2015 · Autostopem przez życie

Bogota i urodziny zaprawiane koksem

← Wszystkie wpisy

 Nic tak nie denerwuje, jak bezsensowne prawo, które nie robi nic poza utrudnianiem ludziom życia. Do tej grupy ostatnio awansowały przepisy o konieczności posiadania rezerwacji hotelowej w kraju, do którego się przylatuje oraz posiadania przy sobie książeczki. Obowiązują one w większości krajów Ameryki Centralnej i Południowej, ale są egzekwowane najczęściej tylko i wyłącznie w przypadku przylotu do kraju, a nie wkroczenia na jego teren lądem.

Tuż po przylocie do Bogoty jeden z pracowników imigracyjnych poprosił nas o adres naszego zameldowania oraz dane z rezerwacji. Wprawdzie tę zrobiłem już zawczasu, ale wciąż miałem przysłowiową kosę z moim telefonem, wiec nie mieliśmy możliwości jej sprawdzenia. Na szczęście ten sam pracownik udostępnił nam Internet, abyśmy mogli spokojnie wyjść z hali przylotów.

W momencie przylotu do Kolumbii byliśmy pewni tylko tego, że najbliższe dni spędzimy u mojej znajomej – Sieli – i jej chłopaka Sama. Żaden z nas nie wiedział ani kiedy ani gdzie jedzie w następnej kolejności. Wprawdzie oboje mieliśmy bardzo zbliżoną do siebie trasę jaką chcieliśmy pokonać przez Amerykę Południową, ale mieliśmy również nieco inne priorytety. Marcin stawiał bardziej na surfing, a ja na najzwyklejsze przygody związane z autostopem. Natomiast lista miejsc z serii „must see” pokrywała się nam mniej więcej w każdym punkcie.

Po pierwszej nocy spędzonej w hostelu i pobieżnym przejściu się po mieście pojechaliśmy prosto do Natalii i Sama, którzy już dwa tygodnie wcześniej zgodzili się nas ugościć. Sielę znałem już dużo wcześniej z Gdańska natomiast Sama, jej chłopaka, miałem dopiero poznać. Okazało się, że oboje poznali się w Indonezji, gdzie Natalia była na stażu i jakoś tak się złożyło, że Sam zrezygnował z dalszej podróży i wrócił z nią do Polski. Tam mieszkali przez kilka miesięcy, aż w końcu ustalili, że przeprowadzają się do Kolumbii skąd Sam pochodził, a Siela dostała pracę jako nauczycielka angielskiego.

Nasz wieczorek zapoznawczy spędziliśmy zajadając się przygotowanymi przez Natalię kotletami schabowymi, ziemniakami i marchewką na krótko. Jak w domu. Jeszcze zalaliśmy wszystko kilkoma piwkami i wieczór spędziliśmy na rozmowach o Kolumbii, historii, polityce, naszych planach i tym co chcemy zrobić. Jedną z zalet nocowania u lokalnych (w tym przypadku Sama) jest to, że jeśli są dobrze wykształceni, to z reguły posiadają szeroką wiedzę dotyczącą ich kraju oraz tego co sprawia, że jest tak różny od sąsiadów. A wbrew pozorom, początkowo, w Ameryce Południowej było to dość trudne.

