2015 · Autostopem przez życie

Cusco

← Wszystkie wpisy

Noc spędziłem w namiocie na skraju skalnego urwiska, gdzie nie dość, że całą noc lało, to jeszcze wiało. Między innymi dlatego wyszczubienie nosa ze śpiwora o piątej rano nie było najprzyjemniejszą rzeczą tego wyjazdu. Chciałem jednak za wszelką cenę dotrzeć do Cusco już dzisiaj. Oznaczało to konieczność sprawnego przejścia ostatnich osiemnastu kilometrów szlaku i pokonanie stopem około sześciu godzin drogi.

Poranek był okropnie ciężki. Dookoła namiotu gęsta mgła, chłód i wilgoć, którą przesiąknięte było już wszystko co ze sobą miałem. Począwszy od koszulek, które po desperackich próbach wysuszenia z potu śmierdziały na kilometr, przez skarpetki i buty, które waliły tak intensywnie, że na noc musiałem je wystawić za sypialnie i kończąc na śpiworze, który był zaskakującą kompozycją wszystkich tych zapachów.

Zebrałem się w miarę szybko, jednocześnie budząc Chucka i Dannego, którzy po wczorajszym wspólnym podejściu rozbili się niedaleko.

- Jak tam Pasha? Żyjesz? – zapytał starszy, Chuck. Ten trzydziestolatek z ambicją dostania się na olimpiadę w Brazylii wczoraj nie przestawał mnie zaskakiwać swoją historią i kondycją.

- Ledwo. Wszystko mokre, nogi palą, a odciski popękały, więc ostatnia prosta najprzyjemniejsza nie będzie – odpowiedziałem ostrożnie nakładając buty na stopy.

- Przynajmniej te cholerne muszki nie pogryzły Cię tak jak mnie. To już nawet nie swędzi a boli  - powiedział przecierając wilgotnym ręcznikiem twarz i szyję.

Aż mu współczułem, bo rzeczywiście, nigdy nie widziałem nikogo tak pogryzionego. O ile mnie te paskudne muszki gryzły jedynie po nogach, to jego najwidoczniej wszędzie. Bąble na twarzy, szyi, rękach, plecach. O nogach nie wspominając, bo wczoraj szedł w krótkich spodenkach.

Ogarnąłem się wcześniej niż chłopaki, więc postanowiłem iść nie czekając na nich. Zwłaszcza, że wczoraj to oni narzucili wczoraj tempo, którego efekty czułem dzisiaj w stopach, łydkach, kolanach i plecach. Do Cachory chciałem doczłapać, a nie być znoszony, bo nie wytrzymają mi kolana, czy silna wola, żeby przeć do przodu.

Pogoda balansowała na pograniczu mgły i siąpiącego deszczu, więc w zależności od tego, który stan skupienia wygrywał, szło się mniej lub bardziej przyjemnie. Jedyną upierdliwością były strumienie przecinające szlak. Po całonocnym deszczu wody wezbrały i niemożliwym było ich przejście bez zamoczenia butów. Wystarczyły trzy i do miasta wchodziłem z chlupotaniem w butach.

DSC_0828

Z chłopakami umówiłem się w jednym z dwóch hosteli w mieście, gdzie nocował ich kumpel, który pierwszego dnia powiedział, że nie da rady dalej i zawrócił. Gdy wszedłem do hostelu okazało się, że chłopacy zamówili dla mnie przepyszne śniadanie, które w końcu zawierało mięso, a nie tylko sos, makaron, ryż i jajko. W dodatku zaprawione kawą sprawiło, że mimo wszystko cały cuchnący i zmęczony poczułem się lepiej. Pozostawała kwestia dostania się do Cusco. Chciałem cisnąć na stopa, ale chłopacy namawiali mnie na taksówkę, bo jeśli jechalibyśmy w cztery osoby, to wyszłoby to ich dużo taniej i do stolicy Inków dojechalibyśmy w cztery godziny. Po przemyśleniu sprawy i obietnicach kupienia mi piwa przez każdego postanowiłem się z nimi zrzucić po trzydzieści soli (około 40zł) na taksówkę. Zwłaszcza, że taksiarzem był znajomy właścicielki hostelu, która nie tylko pozwoliła nam się wykąpać w gorącej wodzie, to jeszcze mieliśmy czas, żeby wysuszyć wszystkie mokre rzeczy. To jak wszystko (włącznie z nami) śmierdziało, uświadomiłem sobie dopiero, gdy na chwilę wyszedłem z pokoju, gdzie się rozpakowywaliśmy. Po powrocie do niego uderzył mnie smród przepoconych i wilgotnych starych skarpet i gaci. Zdecydowanie potrzebowaliśmy prysznica o praniu rzeczy nie wspominając.

