
Na ostatni dzień Camino zostawiłem sobie do przejścia nieco ponad 38 kilometrów. Minimalnie więcej niż zwykle, ale nie na tyle dużo, żebym ostatnie metry pokonywał na czworaka ( a i to się zdarzało).
Z Albergue zebrałem się o szóstej rano i o 16 byłem już na miejscu. Dotarłem. Po blisko miesiącu pielgrzymowania. Po pokonaniu niemalże 900km dzielących hiszpańskie Santiago i francuskie Lourdes. Samotnie, na piechotę, w upale, w wietrze, w deszczu, w śniegu, w błocie i duchocie. W praktycznie we wszystkich możliwych warunkach przez przysłowiowe pola, góry i lasy.
Przez trzydzieści dni przeżyłem cały wachlarz nastrojów. Począwszy od eksplozji niczym nieuzasadnionej euforii do depresji i niemocy, pogrzebanej w dziesięciu metrach mułu na dnie jeziora beznadziei. Były dni, gdy przeklinałem pomysł pokonania tej trasy w listopadzie i były dni kiedy dzięki temu cieszyłem się absolutnym spokojem przez całe godziny. Czy było warto?
Jak wiecie, początkowo chciałem opisywać wszystko, ale już po kilku dniach stwierdziłem, że nie ma to większego sensu. Następnie, pod wpływem spotykanych ludzi, pojawił mi się w głowie pomysł, żeby opisać Camino w postaci lekcji jakie mi ono dało. Zacząłem go wprowadzać tutaj. Jednak koniec końców po raz trzeci zmieniłem koncepcję. Tym razem wydaje mi się, że na najbardziej rozsądną i słuszną, czyli opublikowanie przemyśleń oraz lekcji jakie dała mi ta pielgrzymka dopiero na końcu kolejnej książki(listopad 2015).
Powodów dla takiej a nie innej decyzji jest kilka.
Po pierwsze, to nie jest tak, że pielgrzymka (w tym wypadku Camino) zmienia Cię, Twoje życie, sposób postrzegania siebie i innych, z dnia na dzień. Wiele osób, w tym również Ci na szlaku, uzewnętrzniają się przekokrutnie opisując czy opowiadając, jak to jedna myśl, czy jedno spotkanie, kompletnie, z sekundy na sekundę, zmieniły ich życie. A to, moim zdaniem, delikatnie mówiąc „gie prawda”. Tak samo jak to, że odmawianie różańca momentalnie sprawi, że będziesz świętym i jak to, że jeśli przestaniesz wypijać litr Coca-coli dziennie, to momentalnie schudniesz. Nie.
Zmiany z reguły zachodzą na wskutek ciężko wypracowanych nawyków. Nie są to kilkudniowe, z trudem zachowywane, postanowienia, ale tygodnie pracy nad sobą, zaciskania zębów, pasa , wychodzenia ze swojej, tak zwanej, strefy komfortu i walki ze swoimi słabościami. Analizowania i przemyśleń o tym kim jestem, czego chcę oraz tego jak zamierzam to osiągnąć lub co jestem w stanie dla tego poświęcić.
To co daje pielgrzymka, to możliwość (a nawet konieczność) wypracowania nawyków, które powtarzasz dzień w dzień przez kilka tygodni. Różnica między tymi, które wypracowuje sie w drodze, a tymi w domu, jest dość znacząca. W domu z reguły mamy pracę, obowiązki i dziesięć tysięcy różnych spraw na głowie. Na pielgrzymce jesteś tylko Ty, droga i pytania, na które musisz sobie odpowiedzieć.
Niestety, zarówno w przypadku postanowień pielgrzymkowych, jak i tych domowych jest jeden wspólny mianownik. Jeśli nie wytrwamy w nich dostatecznie długo, to staną się naszymi kolejnymi „Następnym razem już na pewno się uda!”.
Camino, ludzie, których na nim spotykasz oraz wnioski, do których dochodzisz są tylko ziarenkiem, które, jeśli będziesz o nie dbać, ma szansę zakiełkować i dać owoce. A dopiero po owocach można będzie ocenić, czy było warto czy nie.
