Wyspałem się. Pierwszy raz od dawna, nie obudziło mnie ani słońce, ani deszcz, ani nikt nieznajomy. Tym razem obudziłem się kiedy chciałem, a jedynym dźwiękiem, który przerywał ciszę, był szum fal, delikatnie rozbijających się o piaszczystą plażę.
Jeszcze leżąc, zacząłem się zastanawiać co mam dzisiaj do zrobienia. Wczoraj wszystko wydawało się proste. Odpoczywać nic nie robiąc, ale niespodziewane spotkanie z Jamesa i jego podopiecznych, zrewidowało moje plany. W pierwszej kolejności postanowiłem w końcu odwiedzić cafe, w której obiecałem wczoraj, że wpadnę coś zjeść.
Po upewnieniu się, że za jajecznice, chleb i kawę nie zapłacę więcej niż 10zł, rozsiadłem się jak król i zacząłem sprawdzać informację dotyczące gór i trasy, którą planowałem przejść się w kierunku Chin. I pojawił się problem. Mniej więcej, między drugą kromką, a trzecim jajkiem, przeczytałem, że przekroczenie granicy, w miejscu gdzie planowałem, wiąże się z opłatą rzędu 100$. Jajecznica już nie smakowała tak wybornie. W internecie brak było szczegółowych i przede wszystkim, pewnych informacji jak to w rzeczywistości wygląda, więc kierując się radami innych blogerów podróżniczych, podjąłem decyzję o skorzystaniu z drugiego przejścia granicznego z Chinami. Problem był o tyle uciążliwy, że żeby dostać się do tego drugiego przejścia granicznego musiałem pokonać cały Kirgistan i potężne góry po drodze. Koniec końców, wzruszyłem ramionami i z uśmiechem stwierdziłem, że tak czy inaczej czeka mnie przygoda. To czy doświadczę jej tutaj czy 500km na południe, nie ma znaczenia.
Gdy już skończyłem jeść, wziąłem się za kawę i pisanie posta na blog. Pewnie większości z Was wydaje się, że to nic specjalnego. Ot tyle co napisać co mi się przytrafiło. Ale uwierzcie mi, całe gimnazjum i liceum leciałem na 'dwójach' z polskiego, a jak już załapałem 3, to tylko dlatego, że wspomagałem się opracowaniami. Dlatego praktycznie każdy dłuższy post, to kwestia nawet dwóch godzin. Dlatego siedząc i rozmawiając z kucharką, której byłem jedynym klientem, siedziałem i pisałem.
W południe wróciłem na plażę, żeby w końcu trochę się opalić(tak Mamo, posmarowałem się kremem). Ale los chciał, że ledwo wyciągnąłem karimatę z namiotu na piasek, a usłyszałem dwóch chłopaków rozmawiających po angielsku. Jak na obcokrajowca przystało, pozdrowiłem ich serdecznie i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że jeden z nich był hostem, a drugi surferem z Couchsurfingu. Host mieszkał w Biszket, a Alex, który pochodził z Słowenii, surferem i alpinista, który zatrzymał się w Biszket, żeby odpocząć po zdobyciu Piku Lenina. Nad Yssyk-kul przyjechali, żeby tak jak ja, trochę odpocząć. Po kilkunastu minutach rozmowy poszliśmy poskakać z molo(tak Mamo, sprawdziłem najpierw czy jest wystarczająco głęboko), a później pożegnałem się i ruszyłem na spotkanie z dzieciakami.
Po szybkiej konsultacji z Jamsem, dowiedziałem się, że mam sam poprowadzić całe zajęcia. W sumie chciałem tego już w Moskwie, ale tam miałem do czynienia z dziećmi w wieku 8-12 lat, a tutaj stałem przed grupą nastolatków w wieku 14-18. Tylko, że bezsensownie się stresując, nie wziąłem pod uwagę, że młodzież w Kirgistanie może się różnić od tej w Polsce. Żadnego, tak bardzo irytujacego mnie gimbusiarstwa, żadnego olewackiego stosunku do starszych, żadnego ostentacyjnego okazywania jak bardzo ich nic nie obchodzi. Stałem za stołem, na którym rozsypałem wszystkie pocztówki, przed grupą młodych ludzi, którzy z zainteresowaniem czekali na to co chcę im powiedzieć.
