na Kostaryce, w czasie sezonu, trafić na wolne miejsce jest wyjątkowo trudno. Wprawdzie na początku nie przejmowaliśmy się tym specjalnie, bo mieliśmy dwa na namioty. Problem pojawił się dopiero, gdy nie mogliśmy znaleźć miejsca, gdzie je można było je bezpiecznie rozbić. Ktoś powie, że na plaży, ale na tych tutaj pływy są długie na 300 metrów, więc nie mając pojęcia dokąd dochodzi przypływ też głupio się rozbijać. Marcin podrzucił pomysł, że skoro nie ma się gdzie rozbić, to można pójść zagadać do księdza na parafię, czy pozwoli nam spać w ogrodzie. Pomysł najmniej się podobał Paulinie, bo jednak spanie na dziko, w momencie, gdzie raz, że jest paskudnie gorąco; dwa jesteśmy cali w soli po kąpieli w oceanie; a trzy, że trochę za dużo osób, które pytaliśmy o noclegi na dziko, mówiło o dzikich zwierzętach i złodziejach. Między innymi dlatego, gdy mijaliśmy jakiś hostel wchodziła do środka i pytała, czy mają jakieś wolne miejsca. I się opłaciło. Już w drugim miejscu, w hostelu, który w przewodniku było opisany jako jeden z najlepszych w całym kraju. Wprawdzie w Internecie była informacja, że wyprzedali wszystkie miejsca na dzisiejszą noc, ale jakimś cudem, gdy Paulina zapytała siedzącego w recepcji mężczyznę, okazało się, że mają jeszcze trzy wolne łóżka w dormitorium. Nocleg za dwanaście dolarów, ale możliwość spędzenia wieczoru na rozmowie, w dużym basenie z piwem w ręku – bezcenna.
Naszym następnym celem, po nieco rozczarowującym Manuel Antonio, było Corcovado. Pierwszy raz o parku usłyszałem od Krysi, która jako przewodnik odwiedzała go kilkukrotnie i raz natknęła się nawet na trop jaguara. Gdy zacząłem o parku czytać, znalazłem mnóstwo informacji, że to jedno z ostatnich miejsc w Kostaryce, nie tknięte przez komercję, prawdziwie dzikie i przepiękne. Jedyne co mi się nie podobało, to wzmianki w najnowszych informacjach o parku, że ktoś tam ostatnio zaginął i wprowadzono obowiązek posiadania przewodnika. Postanowiłem się jednak tym nie martwić na zapas i sprawdzić na miejscu.
Do miasta Puerto Jimenez dojechaliśmy po mniej więcej czterech godzinach spokojnego stopowania, a jedyną większą przygodą było opatrywanie poparzonej ręki kierowcy TIRa, który podwoził. Już na pierwszy rzut oka było widać, że wszyscy w okolicy żyją tylko i wyłącznie dzięki turystom. W mieście, na które składała się jedna „główna” i kilka prostopadłych, praktycznie każdy lokal był zajęty przez biuro wycieczek na zmianę z restauracją, hostelem i sklepem spożywczym. Najgorsza jednak była wiadomość, jaką przedstawił nam wąsaty właściciel hostelu, w którym się zatrzymaliśmy.
- Tak, do Corcovado można wejść tylko i wyłącznie z licencjonowanym przewodnikiem. Jeśli chcecie, to mogę być waszym za jedyne osiemdziesiąt sześć dolarów.
W pierwszym momencie myśleliśmy, że mówi o koszcie całkowitym, czyli że kwotę będziemy mogli między siebie podzielić, ale gdy wypowiedzieliśmy nasze nadzieje na głos, mężczyzna tylko się roześmiał:
- 86$ od osoby. To i tak najniższa cena w mieście. Jeśli nie chcecie, to nie musicie i poszukajcie sobie kogoś innego – powiedział i wzruszył ramionami wracając do obsługi klientów, którzy zapłacili właśnie 300$ za trzydniową wycieczkę do parku.
Spojrzałem na Paulinę i Marcina, którzy siedzieli obok i przysłuchiwali się całej rozmowie. Miny mieli nietęgie. Ja zresztą też. Wprawdzie park był opisywany jako nieziemski, ale płacić za wejście osiemdziesiąt pięć dolarów, to jednak małe przegięcie. Zwłaszcza przy smutnym kursie 1USD=3,7PLN.