Wizualizacja smrodu

Wizualizacja smrodu

Suszenie

Suszenie

Drogę do Cusco praktycznie całą przespaliśmy. Każdy jak jeden padł. Wprawdzie próbowałem jeszcze czytać „Dzienniki Motocyklowe”, ale przyjemne ciepełko w aucie zmogło mnie z nóg.

Obudziłem się tuż przed wjazdem do miasta, które rozciąga się na około piętnaście kilometrów w dolinie pomiędzy okolicznymi wzgórzami. Pierwsze spostrzeżenia były raczej pozytywne, bo miasto względnie czyste, a centrum zadbane i urocze. Jedyne co uderzyło w oczy, to ilość obcokrajowców. Myślałem, że więcej niż na Limie ich nie będzie, a tymczasem, gdzie nie spojrzałem, to przechodził ktoś z aparatem lub z przewodnikiem.

Mimo porządnego śniadania kilka godzin temu, to wszyscy umieraliśmy już z głodu, więc w pierwszej kolejności, prowadzeni pierwotnymi instynktami, poszliśmy jeść. I jedliśmy dużo i długo. Aż wierzyć mi się nie chciało, że wciąż jestem w stanie tyle zjeść. Pół kilo wołowiny, dwie paczki ryżu i drugie tyle warzyw. Jak skończyliśmy, to nie miałem nawet siły wstać.

Tu jedliśmy. O

A pod parasolem jedliśmy

Początkowo chłopacy chcieli, żebym został w tym samym hostelu co oni, ale koniec końców postanowiłem przenieść się do innego. Pierwszy powodem była cena, która była mniej więcej dwukrotnie wyższa, aniżeli inne opcje. Drugim powodem był sam hostel.

Sieć Wild Rover hostel znana jest chyba każdemu backpakerowi, który odwiedził Boliwię i Peru. Jest to nic innego jak mający około trzystu łóżek hostel będący jedną wielką imprezownią. Jeśli szukacie stereotypowego backpackera, to znajdziecie go właśnie tam. Istnieje 90% szans, że będzie pochodził USA, Kanady, Australii, Izraela, Skandynawii, Niemiec, czy Francji. Średnia wieku z reguły oscyluje w granicach 20-25 lat. W podróży około dwóch miesięcy. Transport to albo autobus Peru HOP albo samolot. Zawód student, albo na dorobku z pensją x>15$ za godzinę. Rozmowy z reguły ograniczają się do standardowego schematu plus tego, czy już byłeś w Machu Picchu, albo gdzie były najlepsze melanże. Szukasz znajomych na dzień lub dwa (ewentualnie na jedną noc), to powinieneś skończyć właśnie tutaj. Nie ma nawet konieczności wychodzenia z hostelu, bo wszystko czego potrzebujesz jest na miejscu.

Dla Chucka i jego kumpla była to ostatnia noc w Peru, dlatego chcieli dzisiaj imprezować. Danny natomiast planował powłóczyć się po okolicy jeszcze przez jakiś czas. Uparłem się, żeby zabukować się w innym hostelu, więc umówiliśmy się tylko, że wieczorem idziemy razem na piwo.

Hostel, w którym spędziłem niemalże tydzień, był położony praktycznie w samym centrum, ale nie należał ani do tych popularnych, ani do tych o najwyższym standardzie. Ot tyle co małe patio i sześć trzyosobowych pokoi. Właścicielką, recepcjonistką i sprzątaczką była przemiła pięćdziesięcioletnia kobieta, która na wieść, że planuję zastać przez cztery dni i chcę zapłacić z góry, ucieszyła się okropnie, bo miała z kim poćwiczyć swój angielski. Oprócz mnie w hostelu, mimo nadchodzących świąt Wielkanocy, były tylko cztery osoby z Argentyny i Chile.

Sprawnie się rozpakowałem i wyciągnąłem wszystko co miałem do prania. Namiot przerzuciłem przez barierkę, żeby sobie obsechł, a sam wziąłem kolejny tego dnia gorący prysznic. Gdy już załatwiłem wszystko co musiałem, żeby nie dopuścić do grzyba w plecaku, padłem na niezbyt wygodne łóżko w mikroskopijnym pokoju pomalowanym na zgniłożółty kolor Nagle zrobiło mi się niezbyt przyjemnie. Ciężka głowa i coś w stylu napadów duszności. Jakby tego było mało po ludzku chciało mi się haftać. Sięgnąłem po telefon i wygooglowałem wysokość Cusco.

- 3400m n.p.m. w sumie dziwne – pomyśałem – przecież przez ostatnie pięć dni wchodziłem z 3000 tys. na 1500 a później z powrotem na 3000. I w drugą stronę to samo. Wierzyć mi się nie chciało, że 400 metrów robi aż taką różnicę, ale najwidoczniej mój organizm uważał inaczej. Nie mając nic do roboty postanowiłem się zdrzemnąć.

