2013 · Autostopem przez życie

Dzień 13 - niszczycielska burza!

← Wszystkie wpisy

Szlag by to! Znowu właczyłeś latarkę przez sen! - nieprzytomnie pomyślałem otwierając oczy. W namiocie jasno jak w dzień. Zacząłem się rozglądać za źródłem światła i wtedy nastała ciemność. Absolutna i kompletna. 'Ok, coś jest nie tak' - przemknęło mi przez głowę, a jednocześnie do świadomości zaczęło docierać, czego mam się spodziewać.
Nie jestem pewny co było pierwsze. Najpotężniejszy grom jaki w życiu słyszałem, czy lokalne trzęsienie ziemi nim spowodowane. Szybko wyskoczyłem z namiotu, żeby powbijać śledzie jak najmocniej i najgłębiej w ziemię. Ledwo wyszedłem, a zostałem zaatakowany przez chmarę zmutowanych, kazachstańskich komarów. Biegałem od linki do linki, jedną ręką odganiając krwiopijców, a drugą wbijając śledzie i upewniając się, że zniosą nadchodzącą nawałnicę.
Do namiotu wchodziłem wraz z pierwszymi kroplami deszczu. Ledwo zamknąłem ściankę i powybijałem wszystkich latających cwaniaków, którzy chcieli przeczekać u mnie nawałnicę, a się zaczęło.
Wpierw gwałtowny, południowy wiatr, który miał wszystko usunąć z drogi nadchodzącemu gradobiciu. Wyjący i szarpiący namiotem na wszystkie strony. Wytrzymaj staruszku! - wyszeptałem, patrząc na napięty do granic możliwości topik namiotu. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Po kolejnych kilku grzmotach, zaczęło lać jakby Bóg zapomniał zakręcić kran. Lało jak z cebra. Dosłownie ściana wody. Wszystkie rzeczy położyłem możliwie blisko środka i klnąłem na miejsce, w którym się rozbiłem. Zero osłony przed wiatrem, a co najgorsze, na glinianym podłożu, w które nie chciało chłonąć wody. Ze złością i zrezygnowaniem patrzyłem na mój mały domek z każdą kolejną minutą pochłaniało błoto. Po około godzinie wichura osłabła, więc po upewnieniu się, że mogę spokojnie zasnąć, padłem jak zabity.

image

Obudziłem się około 7, ale wciąż padało. Stwierdziłem, że poczekam do jakiegoś rozjaśnienia, którego na próżno było szukać na zasnutym ołowianymi chmurami niebie. O 10 już musiałem wyjść 10 za potrzebą i tu dobra, traperska rada - 'Jak jedziecie w step, to weźcie ze sobą papier toaletowy, bo nie ma tu ani drzew, ani krzaków, a jak ich nie ma, to nie ma też liści i jest problem.'
Tak czy inaczej papier miałem, ale gdybym go nie miał, to chyba trzeba by było poświęcić skarpety. Traperskie życie.

Wracając do namiotu znowu usłyszałem hałas. Na początku myślałem, że to odgłosy oddalającej się burzy, ale jednak nie. Zza pobliskiego pagórka wyłania się koń. Wielki, potężny ale i na swój sposób piękny, zatrzymał się i odwrócił się w moim kierunku, głośno rżąc. Zaraz za nim pojawiło się kilkanaście kolejnych, a zanim się spostrzegłem, w moją stronę biegło już kilkadziesiąt koni Szybko podbiegam do namiotu i szukam kamery, jednak zaczyna mnie niepokoić coraz to głośniejszy tętent galopujących zwierząt. Odwracam się i widzę, że tam gdzie jeszcze 10 sekund temu było kilkadziesiąt koni, jest już ich tyle, że nie ogarniam ich wzrokiem. W tym momencie się przestraszyłem nie na żarty, bo wizja bycia stratowanym nie należy do najciekawszych. W 'Into the wild' Supertramp nie miał takiego problemu - stwierdziłem, intensywnie myśląc co zrobić lub ewentualnie gdzie uciekać. Wtedy usłyszałem pastucha, wyłaniającego się za pagórka, który krzyczał do mnie z kiludziecieciu metrów 'Krzycz i machaj rękoma! - usłyszałem. No to stoję już naprawdę przestraszony, machając rękoma w stylu " Dudek dance" i krzycząc coś czego nawet sam nie rozumiałem. Podziałało! Stado zaczyna lekko skręcać w lewo, omijając mnie i mój namiot. Szybko sięgam po kamerę i filmuję zarówno konie jak i pastucha, którego z miejsca przechrzciłem na Winetou.