- To co robimy? – zapytałem – Jesteście gotowi płacić? Bo szczerze mówiąc, to ja tak średnio.
Stwierdziliśmy, że zanim podejmiemy decyzję, przejdziemy się po innych biurach i dowiemy jak stoją stawki. Marcin został w hostelu, a ja z Pauliną przeszliśmy się na spacer. Niestety, jak to z reguły bywa w takich małych miejscowościach nastawionych na zysk z turystów, panowała zmowa cenowa. Gdzie się nie poszło, tam cena za jeden dzień z przewodnikiem zaczynała się od 85$ w górę.
Nieco rozczarowani wróciliśmy do hostelu, gdzie akurat Marcin rozmawiał z wyglądającą na hipiskę kobietą pod czterdziestkę. Gdy zauważył, że wróciliśmy odwrócił się do nas i zaczął powtarzać informacje od kobiety:
- Ponoć niedaleko stąd, w miejscowości Dos Brazos, jest jakiś hostel ukryty w dżungli i stamtąd spokojnie wejść do parku – powiedział – Można by spróbować tam.
- Dobry pomysł, zwłaszcza, że jak byliśmy w Quepos, to rozmawiałam z laską, co ma tam swój dom i polecała okolicę – przypomniała sobie Paulina.
- No spoko, to zróbmy tak, sprawdźmy ten hostel w Internecie i opinie o okolicy, a następnie podejmiemy decyzję – podsumowałem, jak zwykle planując już co i kiedy trzeba zrobić. Czasem sobie myślę, że to jakaś taka moja mania. Planować, zapisywać i robić z jakimś tam marginesem błędu.
Dość szybko znaleźliśmy stronę hostelu o nazwie „Bolita” i po wstępnym przeczytaniu recenzji i obejrzeniu zdjęć, zdecydowaliśmy, że to jest właśnie nasz plan na jutro. Wprawdzie byliśmy trochę źli, że zmarnowaliśmy popołudnie w mieście, ale wykorzystaliśmy je na spacer po okolicy, puszczanie kaczek nad wodą i podziwianie trąby powietrznej, która utworzyła się na zatoce.
Dotarcie do Dos Brazos odległego od Puerto Jimenez początkowo nie wydawało się trudne. Czternaście kilometrów powinno pójść łatwo, ale okazało, że ruch jest dużo słabszy niż się nam początkowo wydawało. Wprawdzie pierwsze osiem kilometrów poszło całkiem sprawnie, ale gdy dojechaliśmy do ostatniej wioski przed Dos Brazos stanęliśmy. Przez dobrą godzinę praktycznie nic nie jechało. Początkowo, jak największe lenie, siedzieliśmy i czekaliśmy na jakiś uśmiech losu (czyt. autostop), ale w końcu zdecydowaliśmy się ruszyć tyłki i iść w kierunku, odległego o mniej więcej osiem kilometrów, końca drogi.
Recepcja Bolity, jeśli tak można to nazwać, była na samym końcu maleńkiej wioseczki, w której nie było nic więcej jak kilkanaście domów, dwa sklepy, kościół i szkoła. Gdyby nie tabliczka z nazwą hostelu, to byśmy pewnie nawet do niej nie trafili, bo niczym się nie wyróżniała od pozostałych budynków w okolicy. Najzwyklejsza chatą, przed którą znajdowały się dwie kanapy i wciśnięta w przybudówkę prowizoryczna kuchnia.
W pobliżu nie było nikogo, ale gdy zrzuciliśmy z siebie plecaki, zauważyliśmy wiszący pod plastikowym daszkiem dzwonek z napisem „Ring me three times”. Gdy wykonaliśmy polecenie pojawiła kobieta, która była nieco zdziwiona naszą obecnością. Okazało się, że przypadkowo robiąc rezerwację zaznaczyłem złą datę. Na szczęście upewniła nas, że mają wolne miejsca i po szybkim spojrzeniu na nasze plecaki powiedziała:
- Jeśli chcecie coś zostawić tutaj, to śmiało, bo stąd do Bolity jest jeszcze trzydzieści minut marszu pod górę.
Zostawiliśmy więc śpiwory i namioty, żeby bez sensu ich nie dźwigać skoro, według zapewnień miłej kobiety, u góry będziemy mieć wszystko czego potrzebujemy.
