2013 · Autostopem przez życie

Dzień 19, 20, 21, 22 - droga do Sodomy

← Wszystkie wpisy

Dzień 19 i 20
Znając nieciekawe prognozy pogody dla Borovoje, zerwałem się z samego rana. Szybko spakowałem namiot i ruszyłem na trasę. Na raty dostałem się na autostradę, a później raz dwa złapałem stopa do Astany. Jako, że nie miałem specjalnie wyjścia i musiałem wjechać do miasta, zadzwoniłem do Dimy z pytaniem, jaki autobus wyjeżdża za miasto. Jeszcze raz okazała się być super pomocna i oddzwoniła po chwili, rozkazując, że mam stać tam gdzie stoję i za chwilę zabierze mnie Losza, chłopak, który organizował skoki na bungee. Losza pojawił się po 10 minutach i wywiózł mnie za miasto. Tam po kolejnych 5 minutach machania kciukiem, załapałem stopa bezpośrednio do Almaty.

Kierowcą, z którym dane mi było spędzić kolejne dwa dni, był Roma. 38latek, dwukrotnie żonaty, z jedną córką na koncie. Dwa dni w super atmosferze. Oboje czuliśmy kiedy drugi chce pogadać, a kiedy po prostu posiedzieć w milczeniu. Chętnie posłuchał ze mną mojej muzyki i świetnie gotował.

image

image

image

Sama droga była monotonna. Almaty od Astany dzieli 1200 kilometrów tragicznej drogi, dziurawej jak ser szwajcarski. O ile na północy można było jeszcze podziwiać pola pszenicy i traw, to na południu nie ma już kompletnie nic. Pustynia. Gdzie okiem sięgnąć tam piasek i kamienie. Nic poza tym.

image

image

Pech chciał, że na przedmieścia Almaty dojechaliśmy późnym wieczorem i jakby tego było mało, grzmiało, lało i wiało niemiłosiernie. Pożegnałem się z nim 50km przed miastem i zacząłem łapać, stojąc w odblaskowej kamizelce.

Miałem szczęście, bo już po minucie stania zatrzymało się auto jadące do centrum, którego kierowca podwiózł mnie aż pod drzwi mojego kolejnego hosta - Alana.

image

Alan na początku okazał się być miłym 30letnim facetem, od którego na kilometr było czuć, że jest gejem. W jego mieszkaniu odbywała się domówka, na której było 3 Francuzów, Włoch, Brazylijczyk, Rosjanka i trójka Kazachów. Wesołe towarzystwo turystów, które korzystając z niższych cen, bawiło się na bogato. Zwłaszcza Francuzi, którzy później, raz po raz, zostawiali na barze, w klubie, po 50$ jak gdyby nigdy nic. Z całego towarzystwa najciekawszą osobą okazał się 35letni brazylijczyk, który prowadzi własny magazyn podróżniczy i od 5 lat zwiedza świat. Szczęśliwy traf chciał, że podobnie jak ja planował w poniedziałek dotrzeć do Biszkiet, więc umówiliśmy się, że pojedziemy razem. Na stopa oczywiście.

Tak czy inaczej rozbawione alkoholem towarzystwo ruszyło do klubu, gdzie Alan zaczął być, delikatnie mówiąc, nachalny. I tutaj napiszę to co myślę.

Generalnie blog ma to do siebie, że jest subiektywny i nie każdemu musi się podobać, a mój pogląd na homoseksualistów jest prosty. Każdy jest jaki jest i co go czyni szczęśliwym, to tylko i wyłącznie jego sprawa. Ale gdy to, co czyni Cię szczęśliwym, nie mieści się w ramach systemu norm społecznych danego kraju lub drugiej osoby, to nie powinno się z tym agresywnie afiszować. I to dotyczy zarówno zarówno tych po lewej stronie poglądów, jak i tych prawej. Moim zdaniem oczywiście.

Alan, swoim zachowaniem, przekraczał granicę, o czym powiedziałem mu zarówno w klubie jak i później w domu, gdy próbował się kłaść obok mnie.

