Wiedziałem, że będzie ciężko, ale nie sądziłem, że aż tak.
Wstałem z samego rana, żeby załapać się na poranny ruch aut, ale coś takiego jak 'poranny ruch' w górskiej wiosce, do której trafiłem, nie istniało. Podszedłem więc na najbliższe skrzyżowanie i pierwszą godzinę, poza obserwowaniem wracających do życia panów z przystanku, kompletnie nic nie robiłem.
Pierwszy samochód, który przyjechał, okazał się być radiowozem z dwoma sympatycznymi i skorumpowanymi do szpiku kości, policjantami. Na początku przez 30 minut obserwowaliśmy siebie nawzajem, aż w końcu podeszli pogadać. Usiedliśmy więc w radiowozie i przez kolejne 3 godziny rozmawialiśmy o tym o czym z reguły rozmawia się w Kirgistanie, czyli 'Ile zarabia się w Polsce; ile co kosztuje; i jakie są polskie dziewczyny'. Nie sądziłem, że te trzy tematy można maglować tyle czasu. Jedyne co nam przerywało co jakiś czas, to zbliżający się z oddali samochód, który należało zatrzymać i w zależności od marki, odpowiednio skasować
Mniej więcej po 4 godzinie zirytowałem się nic nie robieniem i mimo
palącego, popołudniowego słońca, postanowiłem ruszyć w góry na piechotę.
Trasa była prosta, bo wiodła szutrową drogą, po której, według miejscowych, jeżdżą auta. W rzeczywistości, przez pierwsze 3 godziny marszu na szczyt, nie minęło mnie żadne. Szedłem więc przed siebie, podziwiając widoki, które w zmieniały się wraz z każdym kolejnym zakrętem. Część osób pewnie tego nigdy nie zrozumie, ale w zwykłym wchodzeniu pod górę można odnaleźć przyjemność. Każde kolejne sto metrów pod górkę, z ciężkim plecakiem, sprawia, że płuca aż palą z wysiłku. Wtedy czujesz, że żyjesz. Każde kolejne 100 metrów sprawia, że widok na dolinę jest jeszcze piękniejszy i coraz bardziej spektakularny. To co jest wspaniałe w takiej wspinaczce, to mała analogia do życia, którą dość łatwo zauważyć. Droga na szczyt często jest wyboista, kręta i męcząca, ale gdy człowiek patrzy wstecz, to odczuwa satysfakcję i ma jasny cel - dotrzeć na szczyt. Mi zajęło to bite 3 godziny. Żadnych aut czy ludzi. Jedyne co to od czasu do czasu, gdzieś w oddali pojawił się kozioł górski, który po chwili znikał za kolejnym szczytem.
Gdy dodreptałem na 2900m, z oddali usłyszałem dźwięk, który nie sposób pomylić z czymkolwiek innym. Silnik starego Kamaza hałasuje wręcz nieziemsko. Maszyna zatrzymała się obok mnie i mimo dwóch osób w środku, kierowca zachęcająco machnął ręką. Kolejne 5 godzin spędziłem wylegując się na łóżku,podczas gdy moi wybawiciele na zmianę prowadzili i klneli na stan drogi.
Do miasta o wdzięcznej nazwie Kazarman, dotarliśmy grubo po zmierzchu, więc jak tylko spałaszowałem konserwę z chlebem, pomidorem i ogórkiem, ruszyłem w poszukiwaniu miejsca na nocleg.
W pierwszym momencie chciałem spać na boisku piłkarskim, ale gdy zaszedłem na stację benzynową obok, jej właściciel zaproponował, żebym spał u niego w ogródku na co chętnie przystałem.
Rozbiłem namiot i zaległem spać.










Komentarze
Pod tym wpisem nie ma jeszcze komentarzy.
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.