Spacer do hostelu okazał się być niemałym wysiłkiem. Przede wszystkim dlatego, że od wczoraj praktycznie non stop padał lub siąpił deszcz, a ścieżka, którą szliśmy do Bolity była całkowicie zasypana liśćmi, błotnista, wąska i pod górkę. Podejście zajęło nam więcej niż wspomniane pół godziny, przede wszystkim dlatego, że Paulina szła w nie najlepszych sandałach i co chwilę się ześlizgiwała ze ścieżki. Co ciekawe, Marcin, zasuwał w nie bardziej praktycznych japonkach, ale jakoś sobie radził.
Pierwszą osobą, którą zobaczyliśmy przed Bolitą był około sześćdziesięcioletni, emerytowany amerykański wojskowy, który przywitał nas wycinając maczetą okoliczne chaszcze, a następnie wskazał miejsce, gdzie kończyły się drzewa i krzaki, a znajdowała się sporych rozmiarów polana. Na jej środku zbudowane było coś na kształt prowizorycznego, ale sporych rozmiarów, domu, postawionego na wysokich, około trzymetrowych palach. Poziom gruntu, został podzielony na trzy, nazwijmy to, pomieszczenia.
Pierwszym była całkiem dobrze wyposażona, jak na środek dżungli, kuchnia. Trzy palniki gazowe, zlew, sporych rozmiarów blat, pokryty białymi kafelkami i wszystkie potrzebne sprzęty takie jak kubki, talerze, sztućce i wszelkiego rodzaju kuchenny ekwipunek. Drugie pomieszczenie było czymś, co spokojnie można było nazwać strefą relaksu. Zajmowały je, podwieszone do pali utrzymujących konstrukcję, hamaki z widokiem na dżunglę. Trzecie było natomiast typową mesą, gdzie stał drewniany stół z dwoma ławkami po bokach, przy którym wszyscy jedli.
Gdy tylko zrzuciliśmy z siebie plecaki, podszedł do nas Tom, który był twórcą, właścicielem i opiekunem hostelu w jednym. Przywitaliśmy się i po szybkim streszczeniu kim jesteśmy, co tu robimy i skąd się o Bolicie dowiedzieliśmy, zaczął nas oprowadzać. W pierwszej kolejności pokazał nam, jak obsługiwać się z poszczególnymi przyrządami w kuchni, oraz jakie panują w niej zasady, a następnie poprowadził nas dalej. Na piętrze drewnianego budynku znajdowało się dormitorium. Drewniana podłoga na której stało około dziesięciu piętrowych, przykrytych moskitierami, łóżek. Ekstra dodatkiem była sporych rozmiarów jaszczurka, która ponoć od kilku lat zawsze, dzień w dzień, zawsze wracała w to samo miejsce.
Na koniec pokazał nam resztę polany, na której znajdowały się jeszcze prowizoryczne prysznice oraz dodatkowe łóżka schowane pod blaszanym dachem i oddzielone od siebie styropianowymi ściankami. Jednak najlepsze miało dopiero nadejść.
Okazało się, że Tom, cały hostel od blisko dziewięciu lat buduje sam. Wnosząc wszystkie materiały i budując np. system doprowadzania wody z potoków, czy kompostownik, który w przyszłości chce wykorzystać do wytworzania energii. Jednak najlepsze w wszystkim co zrobił, było przygotowanie około piętnastu kilometrów pieszych szlaków przez dżunglę, z takimi naturalnymi atrakcjami jak np. wodospady. Co ciekawe, jego szlaki łączyły się z tymi, które były w Parku Narodowym Corcovado, więc nie było najmniejszego problemu, żeby wejść nie płacąc, czy to za bilet, czy za przewodnika. Dostaliśmy od niego prowizoryczną mapę z narysowanymi trasami oraz szacunkowymi czasami ich przejścia, a następnie rekomendacje na to co warto zobaczyć w pierwszej kolejności.
Zostaliśmy również ostrzeżeni, że jeśli cokolwiek się stanie, to najbliższy sensowny szpital jest czterysta kilometrów stąd, więc mamy uważać na węże, pająki, dzikie świnie, nie spadać ze szlaków i gdziekolwiek się znajdujemy, zawracać w kierunku hostelu nie później niż o 16.00, bo o 17 w dżungli robiło się już ciemno, a o 18 nie było widać już kompletnie nic. Dodatkowo to właśnie noc jest czasem, kiedy większość dzikich zwierząt wychodzi na polowania i zdarzało się już w Corcovado, że turyści nie dość, że nie wracali, to też nigdy nie znajdowano nawet ich ciał.
