Oto jest! Pierwszy wpis z podróży, który pewnie rozczaruje wszystkich, a już na pewno tych, co oczekiwali pościgów, policji, ucieczek, wybuchów itd. Będzie nudno.
Moja podróż rozpoczęła się wraz z wejściem do autobusu 718, który był polecany jako najlepszy, jeśli próbuje się wydostać z Warszawy w kierunku Białegostoku. Wsiadłem na pewniaka i po 30 minutach byłem już w Markach. Miejscówka do łapania w sumie dobra, bo przede mną światła, a za mną przystanek, ale mimo wszystko postanowiłem sprawdzić, czy mogę dojechać jeszcze dalej. Okazało się, że owszem i dlatego po kolejnych 5min siedziałem w autobusie 738, który, po spojrzeniu na mapę, jechał aż na trasę S8. Niestety, jak to zwykle bywa na początku podróży, zamiast wysiąść bliżej w miejscu, które wyglądało bardzo dobrze, postanowiłem podjechać kawałek dalej, bo "będzie bliżej wylotówki". Błąd. Dalej nie znaczy lepiej, więc drałowałem wstecz 2km. Nie mniej jednak po 15 minutach łapania jechałem już ciężarówką do Grajewa.
Pisząc ten post nie pamiętam już nawet jak facet się nazywał, a tylko tyle, że wracał z Francji i go przewiało. Zwrócił mi natomiast uwagę na ciekawą rzecz, która bardzo krzywdzi kierowców, a mianowicie "Tirówki". Każdy, kto choć trochę po Polsce jedzi, to widzi, gdzie te panie stoją. Są to z reguły leśne ścieżki lub też boczne drogi. A teraz zastawowcie się jak kierowca, który jedzie autem ważącym 24tony ma się zatrzymać? O skręcaniu już nie wspominając. Po dwóch godzinach nadał mnie przez CB radio koledze, który wracał do domu do Suwałk. Kierowca okazał się być strasznym faszysta. Tak, faszysza. Nie jestem osobą, która nadużywa tego słowa, bo jest różnica między patriota, nacjonalista i faszysta. Już pomijam fakt, że klął jak szewc na wszystkich południowców, bo dość częste, ale gdy zaczął się rozpływać nad systemem rozwiązań Himmlera i Hitlera( dosłownie rozpływać, z podniecenia pocił się okrutnie), to stwierdziłem, że koniec. Normalnie autostopowicz jest urodzonym konformista i na wszystko przytakuje, pytając samego siebie "daleko jeszcze?", ale to był moment, kiedy trzeba było mu powiedzieć, że grubo przesadza. Oczywiście koniec końców wyszedłem na tego głupiego, nieznającego historii gówniarza, więc w średniej atmosferze dojechaliśmy do Suwałk. W Suwałkach zadzwoniłem do znajomego, z prośbą czy mógłby mnie przewieźć przez miasto, bo nie chce mi się przechodzić całego na piechotę i zgodził się bez problemu(jeszcze raz dzięki Kamil).
Na wylotowce z miasta złapał mnie paskudny deszcz, który towarzyszy mi już trzeci dzień. Na szczęście, po 15 min zgarnął mnie Litwin jadący do Marijanpolu. I też po krótkiej rozmowie przyznał się, że jakby wiedział, że ja Polak, to by nie wziął (tabliczka 'Kaunas' zrobiła swoje). Generalnie nie rozumiem czemu w stosunkach polsko-litewskich jest tyle niechęci. Jasne, ktoś powie że historia, ale historia ma to do siebie, że jej nie zmienimy. Należy kultywować pamięć, a nie "kto komu i za co". Ludzie się zmieniają, dlatego jako Polaków proszę Was - jedziecie na Litwę, to zachowujcie się jak za granicą, a nie jak na ziemiach utraconych. Być może ekspedientka w sklepie mówi po polsku, ale nie zachowujmy się jakby polski był językiem obowiązującym wszędzie. Nikt z nas nie chciałby, żeby Niemcy wchodzili np. do naszych sklepów jak do siebie i żądali obsługi po niemiecku, bo to kiedyś Germania była. Maleńka dygresja Kierowca podrzucił mnie na dobrą stację, gdzie dość długo stałem, ale głównie dlatego, że w piątkowy wieczór ruch jest bardzo słaby. Chciałem jechać prosto na Daugapillis, ale coś mnie pokusiło, żeby zmienić tabliczkę i napisać Latvia. Ledwo zrobiłem i jadę! Nie do końca tam gdzie chcę, bo dość mocno odbijam na zachód, ale udało się przeskoczyć Kowno. Jak wysiadłem z auta w miejscu, które wydawało się być ostatnim możliwym do przesiadki w moim kierunku, to się zirytowałem. Tyle lat jeździć, niecierpliwić się po 30min i ryzykować jazdę inną drogą. Totalne odluzie, karton zużyty, więc po prostu idę mentalnie przygotowując się tutaj na nocleg. Po 10min usłyszałem delikatny szum, który w pewnym momencie przemienił się w warkot silnika starej lady. Odwracam się i jest! Moje wybawienie jadące do mnie w promieniach zachodzącego słońca! Macham kciukiem, robiąc miejsce, żeby się zatrzymał, a on mnie mija...ale zwalnia! No to biegnę! On przyspiesza,a ja zwalniam tracąc resztki nadziei...ale on znowu zwalnia i w końcu staje dobre 250m ode mnie. Biegnę, dopadam klamki, której trzymanie jest gwarancją, że nie odjedzie i pytam. Udało się, jedzie do Ukmerge, dokładnie tam gdzie ja. Uczynny, aczkolwiek mało rozmowny pan, wysadził mnie na krzyżówce dwóch głównych dróg i odjechał bez pożegnania, a ja cały szczęśliwy, wziąłem się za rozkładanie namiotu.
I teraz odpowiedź na pytanie "Czemu dzień zepsutego fotela?". Otóż jak na złość, w każdym aucie, którym jechałem, był zepsuty fotel pasażera. Ale nie w sposób, który uniemożliwiał wyprostowanie nóg, tylko odchylenie pleców do tyłu. Dlatego. całą drogę jechałem pochylony do przodu, co mój kark boleśnie odczuł. Tak kończy się pierwszy dzień mojej podróży ku Indiom. Nie było przygód, a jedynie podróż ku Moskwie, którą mam nadzieję zdobyć w niedzielę.


Właśnie z Estonii wróciłam. Powodzenia!
Wróciłam w sobotę, a Tobie życzę powodzenia! :)