image

Gdy już udało mu się przegonić wszystkie, podjechał do mnie i zaczęliśmy rozmawiać. Ot przypadkowa rozmowa polskiego autostopowicza z kazachskim pasterzem koni, gdzieś na bezkresnym stepie. Okazało się, że pod swoją opieką ma ponad 500 sztuk, o które dba na zmianę z bratem.

image

Gdy już ochłonąłem spojrzałem dokładniej na namiot. Cały w błocie i bez perspektyw, że wyschnie w najbliższym czasie. Trochę zły, zabrałem się za jego pakowanie, ślizgając się od czasu do czasu w błocie. Po 20 min męczarni, cały ublocony, stanąłem na drodze, obserwując majaczące jeszcze w oddali stado Winetou.

W sumie ujechałem tylko 200km na dwa stopy. Pierwszym była rodzinka jadąca na wesele, a drugim dwie kobiety jadące do pracy w niedalekiej cafe. Wysiadłem z nimi i zacząłem się rozglądać. Nic specjalnego. Ot zwykła buda i grill na szaszlyki. Zaproszony na kawę nie odmówiłem i zacząłem rozmawiać. Okazało się, że to nie do końca zwykła cafe. Kawałek z budą znajdowały się dwa namioty wędrownych Kazachów, tak zwane Jurty.

image

image

image

image

image

image

image

image

Przeszedłem się je zobaczyć i w środku zobaczyłem, że dwie kobiety próbują   zacerować sufit. Zacząłem się dowiadywać co się stało. Dziewczyny wytłumaczyły mi, że wczorajsza, niszczycielska burza zerwała poszycie i muszą ją naprawić do wieczora.
Do Almaty miałem 300km, więc bez problemu mogłem tam dotrzeć w klika godzin. Zapytałem, czy może potrzebują pomocy i z wdzięcznością stwierdzili, że tak, więc wziąłem się do roboty. Tym samym spędziłem cały dzień pomagając naprawić Jurtę, po wyjątkowo silnej burzy.

image

image

Wbrew pozorom nawet zwykła pomoc przy sprzątaniu i naprawianiu dachu może być porządna lekcją kultury, zwyczajów i historii. W Jurcie tak banalna rzecz jak ułożenie dywanów, miejsca poszczególnych stołów czy nawet poruszanie się w środku ma znaczenie. Oczywiście na początku myślałem, że pomogę przez godzinkę i fajrant, ale było kompletnie inaczej. Spędziłem bite 10 godzin na zaszywaniu dziur, wietrzeniu namiotu, podwieszaniu dywanów i ubijaniu podłoża. Naprawdę ciężka praca, zwłaszcza dla samych kobiet. Zobaczyłem, że oprócz naszej trójki uwijającej się jak w ukropie, na terenie Jurt było dwóch mężczyzn nic nie robiących. Zapytałem pracujących ze mną, czemu nam nie pomagają i odpowiedź mnie powaliła "bo to nasi mężowie". Kropka. Koniec. Żadnego innego wytłumaczenia. Po prostu bycie facetem oznacza nic nie robienie. Dramat.

Pod koniec dnia byłem padnięty. Zjadłem kolację przygotowaną przez moich gospodarzy, chwilę pobawiłem s
ię z córką gospodarzy i poszedłem prosto do Jurty, gdzie spędziłem noc. Byłem nawet zbyt zmęczony, żeby docenić fakt, że śpię w miejscu gdzie kiedyś spały całe pokolenia rodzin.

image

Kładąc się, jeszcze tylko pomyślałem, że to jest właśnie autostop, który kocham najbardziej. Drugi tydzień podróży i za mną już 5000km, a to jedynie jakieś 15% tego co zaplanowałem. Przygoda trwa!

Komentarze (4)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.