Do zachodu mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc nie zastanawiając się wiele, zostawiliśmy plecaki i poszliśmy w kierunku najbliższego wodospadu.
Weszliśmy na szlak, który zaczynał się na polanie, zaraz koło hostelu, po nie więcej niż 40 metrach weszliśmy w głąb gęstej, pełnej palm, lian, paproci i kolorów, dżungli. Było jednocześnie i cicho i głośno. Cicho, bo wilgoć i parująca zewsząd woda sprawiały, że powietrze zdawało się nie poruszać. Jak to mówią – można byłoby je spokojnie nożem kroić. Każde dźwięki były tak jakby przez to tłumione, ale i tak, raz po raz, dało się gdzieś w zielonej koronie drzew, usłyszeć gromki okrzyk wyjców, czy ptaków, które czasem śpiewały tak niesamowicie, że się zastanawiałem, czy to przypadkiem nie Marcin, który szedł na przedzie, nie gwiżdże jakiś melodii.
Gdyby nie ścieżka, którą przygotowywał Tom, to mogłoby być naprawdę ciężko. Zwłaszcza jeśli ktoś nie był przygotowany na takie warunki. Pierwszego dnia największy problem miała Paulina, która klęła, że nie przebrała butów, tylko szła w sandałach i non stop ześlizgiwała. Wprawdzie, gdy zeszliśmy z błota do koryta rzeki, było już o niebo wygodniej, ale i zaklinała się, że na naszą jutrzejszą wyprawę w głąb dżungli bierze adidasy. Sam wodospad wprawdzie nie był jakiś powalający, zwłaszcza w porównaniu do wodospadów, które widziałem w Laosie, ale miał swój urok. Nie dość, że ciężko było do niego dojść, to jeszcze mieliśmy tą świadomość, że w okolicy nie ma kompletnie nikogo poza nami.
Zaczęliśmy wracać w okolicach siedemnastej, tak, żeby mieć czas na zrobienie sobie czegoś do jedzenia jeszcze w świetle dziennym. Na kolacje przygotowaliśmy sobie danie, który pierwszy raz jadłem w Iranie, a od tej pory przygotowuję je sobie regularnie, czyli gotowany ryż z klasycznym tuńczykiem z puszki, podsmażanym na patelni z cebulą i magicznymi płatkami kwiatów, które pokazał nam Tom.
Ciemność dopadła nas z kubkami wypełnionymi tanim, czerwonym winem, które, przy świetle tradycyjnych świec, sączyliśmy leżąc sobie w hamakach.
Noc, choć ciemna jak diabli, minęła spokojnie. Jedynie co jakiś czas ciszę przerywały, czy to mocniejsze opady deszczu, które w szkwałach, uderzając o tysiące liści tworzyły szum porównywalny z tym morskim, gdy kolejne fale spokojnie rozbijają się o brzeg. Wyjce, które jak na komendę zaczynały dziesięciosekundowe koncerty, a później milkły na kolejną godzinę. I te tysiące niezidentyfikowanych dźwięków począwszy od drapania przy ścianie, przez szybki tupot kończący się gwałtownym szelestem liści, nie dalej jak dwa metry od łóżka i na dziwnych hukach, podmuchach, bzyczeniu i szeptach, które otaczały nas z każdej strony. Wprawdzie kładliśmy się spać, ale dżungla dopiero budziła się do życia.
Idąc do Bolity, nie spodziewaliśmy się, że jedzenie będzie jedną z tych rzeczy, której nie będzie można kupić, więc ustaliliśmy, że jutro z samego rana idziemy do Dos Brazos na zakupy. A właściwie idę ja z Pauliną, bo Marcin miał to do siebie, że lubił pospać i pobudki o szóstej rano nie należały do jego ulubionych rzeczy.
Paulina nauczona doświadczeniem dnia poprzedniego, znalazła sobie kalosze, które leżały i czekały, aż w końcu ktoś stwierdzi, że w dżungli warto mieć jednak pewne obuwie, a następnie zeszliśmy do wioski. Zejście zajęło nam około trzydziestu minut, a następnie kolejne trzydzieści poszukiwanie sklepu i czekanie na jego otwarcie. Wbrew pozorom to pierwsze nie było takie proste, bo sklep znajdował się w normalnym mieszkaniu, a jedyne co go świadczyło o jego obecności, to stara, wypłowiała tablica firmowana nazwą lokalnego piwa.