Jak pewnie większość z nas pamięta, „Amerykę” odkrył Kolumb. Hiszpanem nie był, ale był tym, który rozpoczął kolonizację „okolicy” przez Hiszpanów w służbie króla i Boga. Nie będę się rozpisywał, żeby nie zanudzać, ale żeby zrozumieć historię Ameryki trzeba poznać przynajmniej jedną postać – Simona Bolivara. Warto o nim trochę poczytać, żeby móc kiedyś zabłysnąć, bo mimo że w szkole nigdy się o nim nie uczyłem, to w Ameryce Łacińskiej jest to ich odpowiednik Napoleona. Z tą różnicą, że mu wyszło nieco więcej rzeczy i jego celem było przede wszystkim wyzwolenie spod władzy Hiszpanów. Zaczął z przytupem, bo wyzwolił Wenezuelę, Kolumbię, Ekwador, Peru, w skład którego wchodziła również Boliwia (zgadnijcie skąd ta nazwa) i a później do spółki dołączyła również Panama. Jego celem było stworzenie federacji wszystkich wyzwolonych państw, ale udało mu się to jedynie częściowo. Powstała Wielka Kolumbia w skład której wchodziła Wenezuela, Kolumbia, Ekwador i Panama (jeśli spojrzycie na flagi trzech pierwszych, to zobaczycie jak bardzo są do siebie podobne). Jednak jak to zwykle bywa w przypadku wielkich postaci nie wszystko mu wyszło. Po próbie puczu, zamachu na jego życie i byciu okrzykniętym wrogiem Wenezueli, wycofał się z polityki i zmarł na gruźlicę. 30 lat historii w 10 zdaniach. Moja nauczycielka historii z liceum by mnie z hukiem z klasy wywaliła.

Później Kolumbia tak naprawdę męczyła się tylko i wyłącznie z wojnami domowymi i z sąsiadami, a w latach 70 do wszystkiego zaczęły dochodzić narkotyki i przemytnicy.

Narkotyki, to w ogóle osobny temat i w Kolumbii drażliwy na równi z partyzantami. Kolumbia jest największym na świecie producentem kokainy i szacuje się, że stanowi ona około 10% dochodu narodowego. Sami Kolumbijczycy są raczej negatywnie nastawieni do produkcji (nie wspominając o konsumpcji) ponieważ w większości przypadków jeśli ktoś trafi na plantację, czy do fabryki to wraca jedynie w trumnie. Ludzie są wykorzystywani w pracy niemalże niewolniczej. Wielkie kartele, o których lata świetlności już minęły, kiedyś stanowiły niepodzielną władzę wykonawczą a morderstwa były wykonywane za kwoty mniejsze niż 50$. Większość ludzi pamięta tamte czasy, dlatego dopóki nie ma się bezpośrednich przychodów z tej gałęzi gospodarki, to narkotyki są raczej tematem bardzo negatywnym, w przeciwieństwie do np. Polski, gdzie popalając trawkę szkodzisz najwyżej rządowi, bo nie jest ona opodatkowana.

Tak czy inaczej, jak powiedział Sam, największe ryzyko w Kolumbii jest takie, że możesz ją pokochać i zostać. Dużo się tutaj nie pomylił.

Przez pierwsze trzy dni naszego pobytu zwiedziliśmy główne miejsca w Bogocie. W pierwszej kolejności starówka. Wrażenia? Skojarzenia? Hiszpania. Marcin, który spędził tam pół roku na Erasmusie dobrze skwitował podobieństwa zdaniem  – „Jak by ktoś mnie tu wysadził i miałbym zgadnąć, gdzie jestem, to bym strzelał, ze Walencja”. Styl budownictwa – Hiszpania. Stroje mijanych na ulicy ludzi – Hiszpania. Język? Czysty hiszpański. Jedyne co  nie pasowało do całokształtu, to zabudowana niskimi budynkami, w pastelowych kolorach i poszatkowana wąskimi uliczkami, które chroniły przed palącym kolumbijskim słońcem, starówka To co przypominało nam o tym, że jesteśmy w Kolumbii, to dzieci, które biegały z foliowymi woreczkami wypełnionymi klejem i inhalowały się nie dalej jak kilkaset metrów od pałacu prezydenckiego. Drugim rzucającym się w oczy elementem miejskiego krajobrazu byli bezdomni. Gdziekolwiek się nie poszło trzeba było uważać, żeby się nie potknąć o leżącego na ziemi człowieka. Parki, place, ulice, przedsionki. Zasypiali gdzie się dało nie przejmując się zupełnie niczym i nikim.

Oprócz najstarszej części miasta odwiedziliśmy również polecane przez wszystkich muzeum złota oraz wjechaliśmy na szczyt wzgórza (3300m n.p.m), gdzie znajduje się jedno z ważniejszych w Kolumbii sanktuariów oraz przepiękny widok na całą Bogotę.

