Nic nie zwiastowało jak bardzo zwariowany miał być to dzień.
Wstałem z samego rana i po upewnieniu się, że wszystko zabrałem, czekałem już tylko na Edsona, Brazylijczyka, który miał jechać ze mną. Umówiliśmy się o 9, ale o 9.15 ciągle nie dawał znaku życia. Lekko zdziwiony, poprosiłem Alana, żeby do niego zadzwonił. Okazało się, że od 20 minut stoi pod drzwiami, tylko że domofon zepsuty, a na koncie nie miał już nic kasy. Szybko się zebrałem i ruszyliśmy w drogę.
Dwa słowa o Edsonie. Jest 35letnim facetem, który ostatnie 5 lat podróżował i zwiedzał świat. W międzyczasie został felietonista w dwóch gazetach brazylijskich oraz dorobił się własnego magazynu podróżniczego, który publikuje w internecie. Wyprzedzam pytanie o życiową stabilizację i uprzejmie informuję, że Edson się zakochał i planuje za 3 miesiące wrócić do Gruzji i spędzić tam resztę życia. Tak przynajmniej mnie zapewniał.
Najłatwiej i najszybciej można się wydostać z miasta taksówką, a te w Azji, dzielą się na korporacyjne i prywatne. Korporacyjne to te, które znamy z Europy, a prywatne, to po prostu kierowcy, którzy sobie dorabiają jako taksówkarze. U tych pierwszych stawki są znane, ale sporo wyższe niż u przypadkowych kierowców. Problem z tymi drugimi polega na tym, że często próbują naciągać turystów. Przykład. Zapytaliśmy się Alana ile powinniśmy zapłacić za kurs na koniec miasta i powiedział, że nie więcej niż 7$. Kiedy zaczęliśmy łapać taksówki, pojawiały się różne oferty. Pierwsze były absurdalne typu 40$, ale po 10 minutach w końcu utargowaliśmy 3,5$ na głowę i tym samym w końcu wydostaliśmy się z Almaty.
Za miastem zaczęliśmy już łapać na poważnie. Na początku było ciężko, bo większość albo chciała kasę, albo nie jechała w naszym kierunku. Miasto, na raty, opuściliśmy po godzinie. Pierwsze auto, które się zatrzymało, to kilkunastoletni, biały opel vectra. Jako pierwsze otwiera się okno i chwilę trwało zanim z kłebów dymu wyłoniła się twarz jednego z pasażerów, który tylko radośnie krzyknął 'Priviet brat, dawaj!'. Otwieramy drzwi, a z wnętrza ulatnia się jeszcze więcej dymu, który bynajmniej nie pachniał tak jak ten z klasycznych papierosów, a było go tyle, że miejscami było zielono. Byliśmy więźniami pozytywnie ujaranego rodzeństwa. Na początku rodzeństwo nie miało pojęcia ani gdzie jest Brazylia ani żadnych skojarzeń z nią związanych. Tłumaczymy im, że na pewno znają piosenkę ‘Nossa, Nossa'. Tytuł nic im nie mówił, więc spojrzeliśmy z Edsonem na siebie i równocześnie zaczęliśmy śpiewać. Kazachowie mało co się nie poplakali ze śmiechu. Co do Polski, to całkiem nieźle wypadli na tle innych, których spotkałem, bo znali 'Czterech Pancernych' i naszą stolicę.
Gdy już dojechaliśmy do ich miasta, pożegnaliśmy się zmęczeni śmiechem i ruszyliśmy w dalszą drogę. Ledwo przeszliśmy skrzyżowanie, a naszym oczom ukazała się potężna limuzyna. Ciągle jeszcze się śmiejąc i raczej żartując niż pytając serio, krzyknąłem do kierowcy, żeby nas wziął, a ten ostro po hamulcach i kazał wskakiwać. Własnym oczom nie wierzyłem. Wsiedliśmy do 14m limuzyny, która wracała z wesela z Almaty. Ludzie płacą za taką jazdę majątek, a my przez ponad godzinę woziliśmy się za darmo, jak królowie. Tylko szkockiej w środku nie było, ale i tak zajechać na granicę limuzyna, to już coś.
Gdy szliśmy już pod szlaban, zauważyliśmy auta na angielskich rejestracjach, więc zagadaliśmy. 6 aut i w każdym po 3 osoby, które brały udział w rajdzie ze Szkocji do Mongolii, gdzie mieli plan sprzedać auta i trochę pozwiedzać. Chwilę pogadaliśmy i poszliśmy stanąć w kolejkę.
Bezproblemowo przechodzę kontrolę, ale widzę, że Edson coś się grzebie. Podchodzę do niego i pytam się co się stało. Tłumaczy mi, że nie chcą go puścić. Pytam się pogranicznika o co chodzi i okazało się, że Edsonowi upłynął termin ważności wizy. Facet 5 lat po świecie podróżuje i pierwszy raz nie dopilnował daty. Po rosyjsku nie mówił ani słowa, więc stwierdziłem, że z nim zostanę i mu pomogę. Na początku było kompletnie bezstresowo i wydawało się, że wszystko da radę załatwić na miejscu. Przez 3 godziny odpowiadaliśmy na jakże mądre pytania typu 'Polska i Brazylia są blisko skoro podróżujecie razem?' Oczywiście, tylko między nimi małe jezioro nazywane Atlantykiem.W końcu okazało się, że cała sprawa nie zakończy się dzisiaj i mimo, że Edsona od Kirgistanu dzieliło mniej niż 100m musiał zostać w Kazachstanie. Na szczęście ostatnio napisał do mnie, że po prostu 4 dni wypełniał papierki i miał darmowy nocleg.
Gdy przekroczyłem granicę skontaktowałem się ze swoim hostem w Biszket, u którego miałem spędzić noc, bo w prognozach zapowiadali burze. Postanowiłem sobie również, że będzie, to mój ostatni nocleg w mieście przez najbliższe 10 dni.
Do Jorga, który był Niemcem pracującym w Kirgistanie, dotarłem o 21. Chwilę pogadałem z nim i jego innymi Coucsurferami, zadzwoniłem do rodziców na Skypie i zaległem spać.
Wariacki dzień w kategoriach tego co mnie spotkało, ale okazało się, że to dopiero początek przygód, które czekały na mnie w Kirgistanie.








Komentarze
Pod tym wpisem nie ma jeszcze komentarzy.
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.