Sklep miał to do siebie, że znajdowały się w nim tylko najważniejsze rzeczy, więc z planowanego zakupu mięsa, świeżego pieczywa i owoców nic nie wyszło, a plecak zapełniliśmy kilogramem ryżu, fasoli, bananów i jajek. W drodze powrotnej szczęśliwym trafem znaleźliśmy jeszcze bagietkę w czymś, co sklepem nazwać już nie można było.
Gdy wróciliśmy około ósmej, zrobiliśmy jajecznicę z bagietką na śniadanie, a następnie sprawnie zaplanowaliśmy trasę, na którą chcieliśmy poświęcić cały dzień. Przewidywała ona odwiedzenie dwóch wodospadów, a następnie około dwugodzinny marsz korytem rzeki i powrót do hostelu.
Pogoda, tak jakby ruszona wyrzutami sumienia, po ostatnich dwóch dniach deszczu, poprawiła się i na trasę ruszaliśmy w pełnym słońcu. W pierwszej kolejności szliśmy szlakiem o wdzięcznej nazwie „bananowy”. Dopiero, po mniej więcej godzinie marszu okazało się, że nazwa nie została nadana przypadkiem. Po pokonaniu kolejnego wzniesienia i doliny, wylądowaliśmy na zboczu góry, które w całości było zarośnięte bananowcami, między którymi wyrąbana była wąska ścieżka. A wszystko to z widokiem na zatokę i dżunglę, z której wszystko parowało, tworząc magiczną mgłę nad koronami najwyższych drzew.
Gdy doszliśmy do koryta pierwszej rzeki, na której znajdowały się wodospady, zaczęły się problemy. O ile Paulina zmieniła, kalosze na adidasy, bo podczas porannej wycieczki do sklepu porządnie obtarła sobie przez nie łydki, to Marcin ubrał swoje „airmaxy”, których nie planował zamoczyć. Co więcej okazało się, że to jedyne buty, nie licząc japonek, które ma. Pierwszy wodospad był dużo lepszy niż wczorajszy, ale też nie tak powalający jak kolejny, który zobaczyliśmy godzinę później.
Gdy już wymoczyliśmy się w każdym z wodospadów i małych oczek wodnych, które przy nich powstały, zaczęliśmy powrót w kierunku hostelu. Ten zajął nam najwięcej czasu, bo wbrew pozorom, schodzenie z prądem rzeki, której głębokość momentami sięga ponad trzy metry,a jej dno pokryte jest tysiącami małych, dużych, płaskich i ostrych kamieni, do najprostszych nie należy. Zwłaszcza, gdy trzeba nieść plecak z aparatem, którego nie można zanurzyć i gdy, tak jak Marcin, idzie się na bosaka.
Co ciekawe, po drodze natykaliśmy się na najprawdziwszych poszukiwaczy złota, którzy przekopywali rzekę, tworząc swoiste kanały z wąskimi gardłami, gdzie przesiewali na stalowych sitkach najdrobniejsze kamienie w poszukiwaniu samorodków. Według opowieści Toma, duża część z nich miała nie mieć jednej ręki, czy nogi, z powodu ukąszeń groźnych tu węży, ale nic takiego nie zauważyliśmy.
Na szczęście udało nam się dotrzeć do Bolity przed zmierzchem. Ba, nawet mieliśmy czas na zrobienie świetnego obiadu. Tym razem spróbowaliśmy przygotować tradycyjny na Kostaryce posiłek, czyli ryż z fasolą i patacones. To pierwsze oczywiście nie wymagało jakiś większych umiejętności poza jego nierozgotowaniem, ale z drugim i trzecim elementem posiłku, było już więcej zabawy. Fasolę wsadziliśmy do garnka z wodą z rana, tak, żeby mogła się spokojnie namoczyć. Gdy zbliżała się pora obiadowa i żeby była zjadliwa, to według zaleceń obecnych na miejscu wolontariuszy, trzeba było ją trzykrotnie doprowadzić do stanu wrzenia, a następnie z półgodzinnymi przerwami, odstawiać na bok.
