Czułem się nieswojo schodziąc rano do recepcji. Miałem niełatwe zadanie wytłumaczenia pracującej tam dziewczynie, żeby zadzwoniła po swojego szefa. Już na wstępie zrobiła wielkie oczy, bo zobaczyła obcokrajowca, których tutaj praktycznie nie ma. A jak jeszcze z pomocą Google Translate zacząłem jej tłumaczyć, że chcę żeby przyszedł tu jej szef, to myślałem, że dziewczyna zacznie uciekać.
W końcu jednak się dogadaliśmy i po 15 minutach siedziałem już w aucie gotowy do dalszej drogi. Plan jak był prosty - przejechać co najmniej 500km, żeby rano być w klasztorze w Xiache. Ruszyliśmy o 8 rano, więc byłem optyistycznie nastawiony, ale jak zwykle wyszło inaczej.
Być może i by się udało pokonać 250km dzielące mnie od Xiningu dość szybko, gdyby nie to, że właściciel hotelu i mój kierowca jednocześnie, chciał mi wszędzie robić zdjęcia i ciągle mnie karmić.
Ledwo ruszyliśmy, a już się zatrzymaliśmy na śniadanie i tutaj pierwsza z wielu kulinarnych ciekawostek. Otóż w Chinach na "Dzień dobry" je się to samo co na obiad czy kolację. Tłusto, ciepło i ostro. Akurat tego dnia miałem szczęście i się po prostu załapałem na "Bałdze", które smakują trochę jak gruzińskie "Hinkali" oraz dziwną zupę z orzechami, ryżem i sezamem.

Dopiero wtedy ruszyliśmy i pomijając przerwy na zdjęcia, to zatrzymaliśmy się jeszcze na szaszłykach (18sztuk na głowę) i pieczonych ziemniakach (po 2 na głowę). Ale najgorsze miało dopiero nadejść.

Do Xiningu dojechaliśmy o 1 po południu i nalegałem, żeby mnie wysadził na bramkach, ale mój kierowca uparł się, żeby zabrać mnie jeszcze na obiad. Mój żołądek aż stęknął z rozpaczy. Akompaniował mu poluźniony do granic możliwości pasek i biodrówka.

Tym razem zamiast przydrożnej knajpy podjechaliśmy do wypasionej restauracji i tam pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem się jak menel. Zarośnięty, przepocony T-shirt i poplamione spodnie, a wszyscy dookoła w koszulach i garniturach. Z drugiej strony gdy się rozejrzałem, to widziałem tylko zaciekawione uśmiechy.
Gdy już siedzieliśmy przy stole, podeszła kelnerka i wręczyła menu. Mało co nie podskoczyłem z radości. "Po angielsku! I są obrazki! W końcu będę wiedział co jem!".
Z grzeczności wybrałem sobie danie w niższym przedziale cenowym, ale facet tylko na mnie spojrzał i się roześmiał, a następnie zaczął żywo dyskutować z kelnerką i pokazywać jej coś w karcie. Nie rozumiałem kompletnie nic, więc po prostu siedziałem modląc się, żebym nie dostał do jedzenia psa.
W końcu przyszło pierwsze danie. Potężna ryba. Poważnie potężna. Zajmowała jedną trzecia stołu. Gdy zaczęliśmy jeść, na stole zaczęły lądować kolejne dania. Wieprzowina z warzywami, kurczak z warzywami, ryż, rosół, sałatki, piwo. Zaczęło brakować miejsca, a ja patrzę i płaczę, bo wszystko przepyszne, a po ludzku już więcej nie byłem w stanie zmieścić. Jedzenia wystarczyłoby i dla 4 głodnych studentów. I tutaj kolejna ciekawostka. Otóż w Chinach nigdy nie zamawia się jedzenia dla siebie, tylko zawsze na spółę z innymi. Druga ciekawostka, to z dobrym jedzeniem chińskim jest jak z dobrym kebabem - piecze co najmniej dwa razy.

Gdy już w końcu "zjedliśmy" (tutaj bardziej pasuje słowo "poskubaliśmy") poprosiłem go, żeby wyrzucił mnie na bramki na autostradę. Wtedy zaczęły się problemy. Otóż nie mogłem mu wytłumaczyć, że łapanie przy wjeździe na autostradę jest proste i bezpieczne. Uważał, że na 100% tam ktoś mnie potrąci i to nielegalne. Jasne, byłem gotowy po prostu się tam przejść, ale mój kierowca miał za punkt honoru mnie odstawić, więc zadzwonił do znajomego, który jechał 50km w moim kierunku i ten mnie zgarnął. Czekaliśmy na niego 1,5h, więc już powoli zbliżała się 17 po południu i mój dojazd do klasztoru wieczorem stawał się coraz mniej prawdopodobny.

W końcu jednak wyskoczyłem na autostradę i zacząłem kombinować, że lepiej jak pojadę skrótem. I to był kolejny błąd. Straciłem godzinę na zjazd do miasta, w którym okazało się, że Google Maps kłamie i nie ma mostu nad rzeką, więc i tak muszę jechać na około. O 22 udało się dotrzeć do miasta Lanzhou, w którym autobusem podjechałem na drugi koniec i pieszo szedłem w kierunku wylotówki. Była już 1 w nocy, ale miałem szczęście, bo znaczną część drogi przez miasto, podwiózł mnie chłopak na motorze. Zatrzymał się z ciekawości i z dobrego serca pomógł mimo, że normalnie się płaci za mototaxi.

Łapiąc w kompletnych ciemnościach, zacząłem się poważnie zastanawiać, czy jest jeszcze sens łapać, ale odblaskowa kamizelka zrobiła swoje. Świecąc jak żarówka, po 20 minutach jechałem w stronę Linxi, ostatniego większego miast, a przed górskim klasztorem mnichów tybetańskich.


Powodzenia w dalszym stopowaniu, baw się dobrze!
B.S.