Tak się również złożyło, że podczas mojego pobytu w Bogocie miały swój finał dwie rzeczy. Wyniki konkursu na podróżniczego bloga roku, w którym trafiłem do czołowej trójki oraz moje dwudzieste piąte urodziny. Każde urodziny są okazją do jakiś podsumowań, a ćwierćwiecze, to chyba jedno z najważniejszych. Później pięćdziesiątka i siedemdziesiątka piątka. W sumie trzy całkiem wielkie kamienie milowe.

Gdy dobre pięć lat temu tworzyłem konto na Couchsurfingu (portalu, który w znacznym stopniu ułatwia mi podróżowanie) jedną z pierwszych ramek na które trafiłem była ta, w której trzeba było wpisać ulubiony cytat, myśl albo kompletnie ją przeskoczyć. Ramka była o tyle upierdliwa, że znajdowała się w górnej części profilu, tuż pod nazwiskiem. Do dzisiaj pamiętam, jak przez dłuższą chwilę zastanawiałem się jaki cytat tam wkleić. Czy ten o wypłynięciu z bezpiecznej zatoki Marka Twain’a, czy może jakiś inny, mniej znany. Koniec końców postanowiłem, że wpiszę to co mi na wątrobie leży, czyli że do dwudziestych piątych urodzin chcę zobaczyć jak najwięcej („See as much as possibile before I will turn 25”) Miałem wtedy ledwo 20 lat. Gówniarz z marzeniami, żeby pojechać autostopem do Hiszpanii i Paryża. Toć wtedy jeszcze nawet Facebooka nie było, a wszystkie fora znajdowały się na Naszej Klasie. Dzisiaj pisząc ten post siedzę w Kolumbii. Przez ostatnie pięć lat zobaczyłem więcej niż kiedykolwiek spodziewałbym się zobaczyć. Europa, Bliski Wchód, Azja, a teraz stoję u wrót Ameryki Południowej. A jednak czuję, że czegoś mi brakuje, że podróż sama w sobie nie jest tak magiczna, jak była kiedyś, że tak jakby przestaję doceniać kolejne miejsca, że przestaję patrzeć z fascynacją, że często łapię się na tekstach „widziałem lepsze ruiny gdzieś tam”, że „jedzenie mają podobne tu i tam”. Smutne to. W ogóle jakiś taki smutny jestem pisząc ten post. Dla faceta ćwierćwiecze to przecież dopiero początek. Ba, większość kobiet uważa, że dopiero w tym wieku faceci zaczynają w miarę samodzielnie myśleć i żyć (chociaż i z tym coraz  gorzej)

Mam dwadzieścia pięć lat i pisząc ten post zastanawiam się co tak naprawdę wiem o życiu, o pomysłach na nie, o samodzielności, o swoim miejscu w nim. O tym co chcę w nim osiągnąć, o tym co ważne, o tym dlaczego świat jest taki, a nie inny, o tym dlaczego ja jestem taki a nie inny.

Mam to szczęście, że w momencie wkraczania w kolejny etap swojego życia zrobiłem rzeczy, o których ludzie mówią w kontekście marzeń. Zobaczyłem świat, przeżyłem zwariowane przygody i nauczyłem się języków obcych. Póki co uważam, że podróżowanie w trakcie studiów było jedną z najlepszych rzeczy jaka mi się przytrafiła. Kończąc uniwersytet (została mi sama obrona pracy na październik), swoje już przepracowałem, żeby zarobić na podróże. Zwiedziłem kawał świata i tak naprawdę ostatnią rzeczą, która została mi do zrobienia, żeby uznać że czas ten maksymalnie wykorzystałem, jest zamieszkanie i praca w innym kraju. Jakby na życzenie pojawiła mi się na horyzoncie opcja przeprowadzenia się na kilka miesięcy do Singapuru, więc już za dwa miesiące będę tam szukał pracy. Tak. Jeśli jesteś jedną z tych osób, które przeczytały ten wpis aż do tego miejsca, to uprzejmie spoileruję, że za mniej niż dwa miesiące moja podróż się kończy. Wracam do kraju na trzy lub cztery dni i ponownie wylatuję. Tym razem do Azji. Ale o tym później.