Gdy dotarłem do katedry w Santiago de Compostela i usiadłem na plecaku patrząc na będącą w remoncie fasadę świątyni uświadomiłem sobie, że to właśnie nie koniec, ale dopiero początek Camino. Początek mojego małego życiowego remontu, przy którym nie mogę odwalić fuszerki.
Co dalej?
Wracam do pisania „na bieżąco”! Nawet nie wiecie jak się cieszę ![]()
Obecnie sytuacja wygląda następująco:
Z Santiago dotarłem na Gibraltar i udało mi się złapać jachtostopa na Kanary, a ten post napisałem siedząc w klimatycznej kawiarni w miejscowości Safi w Maroko. Opis podróży do brytyjskiej enklawy w Hiszpanii oraz to jak wyglądał mój pierwszy stop po oceanie zajdziecie tutaj w okolicach środy.
Tymczasem zachęcam do wsparcia akcji „Autostopem dla Hospicjum” na koncie której znajduje się już ponad 24 tysiące złotych! :) Jeśli chcesz pomóc wejdź w ten link.


Dokonałeś coś dla siebie. Dla lepszego siebie. Gratulować wyczynu! Poznałem kiedyś człowieka, który też w podobny sposób przebył Camino i w podobnej porze roku. Tak, to jest dopiero początek. Może i dla innych będzie początek, to co zrobiłeś Ty.
I gratuluję tak szybkiego przemierzania Hiszpanii, że już przez Gibraltar jesteś w Maroko. Mam nadzieję, że małpy na Gibraltarze spotkałeś i zdjęcia pokażesz :-)
Mało kto dzisiaj zastanawia się kim jest, po co tu jest, jak przeżyć życie lepiej. Większość powie, że nie warto, że trzeba żyć i tyle. Nigdy ich nie słuchaj :) Owocnych zbiorów ! :)
ps jachtostop – poziom hardcore, szacun :D
Podziwiam Cię chłopie niesamowicie!!!
Jesteś Wielki!!!
Wszystkiego dobrego
Piotrek z Gliwic
Podziwiam Cię za wytrwałość! Ja to ostatnio nie mogę wykrzesać z siebie siły żeby wstać z łóżka czy chociażby codziennie wykonać jakąś aktywność fizyczną. A jak pomyślę, ile siły musisz wykrzesać żeby pokonywać takie odległości. Zazdroszczę też napotkanych widoków bo muszą (i są!) być nieziemskie! Pozdrawiam!
Ja pielgrzymuję od kilku lat na Jasną górę. Idziemy 9 dni, mimo że droga bywa męcząca, to dla mnie jest to najlepsza forma odpoczynku, na którą czekam okrągły rok :) Pomyślnych wiatrów Ci życzę!
Przemek, prawdopodobnie ten wpis zniknie w gąszczu innych, ale może nadejdzie dzień kiedy rzucisz na niego okiem. Obserwując Cię miałam bardzo mieszane uczucia. Nie łykałam bajki o wielkim, wspaniałodusznym podróżniku, który robi to co robi tylko dlatego bo to kocha. Miałam wrażenie, że jesteś kolejnym który chce zrobić coś jego zdaniem wielkiego, coś innego, coś co da mu poczucie wyjątkowości i poklasku. I nadal czasem mam to dziwne wrażenie. Wiem, wiem, wszystko wiem o hospicjium, o poprzedniej akcji z kartkami, wiem, że robisz to dla kogoś, po coś, choć tak na prawde w dużej mierze dla siebie, nie prawda…? Jednak to, że podjąłeś to wyzwanie, że poszedłeś na pielgrzymkę z takim troszkę chłopięcym nastawieniem, idąc i nie wiedząc tak na prawdę w jakim celu, że masz ten realny obraz, że nie upiększasz niczego, piszesz jak jest rzeczywiście, to że masz taką cholernie wielką szczerość w sobie. Boże Przemek, wielki wielki szacun za to. Na prawde jesteś zajebisty.
Przemek, czytam i czytam i naczytać się nie mogę. Przeczytałem książkę i teraz odnalazłem bloga. Wspaniała sprawa. Jestem twoim wiernym kibicem.