Samo patacones, to nic innego, jak strasznie popularne w Ameryce Centralnej i Południowej bananowe chrupki. Jeśli chce się je przygotować należy najpierw kupić coś na kształt olbrzymiego, zielonego banana, którego obiera się ze skórki, kroi na grube plastry i wrzuca na głęboki, wrzący olej. Gdy te się już wystarczająco podsmażą, wyciągamy je na blat i tacą rozgniatamy na cienkie placki i ponownie wrzucamy na patelnię, aby się delikatnie zbrązowiały.
Wieczorem nie mieliśmy wprawdzie wina, ale mieliśmy coś, czego zabrakło wczoraj, czyli przepiękny zachód słońca.
Plan na kolejne dni naszej podróży był strasznie elastyczny. Początkowo planowaliśmy pojechać prosto do Monteverde, naszego kolejnego punktu podróży, ale wyjazd z Bolity zajął nam więcej czasu niż planowaliśmy i po raz kolejny wylądowaliśmy w Esterillos. Po szybkiej naradzie z Pauliną, która równo za sześć dni miała mieć wylot do Polski ustaliliśmy, że skoro już tu jesteśmy, to warto zrobić sobie pełne dwa dni pauzy, które ona poświęci na łapanie opalenizny, a my na nasze blogi. Sprzyjało temu również poznanie dwóch młodych Szwajcarów, którzy nas podwieźli na stopa do Esterillos. Nie tylko umówiliśmy się na wieczorne piwkowanie na plaży pierwszego dnia, ale również na ognisko drugiego.
Piwkowanie pierwszego dnia średnio nam wyszło, bo chłopaki niec
o się spóźnili i musieli nas budzić, bo już dawno spaliśmy, ale kolejny dzień był niemalże idealny. Nie tylko odpoczęliśmy, popływaliśmy w oceanie, połowiliśmy ryby z Efrenem, to jeszcze ognisko ze Szwajcarami wyszło perfekcyjnie. Nazbieraliśmy spory zapas suchego drewna, mieliśmy kiełbaski, pieczywo, wino i rum. Pod stopami piasek, a nas głowami niebo pełne gwiazd.
Ostatnie trzy dni pobytu Pauliny na Kostaryce, wykorzystaliśmy na zobaczenie wulkanu oraz plantacji kawy. Wprawdzie zarówno wulkan jak i plantacje na swojej dalszej trasie będę widział pewnie jeszcze nie raz, a Marcin już ma to za sobą, to jednak dla Pauliny była to jedyna okazja, żeby zdobyć pełny obraz kraju.
W pierwszej kolejności, przez kompletny przypadek, zdecydowaliśmy się zobaczyć plantacje kawy, o których istnieniu, w miejscu, gdzie zmierzaliśmy, nie mieliśmy pojęcia. Oświecił nas nasz kierowca, który nie tylko wziął nas na stopa, to jeszcze postawił całej trójce śniadanie, pojechał trasą widokową i podwiózł pod same drzwi hostelu w miejscowości Alajuela. Okazało się, że u podnóża jednego z bardziej znanych wulkanów na Kostaryce (Poas) znajdują się jedne z najstarszych plantacji w tej części świata.
Gdy dojechaliśmy do hostelu okazało się, że recepcjonista wie o plantacjach kawy, ale wycieczka kosztuje 100$. Oczywiście jak usłyszeliśmy taką cenę, to zaczęliśmy się dowiadywać, czy nie da rady zrobić tego taniej, ale chłopak nie miał pojęcia. Po szybkim przeszukaniu sieci, znaleźliśmy informację, że zwiedzanie kosztuje 20$ od osoby. Marcinowi średnio podobała się opcja wydawania takich pieniędzy, zwłaszcza, że planował odwiedzić plantacje kawy w Kolumbii, ale dla Pauliny było to jedno z „must see” urlopu. Dlatego po wspólnym obiedzie w Pizza Hut (mówcie co chcecie, ale dobra pizza po czterech miesiącach podróży, to coś pięknego), postanowiłem pojechać z Pauliną, a Marcin poszedł się przejść po mieście.
Dojazd a plantację nie zajął nam jakoś dużo czasu i zameldowaliśmy się pod bramą wejściową o godzinie szesnastej i szczęśliwym trafem, trzydzieści minut później załapaliśmy się na wycieczkę po plantacji. Mimo, że zapłaciliśmy po dwadzieścia dolców za zwiedzanie, to przyznam szczerze, że było warto, bo okazuje się, że kompletnie nie miałem pojęcia co piję.