Swoją drogą, w klubie byłem również świadkiem i uczestnikiem innej sytuacji. Otóż na domówce u Alana, razem z nami bawiła się para Kazachów. Z chłopakiem nie rozmawiałem, bo nie mówił po angielsku, ale dziewczyna była bardzo w porządku. W klubie ich nie widziałem, ale w pewnym momencie zauważyłem, że chłopaka wyprowadza ochrona. Nie przejąłem się tym specjalnie, bo już gdy wychodziliśmy z domu był dość pijany. Jednak jakimś cudem, znowu udało mu się wejść do środka. Szybkim krokiem podszedł do swojej dziewczyny i złapał ją za włosy. Następnie coś powiedział i dwukrotnie uderzył jej głową w bar. Zdębiałem. Szybkie spojrzenie po innych uczestnikach zabawy, w tym ich znajomych i nikt nawet palcem nie kiwnął, tylko się usunęli w bok, gdy facet, wciąż trzymając ją za włosy, zaczął wychodzić z klubu. Szybko rzuciłem się w ich kierunku i próbowałem rozdzielić, na co co chłopak zareagował klasycznym wiatrakiem, zakończonym zaciśniętymi pięściami. Z boku pewnie śmiesznie to wyglądało, bo młodzi Kazachowie, w zdecydowanej większości, mają nie więcej niż 175cm i ważą około 65kg, przy moich 187cm i 85kg wagi. Dość mocno go odepchnąłem, ale nie odpuszczał, więc wywiązała się szamotanina, z której na szczęście zostaliśmy wyciągnięci przez ochronę. Chłopaki zorientowały się, że ten drugi jest pijany, więc znowu go wyrzucili. Niestety, tym razem z jego dziewczyną. Tłumaczę im co się stało, ale skwitowali to tylko słowami ‘To jest Kazachstan, a nie Europa'. Po chwili spojrzałem za okno, a tam ten (tutaj cisnie się na usta wiele niecenzuralnych słów, więc nich każdy wstawi sobie co chce) okłada dziewczynę kolanem. Ochrona nie chciała mnie wypuścić, więc podbiegłem do Alana i reszty ekipy, z prośbą, żeby zaiterweniowali. Oni tylko stwierdzili, żebym się nie mieszał do prywatnych spraw innych osób. Po raz kolejny zdębiałem. Jakim cudem, okładanie kobiety jak worek bokserski, może być w jakikolwiek sposób normalne, a co gorsze akceptowane przez innych? Po całej awanturze straciłem szacunek do reszty. Nawet Francuzi, którzy żyją w kraju, który jest kolebką europejskiej kultury i tradycji, zachowali się jak największe cioty.

Szedłem spać, delikatnie mówiąc, wściekły.

Dzień 21
Kolejny dzień wszyscy zaczęli jakby nigdy nic. Nicolas, jeden z francuzów, zaproponował, żebyśmy poszli na kebab. Stwierdziłem, że to dobry pomysł, bo umierałem z głodu, ale okazało się, że mamy inną definicję kebaba. Mi się wydawało, że jest to bułka z mięsem, w budce na rogu, ale dla nich to było wyjście do restauracji. Jak zobaczyłem jakie mają tam ceny, to bez mrugnięcia okiem skłamałem, że nie jestem głodny i zadowoliłem się najtańszym piwem.

image

Po obiedzie miałem nadzieję, że w końcu zobaczę miasto, ale Alan poprosił nas o pomoc przy zakupach sprzętu kuchennego. Straciliśmy na to kolejne 2h i jak już zaszliśmy do domu, to zmierzchało.

image

Plan na wieczór był identyczny jak dzień wcześniej. Przychodzi kilka osób, pijemy i wychodzimy. Ale nie miałem najmniejszej ochoty ani pić, ani się bawić, ani męczyć w kółko tematów powtarzanych przez ludzi, którzy nigdy w życiu już się nie spotkają i jedyne co próbują udowodnić, to kto ile widział i gdzie był.