Zacząłem podobnie jak w Moskwie, od pytań z nagrodami, a później poprosiłem, żeby każdy podszedł i wybrał sobie pocztówkę, na którą chce odpisać. Nie podeszli. Na wariata podbiegli, ze śmiechem, przepychając się jeden z drugim. Jako, że nie miałem kupionych dla nich pocztówek, poprosiłem, żeby odpisywali w formie listów.
Gdy już każdy wybrał pocztówkę zaczęła się ciężka praca. Byłem sam z Jamsem, więc tłumaczenie każdej pocztówki na rosyjski, dla 30 podekscytowanych młodych ludzi, było nielada wyzwaniem. Gdy już każdy wybrał pocztówkę zaczęły się pytania. Co napisać? Czy chłopak może pisać do dziewczyny? Czy można podać adres email, bo po wakacjach już nie może mieszkać w domu dziecka i nie wie gdzie będzie za dwa miesiące? Czy można zaprosić do Kirgistanu?
Aż w końcu odpisywanie, którym mnie zaskoczyli kompletnie. Każdy, dosłownie każdy, starał się jak mógł i pisał samodzielnie po angielsku. Co jakiś czas podchodzili i pytali się jak coś napisać, albo czy są błędy, ale nawet jak były, to mówiłem, że jest super i bezbłędnie, bo błędy typu 'My english so-so' szczere i prawdziwe, a przez to tak urocze.
Gdy już powoli chciałem zbierać każdy list, zobaczyłem, że jedna 13letnia dziewczynka, zrobiła też własnoręcznie kopertę i wsadziła do środka mały kwiatek, który wycięła z tektury. Pochwaliłem ją za to, co poskutkowało odbieraniem ode mnie listów, przez resztę i każdy wziął się za robienie własnoręcznych kopert, wstążek, a jeden chłopak oregamii. A ja stoję na środku i nie wierzę. Własnoręcznie robione listy są warte tysiąckroć więcej niż kupione pocztówki i od niechcenia wypisane. Mają duszę.
Gdy już wszyscy skończyli, chłopacy pobiegli grać w piłkę, dziewczyny w gumę, którą im dałem, a ja zostałem jeszcze chwilę i pogadałem z opiekunami i wróciłem do siebie, gdzie zaległem na drzemkę, bo rybiata wyssała ze mnie całą energię.
Obudziłem się dopiero pod wieczór, więc poczytałem przewodniki, popływałem i poszedłem naładować wszystko przed dalszą podróżą.
Na kolację kupiłem w lokalnym sklepie suszoną rybę, chleb i siedziałem na karimacie przed namiotem, podziwiając przepiękny zachód słońca nad Yssyk-kul. I to właśnie zachody słońca są tym co najbardziej lubię w noclegach na dziko przy jeziorach czy nad morzem. Można usiąść i przesypując piasek w dłoniach cieszyć się powoli chowającym się za horyzontem słońcem. Nie ważne czy dzień był dobry czy nie. Taki widok wynagradza wszystko lub dopełnia pięknego całokształtu.
Tak, to był udany dzień. Kolejny z wielu, które czekały na mnie w Kirgistanie, kraju gdzie ludzie nie mają prawie nic, ale są gotowi oddać Ci prawie wszystko.















Życzę powodzenia w dalszej podróży i trzymam kciuki!
Powodzenia! :)
Sądzę też że Twój blog będzie inspiracją nie tylko dla mnie i może tak uda się spotkać jakiegoś Twojego czytelnika w podróży?
Mógł bym tu dalej smęcić ale po prostu powodzenia dalej ;)!
Uwielbiam czytać o podróżach, póki co nie podróżuję za wiele, a i stopem sama bym się raczej nie wybrała.
Podziwiam za to co robisz i jak to robisz!
Oby tak dalej, trzymam kciuki!
P.S. Sama zbieram pocztówki, mam ich około 700, więc wiem ile radości może dać taka mała zapisana karteczka :)
pozdrawiam,