W pierwszej kolejności został nam pokazany proces zasiewania i rozwoju krzewów aż do momentu zbioru, które w odwiedzonej przez nas plantacji, są tylko i wyłącznie ręczne. Następnie zaproszono nas do najstarszej w kraju maszyny, która bazując na działaniu tylko i wyłącznie wody, selekcjonuje ziarna na dwa rodzaje, a później przepuszcza przez maszynę, która dzieli owoce na trzy rodzaj. Następnie poszczególne rodzaje ziaren podlegają fermentacji i suszeniu na słońcu, aż do momentu, kiedy są gotowe do palenia.
Na koniec Paulina zrobiła jeszcze pamiątkowe zakupy i wróciliśmy do hostelu, gdzie wspólnie z Marcinem zjedliśmy kolację na tarasie widokowym.
Na ostatni dzień pobytu Pauliny w Kostaryce zaplanowaliśmy wizytę na wulkanie Poas. I w sumie nie ma tu o czym pisać, bo też dużo nie zobaczyliśmy. Po dojechaniu na szczyt tego blisko czterotysięcznika okazało się, że całość mimo że podobnie jak Maunel Antonio, firmowana jest na top atrakcję państwa, to niczym nie zachwyca. Tłumy dużo większe, a żeby zobaczyć krater trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia, bo całość jest przez większość dnia spowita w chmurach. Jedyną atrakcją okazały się być oswojone (a raczej łakome) wiewiórki, które bez większych oporów podchodziły do każdego, kto wyciągnął rękę.
Wieczorem pojechaliśmy już do San Jose, gdzie spędziliśmy wspólnie ostatni wieczór i korzystając z okazji, że Paulina wraca do Polski, zapakowałem jej do walizki wszystkie moje niepotrzebne rzeczy.
Następnego dnia miała być już w Polsce, a ja z Marcinem w drodze do Panamy, ale ani jedno ani drugie nie wyszło tak jakbyśmy sobie tego życzyli.
Jeśli podobał Ci się ten wpis, uśmiechnąłeś się, albo znudziłeś, albo po prostu przewinąłeś/aś do końca, żeby zobaczyć jak się skończy, to wiedz, że w tym momencie, któryś z małych podopiecznych hospicjum może się ksztusić, mieć problemy z oddychaniem, płakać z bólu, bo nie ma urządzenia, które ułatwiłoby mu życie codzienne. Ssaki, pulksometry to tylko podstawowe rzeczy na które zbieram środki w ramach akcji „Autostopem dla hospicjum” Dlatego jak po raz któryś trafiłeś/aś na tego bloga i nie wsparłaś akcji w jakikolwiek sposób, to pamiętaj, że świat nie jest zły z ponieważ są na nim źli ludzie, ale dlatego, że Ci dobrzy robią z reguły zbyt mało, albo nic. Jeśli chcesz pomóc, to teraz jest dobry moment. Wystarczy, że wejdzesz na ten adres – www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum









































































NIE MOGĘ DOCZEKAĆ SIĘ KSIĄŻKI!!!! :) a wiesz Przemku tak sobie myślę, że jeśli chodzi o Bloga roku to dla wielu z nas czytelników jesteś zwycięzcą- i być może jeśli zakończysz podróż w 2015 to dostaniesz nagrodę za ten właśnie rok :) i nie poprzestaniesz z podróżami!!!
To prawda, to jest mój blog roku i wszystkich lat jakie byly i jakie beda! Powodzenia
„Następnego dnia miała być już w Polsce, a ja z Marcinem w drodze do Panamy, ale ani jedno ani drugie nie wyszło tak jakbyśmy sobie tego życzyli.”- tak kończyć nie wolno! :) tylko pobudzasz apetyt :)
I co dalej, co dalej ??? :-)
Asia – tak chyba musi być – zostawić czytelnika z niedosytem ;) Czekam na relacje z Panamy i film u Pana Mosaka :D
Czyta się jednym tchem :)
wow! jestem pod wrażeniem tekstu, a przede wszystkim końcówki, która trafia w samo sedno, tj.: „świat nie jest zły z ponieważ są na nim źli ludzie, ale dlatego, że Ci dobrzy robią z reguły zbyt mało, albo nic” Powodzenia !
