'Jestem czysty, jest mi ciepło i jestem w Chinach' - właśnie to pomyślałem gdy się obudziłem i aż się do siebie uśmiechnąłem myśląc dalej 'Dojechałem do Chin! Autostopem! Sam! Taka faza! Szkoda spać! Wstaję!' Zerwałem się z łóżka i cichutko przemknąłem obok śpiących współlokatorów.
Hostel, w którym się zatrzymałem był położony w samym centrum miasta i za równowartość 20zł oferował dach nad głową, twarde łóżko i zimny prysznic, czyli jak dla mnie, luksus. Uchahany jak nigdy, szedłem w stronę recepcji, wykrzykując w stronę każdej napotkanej osoby 'Hello!'. W jako takim lobby, spotkałem innych podróżników, w tym Piotra z Francji, który podobnie jak ja, dopiero co wjechał do Chin. Po krótkiej rozmowie postanowiliśmy razem ruszyć na miasto.
Na sam początek dnia miałem kilka ważnych spraw do załatwienia. Po pierwsze karta SIM z internetem. W recepcji dowiedziałem się, gdzie jest najbliższy punkt Mobile China i razem z nowym, francuskim znajomym, zaopatrzyliśmy się w przepyszny, świeży chleb i ruszyliśmy w tamtym kierunku.
Budynek Mobile China był nie do pominięcia. Już z odległości kilkuset metrów, zauważyliśmy gigantyczny biało-niebieski baner firmy, wywieszony na wieżowcu.
Po wejściu do środka, pierwsze co rzuca się w oczy, to ilość sprzętu elektronicznego, rozłożona na stoiskach w pomieszczeniu wielkości dużej sali gimnastycznej. Na pewniaka podchodzę do siedzącego przy pierwszym okienku, misiowatego chłopaka i pytam ‘Do you speak english?‘. Odpowiedzi udzielił mi po chińsku, więc chyba jednak nie. Jak wytłumaczyć komuś kto nie rozumie ani słowa po angielsku, że potrzebuję internetu? Zaczynam od sylabowania 'In-ter-net'. Brak zauważalnej reakcji. Dopiero jak napisałem na kartce '2GB' i zmieniłem język w tablecie na chiński, zauważyłem zrozumienie w jego oczach. Ale na tym nie koniec, bo teraz jego kolej. Wyciąga swój dowód osobisty i wskazując to na niego to na mnie, czeka. 'Proste. Mam mu dać swój paszport'. Jednak okazało się, że dosłownie miał na myśli dowód chiński i na paszport nie chciał się zgodzić. W tym momencie Piotr wymiękł i poszedł dalej sam, a ja już byłem bliski pogodzenia się z porażką. Jednak misiowaty chłopak wstał zza biurka i wskazał, żebym szedł za nim. Zaprowadził mnie do jeszcze większej 'sali gimnastycznej', gdzie były stoiska biznesowe. Myślałem, że tutaj może będą mówić po angielsku, ale się przeliczyłem. Nie mniej jednak zrozumieli, że potrzebuję internetu i jedyna kwestia jaka pozostała do rozwiązania, to mój paszport.
Gdy w końcu, po licznych konsultacjach, wpisali w miejsce numeru paszportu moją datę urodzenia, przyszedł czas na płatności. Kart nie przewidziano. Na szczęście wciąż był ze mną misiakowaty, który zaprowadził mnie do bankomatu i jak wróciliśmy, po ponad godzinie, transakcja była zakończona. Miałem zarówno internet jak i juany.
Kolejny punkt do zrealizowania - wrócić do hostelu, zrobić pranie i zapłacić. O ile mi nie przeszkadza fakt, że śmierdzę, to w pewnym momencie już się czuję, że smród zaczyna przeszkadzać kierowcy. Dlatego pranie to podstawa. Gdy tylko wszystko załatwiłem, byłem gotów na zwiedzanie.
Kashgar. Historii miasta nie znam i przypuszczam, że też Was średnio obchodzi, ale zapadło mi w głowie jedno zdanie z przewodnika - 'Imperator jest daleko, a niebo wysoko' i świetnie oddaje to klimat miasta. Niesamowita mieszanka Pakistańczyków, Afgańczyków, Urguli i Chińczyków w mniejszości.
Tak czy inaczej, stare miasto dzieli się na dwie części - mieszkalną i handlową.Przechadzając się uliczkami tej pierwszej można zauważyć kilka rzeczy. Pierwszą jest zderzenie rozpędzonego, chińskiego budownictwa, wczesnych lat 90 z historyczną starówką. W tej części miasta, nie licząc biegających po ulicach dzieci, nie dzieje się kompletnie nic. Absolutna cisza, przerywana od czasu do czasu przez skuter, który szybko przemknie między jedną, a drugą uliczką.