Co mi dały doświadczenia ostatnich pięciu lat autostopowania? Parę rzeczy, ale przede wszystkim upewniłem się co do dwóch myśli.  Po pierwsze przeświadczenie, że sama podróż, to największe szczęście jakie może mi się zdarzyć, to bzdura. To iluzja szczęścia wynikająca z braku konieczności przejmowania się czymkolwiek, planowania dalej niż kilka dni na przód. Jesteś tylko Ty i czego Ty chcesz. Szczęście, które po pewnym czasie zaczyna być zwyczajną samolubnością. Jednak dość łatwo wpaść w pułapkę przeświadczenia, że przecież szczęście, to sposób myślenia i postrzegania rzeczywistości. Możesz nie mieć przyjaciół, nie widzieć rodziny od wieków i nie mieć kasy, ale przecież jesteś szczęściarzem, bo inni mogą tylko pomarzyć o tym, żeby się wylegiwać na plaży w hamaku w miejscu, gdzie teraz jesteś Ty. Problem polega na tym, że oni w tym czasie pracują, żeby wybudować wymarzony dom, żeby móc zapewnić swojej ukochanej i dzieciom przyszłość, która nie będzie wypełniona strachem o to czy starczy do dziesiątego. W obu przypadkach paradoks polega na tym, że jednym i drugim czegoś zawsze brakuje i zawsze jest coś o czym będą marzyć, dlatego największą sztuką jest znaleźć złoty środek.

Nie wiem jeszcze, czy to błogosławieństwo, czy przekleństwo, ale łapię się na tym, że przecież już widziałem większe wodospady, jadłem lepsze jedzenie, czy widziałem piękniejsze świątynie. Że osób podróżujących dookoła świata, z kasą, czy bez kasy poznałem dziesiątki. Zaczynam żyć w przeświadczeniu, że świat nie jest olbrzymi, ale wbrew pozorom mały i dostępny dla każdego. Wystarczy chcieć. Póki co szczęściem jest to, że do takiego wniosku doszedłem w wieku kiedy moi rówieśnicy, albo nie mają kompletnie pojęcia co chcą w życiu robić, albo marzą właśnie o tym wszystkim co do tej pory robiłem. Im wszystkim życzę, żeby choć raz pojechali w podobną jedno lub dwumiesięczną podróż w dowolne miejsce na ziemi. Żeby zobaczyć jak to jest i stawić czoła wszystkim pytaniom, które wymagały odpowiedzi. Żeby się sprawdzić w kompletnie innym środowisku, żeby poszukać inspiracji i pomysłu na życie w przypadku ich braku. I najważniejsze – żeby zostawić sobie niedosyt, a nie przesyt.

Jest takie popularne hasło, powtarzane przez wszystkich łaknących idealnego życia „rób co kochasz, a reszta przyjdzie sama”. Dość często jest ono używane w kontekście podróży. Po co mi studia, praca? Przecież mogę pojechać w podroż, dorabiać na miejscu i jechać dalej. Dzięki temu spędzę więcej czasu w jednym miejscu, poznam dogłębniej inną kulturę. Owszem poznasz. Jeden miesiąc w jednym kraju, dwa w drugim, trzy w trzecim i nagle okazuje się że nie dość, że spędzamy na jednym kontynencie dwa lata, to studia okazują się niezbędne, żeby przeskoczyć pracę na poziomie recepcjonisty, barmana czy sprzątaczki. (No chyba, że ktoś ma wrodzony talent do tak zwanej pracy zdalnej, ale tu też w większości przypadków potrzebne są albo studia, albo doświadczenie, albo talent, a przede wszystkim umiejętność takiej pracy zdobycia). A przecież jeszcze tyle przed nami. W ten sposób strasznie łatwo wpaść w pułapkę. Pułapkę czasu wolnego od zmartwień, planowania dalej niż tydzień, od odpowiedzialności, czy (moim zdaniem) życia w ogóle. Czy to podróż? Na moje to już bardziej swoista włóczęga bez większego celu. Jeszcze jak z ukochaną osobą, to jest to piękne bo koniec końców prawdziwa miłość to nie taka, za którą można umrzeć, ale taka bez której nie ma sensu żyć. Ale jeśli samotnie? Na Twojej drodze nie ma nic stałego. Ludzie zmieniają się z prędkością tymczasowych prac, wolontariatów czy hosteli. Pozostają jedynie momenty zastanowienia „Kto to?” gdy na Facebooku wyskoczy Ci status czy zdjęcie w obcym języku. Później okazuje się, że to koleś z którym przez kilka dni zwiedziałeś okolice któregoś z krajów.

