Ciepło. Czuję jak pierwsze promienie słoneczne ogrzewają mi twarz. Przeciągam się w łóżku i patrząc za okno uśmiecham szeroko. W końcu znalazłem to czego szukałem - słońce. Tak odległe, a tak cieszy. Rozglądam się dookoła i uśmiecham jeszcze szerzej. Przygoda z chłopakami z warsztatu jak najbardziej pozytywna. Powoli zaczynam się pakować i słyszę, że chłopaki też się ogarniają. Wchodząc z pokoju patrzą na mnie i zaczynają się śmiać. 'Ale myśmy wczoraj pijani byli' - powiedział jeden z nich i zaczął się śmiać jeszcze głośniej. W pierwszym momencie myślałem, że mnie nie pamiętają, ale po chwili rzucili hasło, które jest melodią dla mych uszu 'chodź Pasza! Zjemy śniadanie i podrzucimy Cię na wylotowke w kierunku Indii' , dowcipnisie.
Na wylotowce stanąłem o 11. Najedzony, czysty i szczęśliwy. Było przyjemnie gorąco, więc podwinąłem rękawki i zacząłem łapać na Astanę. Miałem 4 dni zapasu, więc zero pośpiechu.2 minuty później i zatrzymało się pierwsze auto. Do Astany nie jadą, ale mogą mnie podrzucić na trasę krajową. Wskakuję do auta i zaczynam się upewniać co do trasy. Polscy kierowcy, których spotkałem wczoraj powiedzieli, że najlepsza jest droga M35. Lokalni, że P36. Uznałem, że kierowcy znają się, więc po prostu z miejsca, gdzie mnie wysadzili mój pierwszy stop, chciałem się przejść 2km na M35 bo była niedaleko. Los chciał inaczej.
Mimo, że nie łapałem stopa, idąc przy trasie, zatrzymało się auto. Ze starego T2, wyskakuje mężczyzna w średnim wieku i krzyczy, że mnie podwiezie. Pytam się go skąd wie gdzie jadę skoro nawet nie mam tabliczki. Okazało się, że widział mnie wcześniej jak łapałem na Astanę. Szafa gra! Wskakuję do auta i drugie pytanie, a właściwie stwierdzanie, które usłyszałem brzmiało 'Jesteś glodny(?)'. Deja vu z Gruzji. Przez chwilę jeszcze oponowałem, ale Sasza pozostał niewzruszony. Jego żona zrobiła wczoraj za dużo klopsików i trzeba je zjeść. I tym samym, po godzinie spędzonej na pochłanianiu lokalnych specjałów, znowu stałem na trasie. Kciuk w górę i łapię. Minuta stania i zatrzymuje się auto. Dwa auta! Jedno z naprzeciwka, a drugie w moim kierunku. Podchodzę do tego pierwszego i widzę 4 osobową rodzinkę. Jadą w Sarykol, czyli w miejsce gdzie chciałem pojechać i odpocząć nad jeziorem. Pakuję się z bagażem na tylnie siedzenie i jedziemy.
Sarykol jest małym miasteczkiem, w którym nie ma dosłownie nic do zobaczenia.
W trasie zapytałem się czy może znają jakąś kafejkę internetową, gdzie mogłybym przerzucić zdjęcia, ale niestety, takowej nie ma. Wtedy zaproponowali, żebym skorzystał z ich komputera. Cały szczęśliwy podziękowałem. I gdy dojechaliśmy pod ich dom podążyłem za gospodarzem. Rodzinka żyła skromnie acz schludnie, a w mieszkaniu czuć było ogrom pracy włożonej w utrzymanie porządku. Przerzucanie zdjęćzajęło mi dobre 30min, a gdy skończyłem usłyszałem, że czas pokuszac. Rodzinka zaprosiła mnie na obiad, który zjadłem z wielkim apetytem.
Gdy już pojedliśmy, dyskretnie przypomniałem o sobie, pytając jakie jest to jezioro, nad które się wybieram. Zadziałało. Wsiedliśmy do auta i jedziemy.
Na mapie jezioro było bardzo blisko miasta, a my już dobre 10 min jedziemy po polnych drogach. Dwadzieścia minut i nic tylko trawa dookoła. Zacząłem się poważnie zastanawiać jak z tego jeziora będę wracał,bo na oko już dobrą godzinę na piechotę. W końcu padło hasło - Ozioro! Spoglądam przez przednią szybę auta, a tam zamiast jeziora widzę raczej coś na kształt bajora. Bajora otoczonego błotem i dwumetrową trzciną. Dramat. Zacząłem się zastanawiać co teraz, bo nie uśmiechała mi się opcja zostania turaj na noc. I wtedy rodzinka zaproponowała, żebym spędził noc u nich. Aż podskoczyłem z radości. W drodze powrotnej zacząłem wypytywać co się stało z jeziorem. Wyschlo - odpowiedzieli. Od 2 lat w czasie zimny notowali małe opady śniegu, a to w głównej mierze dzięki niemu istnieją jeziora w rej części Kazachstanu.
Gdy wróciliśmy jako gość zostałem oprowadzony po gospodarstwie, a następnie usiadłem jeszcze na godzinę przy komputerze, aby przygotować wpis. Jak tylko skończyłem wyszedłem na podwórko i zobaczyłem, że trwają przygotowania do dwóch rzeczy - wyprawy na grzyby i bani.
Najpierw poszedłem z ojcem i synem na grzyby do ślicznego lasu brzozowego, a następnie do innych gospodarzy po kumus, czyli mleko z konia.
Jak już wróciliśmy do domu, to czekała na nas potężna kolacja składająca się z makaronu z konina sałatek i ziemniaków. Gdy skończyliśmy głowa rodziny zarządziła sprzątanie poobiadowego pobojowiska i przygotowania do bani. Jako, że byłem gościem, to pierwszy z niej skorzystałem.
Bania składała się z trzech pomieszczeń. Pierwsze, w którym się odpoczywało, rozmawiało i piło. Drugie było natomiast uproszczoną wersją prysznica. Było tam wiadro z zimną wodą, której używało się po wyjściu z trzeciego i ostatniego pomieszczenia, czyli jedno osobowej sauny, nagrzewanej oczywiście drewnem.
Wychodząc z sauny zobaczyłem, że na stole stoi zmrożona wódka i kilka pudełek. Zapytałem co jest w pudełkach i odpowiedź mnie przeraziła - zdjęcia rodzine. Jak zaczęliśmy je oglądać i pić o 24, to skończyliśmy o 5. Umierałem, ale bynajmniej nie od ilości alkoholu, ale zdjęć. Poznałem całą ich rodzinkę oraz chyba wszystkie posągi Paryża, które fotografowali na swojej podróży poślubnej 25 lat temu. Do łóżka dotarłem jak już świtało.


















Komentarze (2)
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.