Część handlowa żyje, pulsuje i napędza wszystkich w mieście. I można ją, dosłownie, doświadczać wszystkimi zmysłami. Przechadzając się między setkami sklepików, stoisk, i mężczyzn z koszami, słyszy się setki dźwięków poczynając od przekrzykujących się handlarzy, uśmiechniętych dzieci powtarzających w kółko 'Hello', przez skutery trąbiące na wszystko i wszystkich oraz kończąc na gwarze rozmów tysięcy osób, w dziesiątkach języków i dialektów. To się słyszy.
Zapachy przywodzą na myśl te, które znam z krajów Bliskiego Wschodu. Dominuje zapach pieczonych szaszłyków i świeżego pieczywa, które w tej części świata jest chyba najsmaczniejsze. Czasami aż trzeba się przeciskać, żeby zmieścić się pomiędzy ludźmi, kolejnymi straganami z przyprawami, paprykami, gruszkami, winogronami, orzechami, ręcznymi wyrobami, złotymi ozdobami i wszechobecnymi samowarami z gorąca ‘czaj'. Między spokojnie przechadzającymi się kobietami w czadorach i biegającymi w okół nich dziećmi w kolorowych, tradycyjnych strojach. 'To nie są Chiny, to jest Bliski Wschód, na który Chinom jeszcze nie udało się wtargnąć.' - pomyślałem, mając w pamięci Iran.
Po kilku godzinach włóczenia się po mieście wróciłem do hostelu rozwiesić pranie i przygotować magiczną karteczkę. Mowa tutaj oczywiście o napisanym po chińsku liście, który miałem zamiar pokazywać kierowcom. Jest to nic innego jak sześć prostych zdań, w których wyjaśnione jest kim jestem, co tu robię i dlaczego za darmo. Czemu nie potrzebuję taxi, busa czy pociągu oraz najważniejsze - wszystko ze mną w porządku, nie mam problemów. Po prostu to lubię.
Gdy już przy pomocy obsługi hostelu stworzyłem takie cudo, poszedłem się pochwalić swoim małym skarbem innym podróżnikom, a tam mój entuzjazm został brutalnie storpedowany. 'Nie uda Ci się.', 'Nie znasz języka', ' Nie będą się zatrzymywać', 'za darmo nikt nie Cię nie weźmie', ' W Chinach nie znają autostopu'. I tak dalej. I tak dalej. Na początku byłem zły. Zero wsparcia i zrozumienia, że nie wszystkich stać na płacenie codziennie 70zł za bilet na pociąg czy busa o taksówkach nie wspominając. W myślach podsumowałem ich jednym słowem ‘Turyści' i poszedłem do pokoju pakować plecak na podróż.
Nie mniej jednak, kiedy już leżałem w łóżku i patrzyłem w ciemność miałem wątpliwości. 'Co jeśli tak jest?', 'Co jeśli dziennie nie uda się zrobić tych 700km?', dziesiątki 'Co jeśli..?' szalały mi w głowie, ale wtedy się ogarnąłem i powiedziałem do siebie, to co zwykle mówię w takich sytuacjach - 'Skokowski,co Ty chrzanisz*? Masz 23 lata, zwiedziłeś pół świata i się martwisz tym co będzie jutro?' Wtedy się ogarniam.
Dzisiaj, pisząc ten post po dwóch tygodniach, mam za sobą 5000km w Chinach. I z ręką na sercu mówię Wam, że autostop w Chinach istnieje i jest banalny. I nigdy nie dajcie sobie wmówić, że czegoś nie dacie rady zrobić. Dopóki nie spróbujecie czegoś sami, to się nigdy nie dowiecie. Prawda jest taka, że jeśli czegoś naprawdę pragniecie, to wystarczy trochę szczęścia i modlitwy, a z wielką determinacją i masą wytrwałości, można osiągnąć wszystko. A gdy zwątpicie, zatrzymajcie się, spójrzcie za siebie i zastanówcie się, czy jesteście gotowi odpuścić i to wszystko zaprzepaścić. Nie. Zatrzymajcie się, odpocznijcie i dalej ciągnijcie przed siebie, bo to jest determinacja i to cechuje zwycięzców, choćby nie wiem ile osób wmawiało Wam 'Yeah, good luck with that'.
*z reguły jest to dosadniejsze słowo, ale kultura musi być;)



















Powodzenia !!!