Definicji szczęścia jest tyle ile ludzi na świecie. Prawda? Nie do końca. Po prostu kolejne hasło. Na moje jest tak, że jeśli poznaje się kolejne rodzaje szczęścia, to chce się więcej. Dopóki nie wiesz, jak smakują inne alternatywy dopóty nie będziesz mógł powiedzieć, że jesteś w pełni szczęśliwy. Nie można przeżyć każdego roku życia w ten sam sposób i nazywać tego życiem. Warto spróbować wszystkiego. Podróży, pracy, własnej firmy, rodziny, wolontariatu, czy nawet polityki jeśli ktoś chce. Grunt, to spróbować możliwie najwięcej i wyciągnąć to co nam najbardziej odpowiadało. Jedni marzą o pieniądzach i karierze, drudzy o idealnych związkach, a jeszcze inni o podróżach. Oczywiście większość wybiera podróże. Bo najłatwiej. Bo przecież wystarczy gdzieś pojechać i już jest się w podróży. Nie trzeba się uczyć, planować czy poświęcać czasu komuś innemu niż tylko nam samym. Kiedyś z kumplami gadaliśmy z typowym sopockim menelem, który bez zażenowania powiedział – „Panie ja to nie mam źle. W sezonie Sopot, imprezki, darmowe noclegi na plaży, a jak kasy zbraknie, to sobie siadam z karteczką i czekam. Czasem trzeba trochę posępić, ale czasem i stówka dzienne wpadnie. Na zimę wracam do Krakowa, Warszawy albo Poznania, bo najlepsze noclegownie, a jak mi się chce, to i do Berlina pojadę, bo euro lepsze niż złotówki.” Podróżnik jakich wiele. Z tą różnicą, że dość wiekowy, bo około czterdziestki. Marzenia o wiecznej podróży są łatwe, ale dla dwudziestoparolatka, który już nawet nie chce przeżyć i zobaczyć, jak najwięcej, ale nauczyć się brać życie w swoje ręce bez korzystania z zapisanej pod „dwójką” Mamy. I nic tylko takim przyklasnąć, ale też spasować, gdy trzeba.

Ja póki co jestem na wyjątkowo starczym etapie. Wiem już, że to ostatnia taka moja autostopowa podróż. Wiem też co chcę robić w kolejnych latach. Napisałem sobie na kartce kilka punktów, terminy ich osiągnięcia oraz drogi do celu. I podobnie jak ze wszystkim co sobie postanowiłem osiągnąć do 25 roku życia – zrobię to. A później w wieku trzydziestu lat kolejny kamień milowy, podsumowanie, czy wciąż zmierzam w dobrym kierunku i przede wszystkim – Czy jestem w pełni szczęśliwy?

 W Bogocie z Marcinem się rozstaliśmy. Przede wszystkim dlatego, ze ja chciałem w końcu usiąść w jednym miejscu i zapisać się na kurs hiszpańskiego. Przede mną cała Ameryka Łacińska, więc jechać w podróż autostopem bez możliwości dogadania się byłaby najzwyklejszą ignorancją. Marcin natomiast nie miał ochoty siedzieć w mieście i chciał jak najszybciej dojechać do Ekwadoru, żeby posurfować.

