2013 · Autostopem przez życie

Dzień 3 - Moskwa się dla mnie myje

← Wszystkie wpisy

Mżawka. Od tego zaczął się mój poranek. Gdy już zmusiłem się, żeby otworzyć oczy, postanowiłem zerknąć, co dzieje się na zewnątrz, bo panujący w namiocie półmrok nie napawał optymizmem. Okazało się, że całe niebo było zasnute ciężkimi chmurami, które mogły zwiastować tylko jedno - deszcz.

image

Szybko się zerwałem i postanowiłem jak najszybciej dostać się do Moskwy. Namiot spakowałem w trymiga i poszedłem na stacje łapać stopa. Miałem szczęście, bo już pierwsza para, którą zapytałem zgodziła się mnie podwieźć i tym samym, terenową hondą, dojechałem do Moskwy. Niestety, całą drogę lało jak z cebra. Gdzieś w głowie krążyła mi myśl, że to pewnie miasto specjalnie dla mnie się myje, żebym je ładnie opisał, bo dużo słyszałem, że jest tam po prostu brudno. Starsze małżeństwo podwiozło mnie pod stację metra, obok której znajdował się ubóstwiany chyba przez wszystkich podróżników, McDonald z darmowym internetem. Rozsiadłem się więc w najlepsze, nadrobiłem fejsbookowe zaległości i napisałem do Artema, mojego moskiewskiego hosta, że dotarłem do miasta.

Z Artem spotkałem się o 12 na stacji metra, które znajdowało się zaraz obok jego mieszkania. I tutaj pierwsze dwa słowa o Moskwie i moskiewskim metrze- jedno i drugie JEST OGROMNE. Gdy spojrzałem na mapę przed wejściem w podziemia, zauważyłem, że mam do przejechania w sumie około 20 stacji, 3 liniami. Zajęło mi to blisko godzinę, ale w końcu dotarłem.

Artem okazał się być 25-letnim chłopakiem, pracującym w dużej korporacji i mieszkającym wraz z dziewczyną w skromnym mieszkaniu na obrzeżach miasta. Skromnie, przytulnie i co najważniejsze, sucho i ciepło. Przyjechałem w niedzielę, więc mój host miał czas, żeby mnie oprowadzić po mieście, bo niestety, ale w tygodniu pracuje od 8 do 20.

image

Po przyjściu zjedliśmy wspólnie obiad składający się z sałatki warzywnej i klusek z mięsem, a później ustaliliśmy, że teraz czas na sjestę i o 18 ruszamy na miasto. Miałem sporo czasu, więc postanowiłem się w końcu wykąpać, wyprać ciuchy i przejść do serwisu naprawić aparat, a przy okazji kupić rosyjską kartę sim. Gdy już wróciłem, Artem poinformował mnie, że jedziemy na miasto spotkać się z innymi couchsurferami.

image

Wsiedliśmy do metra i pierwszą osobą, którą spotkaliśmy była Jula, rosjanka ledwo mówiąca po angielsku, ale za to strasznie pocieszna. Ja do niej po angielsku, a ona non stop do mnie 'nie, nie, nie! Ty z Polszy, ty paniemajesz ruski!' I tak w kółko. Na początku poszliśmy do piekarni zjeść lokalne przysmaki, których nazw nie pamiętam, ale z to mam zdjęcie. Pierwsze było ciasto z mięsem, druga bułeczka z serem i rybą, a ostatnią rzeczą zwykła drożdżówka z serem. Pierwsze dwie rzeczy oficjalnie rozłożyły na łopatki moje podniebienie. Wszystkiego dopełnił kompot owocowy, który dostaliśmy za darmo.

image

15 min później okazało się, że dołącza do nas jeszcze dwie dziewczyny z w Węgier, więc poszliśmy je odebrać na stację metra. W drodze na stację zauważyłem na skraju chodnika rozjechanego szczura. Superszczura, bo był naprawdę wielki! Oczywiście obudził się we mnie urwis z przedszkola i poprosiłem Jule, żeby podeszła i mi powiedziała, co to jest. Gdy zobaczyła mojego zdechłego przyjaciela krzyknęła tak głośno, że ją na drugim końcu miasta słyszeli. Krzyk oczywiście przyciągnął uwagę innych przechodniów, którzy w zależności od płci, albo robili zdjęcia, albo krzyczeli. Wtedy wpadłem na głupi pomysł nakręcenia wszystkiego z niczego nieświadomymi węgierkami. Wtajemniczyłem Artema w mój niecny plan i znalazłem sojusznika. Odebraliśmy dziewczyny i tak jak wcześniej zaplanowaliśmy, szliśmy trasą obok króla kanałów. Dyskretnie włączyłem kamerę i szedłem za całą ferajną. I się udało. W sumie nie wiem, co było pierwsze, podskok i ucieczka czy donośny pisk, ale tak czy inaczej z Artemem płakaliśmy ze śmiechu.

image

W sumie plan na popołudnie był taki, że go nie było, więc po prostu chodziliśmy w deszczu głównymi ulicami Moskwy. Pech chciał, że akurat gdy przechodziliśmy mostem nad rzeką, miało miejsce oberwanie chmury i po dosłownie 2 minutach byliśmy cali mokrzy. O ile dziewczyny chowały się pod parasolkami w nadziei, że im to pomoże, to ja złapałem głupawkę i skakałem od kałuży do kałuży.

image

Gdy w końcu dopłynęliśmy do metra dziewczyny zaproponowały, żeby pójść do nich na 'Palinke'. Między sobą rozmawiały po węgiersku, ale wpadło mi w ucho słowo 'samogon'. I się nie pomyliłem. Palinka okazała się być alkoholem o nieznanym pochodzeniu i smaku, ale przelana do butelki po coca-coli z napisem VIP, wyglądała zachęcająco.

U dziewczyn spotkaliśmy jeszcze dwóch Rosjan, którzy, też aktywnie działali na CSie i przez godzinę piliśmy i rozmawialiśmy o wszystkim. Dosłownie. Na początku o alkoholu, później o sucharkach, które są w Rosji strasznie popularne, aż jakimś cudem chłopaki popłynęli z tematem i zaczęli rozmawiać o ,sraczka'. Nie będę tłumaczył, o co chodzi, ale przypomnę, że polski i rosyjski są naprawdę bardzo podobne.

image

O 22 Artem stwierdził, że musimy się zwijać, bo o 23 odbiera swoją dziewczynę z dworca, więc umówiliśmy się na jutro i pożegnaliśmy się. Jadąc metrem z moim hostem i Jula podzieliłem się moim spostrzeżeniem dot. rosyjskiej mody. Otóż prawie wszyscy Rosjanie, którzy mają nieco dłuższe włosy niż na jeża, zaczesują grzywkę na czoło. Uparłem się, że koniecznie chcę mieć zdjęcie takiego typowego ruska i tak powstało dzieło poniżej.

image

Gdy wróciliśmy do domu, byłem już tak padnięty, że tylko się przebrałem, ogarnąłem i padłem spać. A jutro dopiero zacznie się robić ciekawie - autostop w Moskwie, reanimacja na Kremlu i zwiedzanie:-)

Komentarze

Pod tym wpisem nie ma jeszcze komentarzy.

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.