A gdyby Marcin nie miał pasji, którą mógłbyś jakoś wykorzystać do swoich celów, to też zgodziłbyś się na podróż z nim? Wątpię. Fajny wpis, ale w dalszym ciągu uważam, że jesteś manipulantem i wiele Twoich zachowań jest przekalkulowanych od początku do końca. Pozdrawiam
„do SWOICH celów”? wykorzystanie pasji znajomego w celu nakręcenia filmu promującego AKCJĘ CHARYTATYWNĄ = do swoich celów? nie wierze i nie chcę wierzyć, że tacy ludzie jak ty naprawdę istnieją..
Spadajcie hejterzy a Ty Przemek się tym wszystkim nie przejmuj. Wszystkim nie dogodzisz!
Myśl tylko o tym, co dobre i co podnosi na duchu!
Jakim palantem i małym człowieczkiem trzeba być żeby coś takiego napisać… :(
Faktycznie – „do SWOICH celów” – film kolegi który promuje akcję charytatywną dla Hospicjum.
Albo nie rozumiesz idei autora albo jesteś zwyczajnie głupi i złosliwy.
Ja ten blog czytam z dużo większym zainteresowaniem niż np. wygłupy M.Wojciechowskiej która wozi dupe po świecie za pieniądze sponsorów i jedyne co promuje w tych programach to swoje „gwiazdorstwo”.
Do autora – PISZ DALEJ!!!
Pozdrawiam. Janusz Kowalik
mam takie same zdjecia z wulkanu Poas… :D naprawde ladne widoki, haha :))
Przemku zachwyciłeś mnie swoimi opowieściami. Teraz będę na bieżąco śledzić Twoje poczynania. Twoje „przygody”czyta sie jednym tchem i nie można się oderwać-dzięki.A przy tym robisz to w tak wzniosłym celu.
Fajne zdjęcia. Zrobiliśmy podobną trasę, może gdzieś się minęliśmy. I mamy identyczne zdjęcia z wulkanu Poas – myślałam, że się zapłaczę jak zobaczyłam ten „widok”
ps: koleś ze zdjęcia w Bolicie, to Ron, nie Tom
Zdrówka!
Ania
Panooowie, to WY nie wiecie, że najpierw się pracuje, a potem świetuje :P? Nigdy w innej kolejności, hehe. Relacja jak zwykle – wciągająca. Ja też nie mogę się doczekać książki. Najlepiej gdyby miała tak z 1000 stron, żebym nie pochłonął jej w tydzień :P Czy ja dobrze widzę na jednym ze zdjęć trąbę powietrzną?
Czesc :) Mam nadzieje, ze jeszcze przez dlugi czas dane mi będzie czytac Twoje teksty, bo są one naprawdę swietne, mam nadzieje, ze jeszcze nie zamierzasz w najblizszym czasie konczyc swojej przygody z pisaniem, ponieważ szczerze muszę Ci cos przyznac. Koniec tego bloga byłby wielka strata dla polskiego swiatka blogowego :p Pozdrawiam
Jak zobaczyłem tytuł wpisu to pomyslałem sobie, że z powiedzeń z tangiem to anjbardziej koajrzy mi się „pójście z kimś w tango”. I okazało się, że jest w tym trochę racji, bo również picie można określić jako pójście w tango, a początek tego wpisu właśnie o tym opowiada! :)
Ale okazuje się, że takie podróżowanie w trójkę to jest całkiem spoko. A ja cały czas dopiero zastanawiam się nad pierwszą podróżą stopem :D
obiecuję sobie, że jak tylko dzieciaki podrosną to też wyskoczę w kierunku południowoamerykańskiej dżungli
Przemek, świetna akcja i podróż, mam nadzieję, że zbierzesz te 100 tys. i dojedziesz na Antarktydę. Ale jak czytam, że zamiast blogować i zbierać pieniądze w bardzo wartościowej akcji, oglądasz seriale… Mam nadzieję, że weźmiesz się do kupy i zmobilizujesz czytelników do większych wpłat, bo ludzie za Tobą idą. Powodzenia
PS. Kilkukrotnie wsparłem akcję w miarę swoich skromnych zasobów.