Obudził mnie budzik, który rozmyślnie nastawiłem zdając sobie sprawę, że jeśli przysnę, to za Chiny nie będzie mi się chciało wychodzić na piwo. Zwłaszcza, że jedyne „czyste” spodenki jakie miałem były co najmniej nie wyjściowe. Do tego sportowe niebieskie adidasy i czerwona bluza z kapturem pamiętająca czasy gimnazjum. Chcąc nie chcąc, to jednak obiecałem chłopakom, że się z nimi napiję, bo koniec końców przeszliśmy wspólnie Chouequirao, a takie przeżycia łączą ludzi.

Wieczór, jak to zwykle bywa, skończył się poznaniem innych backpakerów oraz osób, które pracują jako turystyczni-wolontariusze. Dwa tygodnie lub miesiąc wolontariatu przy pracy z dziećmi połączone ze zwiedzaniem Peru i okolic.

Kolejne dni, to zwiedzanie i obserwowanie lokalnych tradycji związanych z obchodzeniem świąt Wielkanocy oraz, niestety pierwszy raz w tej podróży, chorowanie.

Jak powszechnie wiadomo mieszkańcy Ameryki Południowej od czasów najazdu konkwistadorów byli, z powodzeniem, różnymi metodami nawracani na chrześcijaństwo. Na tyle skutecznie, że dzisiaj rola wspólnot z tego kontynentu jest coraz większa co przejawia się chociażby w postaci papieża Franciszka. Na co dzień widać to niemalże podczas mszy w każdym kościele, który odwiedziłem w czasie tej podróży. W ławkach, nawet w tygodniu i poza godzinami mszy, dużo ludzi. Wbrew pozorom nie przeważają starsi, ale właśnie młodzi lub w średnim wieku.

Między innymi dlatego z niecierpliwością wyczekiwałem Wielkanocy i planowałem ją spędzić w jakimś większym mieście. Wprawdzie ominęła mnie Niedziela Palmowa i Wielki Poniedziałek, które w Peru (w drugim przypadku tylko w Cusco) jest nieporównywalnie większym świętem niż w Polsce, ale już nie Wielki Czwartek.

Danny i Chuck spasowali wczoraj dużo wcześniej, niż moi kumple mają to zwyczaj robić w Polsce, więc w czwartek byłem na nogach od samego rana. Ledwie wyszedłem na ulicę, a uderzyły mnie olbrzymie masy ludzi w okolicy. Tuż obok hostelu, na sporych rozmiarów placu rozkładało się coraz to więcej stołów z jedzeniem i namiotów z wszelkiego rodzaju różnościami, pamiątkami, kwiatami, figurkami, torbami, kapeluszami, przyprawami, naczyniami, świecami. Kolorowo, gwarno i wesoło. Przed kościołem znajdującym się obok placu młodzi chłopacy z pasami w rękach tłukli się wzajemnie po tyłkach. Zgaduję, że w założeniu w ramach pokuty, ale więcej w tym śmiechu niż powagi było.

Od właścicielki hostelu, która non stop przejawiała chęci do rozmawiania po angielsku, wyciągnąłem tyle ile mogłem o lokalnych zwyczajach. Okazało się, że peruwiańska tradycja na Wielki Czwartek przewiduje przygotowanie dwunastu dań, które w pierwszym momencie skojarzyły się mi z naszą polską kolacją wigilijną. Jednak w przeciwieństwie do polskiej tradycji w Peru przygotowuje się dwanaście dań aby upamiętnić ostatnią wieczerzę i dwunastu apostołów. Między innymi dlatego czwartek jest dniem wolnym od pracy, a ulice pełne ludzi uzupełniających zapasy na placach zapchanych kramami.

Na piątek nastawiałem się na oglądanie drogi krzyżowej, ale wszystko popsuła ulewa, która zaskoczyła mnie w drodze do katedry. Jak zaczęło lać, to przestać nie chciało. A jak już tu leje, to leje tak, że drogi zamieniają się w rwące potoki. Między innymi dlatego w Wielki Piątek utonąłem w kościele, z  którego procesja nie wychodziła. To, i wieczorne wyjście z domu w krótkim rękawku, poskutkowały, że Wielką Sobotę spędziłem grzejąc się w łóżku, a kolejne wyjście na procesje w Wielkanoc spowodowały, że jeszcze dwa dni spędziłem wypacając chorobę.

Kończąc klasykiem – jeśli się podobało, to jak zwykle przypominam o akcji „Autostopem dla hopsicjum”, którą można wesprzeć pod tym linkiem – LINK.  W ciągu ostatniego tygodnia udało się uzbierać prawie dwa tysiące złotych i tym samym przekroczyliśmy 62%! Dla tych co jeszcze nie widzieli – polecam również filmik z pierwszej części wizyty w Peru :)

Zdjęć wyjątkowo praktycznie nie ma, bo okazało się, że podczas pobytu w Cusco robiłem praktycznie same filmy

Komentarze (7)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.