Tydzień pobytu w Bogocie rozpocząłem z przytupem, bo od czterech godzin prezentacji dla praktycznie całej szkoły, w której pracowała Natalia. Dwa razy po dwie godziny opowieści o tym, że podróżowanie wcale nie jest takie drogie i jeśli się chce, to można zwiedzić świat autostopem. Natalii zależało również, żeby położyć nacisk na znajomość angielskiego, bo jako nauczycielka tego przedmiotu chciała w ten sposób zachęcić młodych do nauki. Swoją drogą chwała jej za to, bo prawda jest taka, że można podróżować kompletnie nie znając języków, ale już pomijając fakt, że jest to trudniejsze, to z takiej podróży wyciąga się dużo mniej.

Następnie popołudnie spędziliśmy na przeszukiwaniu centrów handlowych z telefonami, żebym w końcu mógł kupić sobie nowy, ale ceny mnie lekko odstraszały. W porównaniu do Panamy było o jakieś 40% drożej, dlatego postanowiłem odłożyć zakup jeszcze o parę dni, żeby rozejrzeć się za innymi możliwościami. Właśnie między innymi dlatego pierwsza część tego wpisu nie zawiera zdjęć. Telefon, a raczej jego brak, przez dwa tygodnie był wyjątkowo upierdliwie odczuwalny.

Tydzień w Bogocie upłynął strasznie szybko. Codziennie rano pobudka, osiem godzin zajęć, które odbywały się częściowo w klasie, a częściowo „w terenie’, a następnie powrót do mieszkania Sama i Natalii, które w końcu mogłem nazwać „domem”. Wracałem i grałem w PS2. Wracałem i nie musiałem niczego planować, zastanawiać się co dalej, martwić, kalkulować co ile kosztuje, czy mnie stać, czy czegoś nie omijam. Czynnością, które urastało do rangi problemu było przygotowywanie obiadów, które robiliśmy na zmianę. Raz Natalia, raz ja, raz Sam, a resztę razy mieliśmy lenia i chodziliśmy na gotowe kurczaki lub inne specjały za rogiem.

Ostatniego dnia mojego pobytu moi gospodarze wzięli mnie na wycieczkę po okolicy. Najpierw pojechaliśmy pod Bogotę do miejscowości Sopo, gdzie po ciężkiej, samochodowej, wspinaczce na jeden z wyższych szczytów w okolicy zwiedziliśmy lokalny rezerwat, a później pojechaliśmy zobaczyć La Vega – miejscowość, która została wybudowana od podstaw ponieważ jej stara wersja została zalana przez nowopowstały zbiornik retencyjny. Do domu wróciliśmy dopiero po 22, bo jeszcze odwiedziliśmy rodzinę Sama.

Nie w siebie a w jednym kierunku

Nie w siebie a w jednym kierunku

Zdjęcie chciała

Zdjęcie chciała

Dawaj dawaj nie poddawaj.

Dawaj dawaj nie poddawaj.

Żarty swawole

Żarty swawole

z żarciem

z żarciem

Po tygodniowym pobycie, kiedy to wypocząłem jak nigdy w normalnych warunkach, byłem gotowy ruszać dalej. W ostatniej chwili kupiłem telefon i po pożegnaniu z Samem i Natalią wyjechałem. Ku przygodzie.

Post jest nieco inny niż zwykle, ale mam nadzieję, że mimo wszystko się podobał. Kończę jak zwykle. 33 już prośbą na blogu od kiedy wyjechałem. O przelanie dowolnej kwoty na akcję „Autostopem dla hospicjum”, która w całości będzie przekazana dla najmłodszych podopiecznych gdańskiego hospicjum im. ks. Dutkiewicza. Zostały nam dwa miesiące i ponad 44 tysiące do zebrania potrzebnych 100 tysięcy złotych. Dajmy radę!

P.S 1
Zdjęcie z okładki pochodzi z kolejnego wpisu
P.S. 2
1g kokainy kosztuje 2$. Marihuana za 5g 2$
P.S. 3
Serdeczne podziękowania dla Natalii i Sama za przyjęcie najlepsze z możliwych

Komentarze (20)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.