Miałem kryzys. Dwa wielkie miasta, bez solidnej przerwy czasowej między ich odwiedzaniem, to zdecydowanie za dużo. Zarówno psychicznie jak i finansowo. Chciałem się w końcu wyrwać, a tęsknotę za podróżniczą wolnością, potęgował górski krajobraz za oknem.

Ekipa w końcu wyszła na miasto, a ja wymigałem się gorączką i usiadłem na balkonie patrząc na wsiadającą do taksówki, roześmianą ekipę. W tym samym momencie zaczęło padać. Niby nic specjalnego, ale teraz, gdy myślę o tamtym deszczu, zdaję sobie sprawę, że było w nim coś niezwykłego. Odciąłem się od imprezującego towarzystwa, które poszło szukać rozrywki, atrakcji i przyjemności w piciu na umór, a deszcz zamienił się oczyszczającą kurtynę wody. W mieszkaniu zostałem sam i przy zgaszonym świetle, usiadłem na balkonie i nasłuchiwałem.

Hałas, to dobre słowo na początek. Gdy myślisz o deszczu, pierwsze skojarzenie to hałas, ale gdy się skupisz, zaczynasz słyszeć coś więcej. Analizujesz, oddzielasz i rozróżniasz. Dźwięk kropel uderzających o stalowy dach oraz tych, które w ciemności rozpryskują się uderzając o korony drzew. Inaczej brzmią te, które spadają na wyschnięty asfalt aniżeli te, które bezgłośnie wchłaniane są przez spragnioną wody glebę. Dominuje szelest tysięcy, uginających się pod ilością wody liści, ale te pojedyncze, którym udało się dostać na balkon i cichutko rozbijają się o drewnianą posadzkę, też mają swój udział w tym pięknym koncercie. Dostrzegam coś czego nigdy nie widziałem. Dostrzegam coś, obok czego przchodziłem w kraju obojętnie. Dostrzegam piękno każdej kropli, biorącej udział w koncercie, gdzie dyrygentem i twórcą jednocześnie, jest otaczająca mnie przestrzeń. Zwykły, niezwykły deszcz.

Tak, pisząc dopadła mnie nostalgia za czymś czego jeszcze nie potrafię ani sprecyzować ani opisać, ale mam czas. Dużo czasu.

Po mniej więcej 30 minutach spędzonych w samotności na balkonie byłem spokojniejszy, szczęśliwszy i z jasnym planem na jutrzejszy dzień.

Dzień 22
Wstałem z samego rana i specjalnie nie przejmując się zgnujacym towarzystwem, nastawiłem pranie i wszyszedłem zobaczyć miasto, które mnie rozczarowało. Poza jedną cerkwią, w całej Almacie nie ma kompletnie nic do zobaczenia. Przeszedłem się więc do kafejki internetowej gdzie spędziłem 3 godziny uzupełniając wiedzę o kolejnym kraju na mojej trasie- Kirgistanie.

image

Postanowiłem, że jutro z samego rana ruszam na Biszket. Wymigałem się od wspólnego obiadu z chłopakami, wciąż mając przed oczyma ceny ze wczorajszego menu i przeszedłem do parku gdzie zaległem na trawie, ciesząc się popołudniowym słońcem.

Wieczorem męczyłem się jeszcze z czymś co mnie trochę przerastało, a mianowicie VPN. Jest to bezpieczny sposób łączenia się z internetem, który umożliwi mi korzystanie ze wszystkich stron interetowych, blokowanych przez rząd w Chinach. Poszedłem spać o 22, żeby już o 8 rano być gotowy na przygodę, która czekała na mnie w Kirgistanie

I miałem rację. Przysięgam, że kolejne 10 postów będzie po prostu ekstra:-)

Wiem, że ten post jest nieskładny porwany i ciężko się go czyta, ale po prostu tak czułem się w Almacie. Miałem po ludzku dość miast, hałasu, imprez i turystów.

Komentarze (6)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.