2013 · Autostopem przez życie

Dzień 38 - budda, Budda, budda!

← Wszystkie wpisy

Specyficzny poranek. Obudziłem się przed 7 rano i o dziwo byłem wyspany. Otwieram namiot, a tam jeziorko, którego wczoraj jak się rozbijałem nie widziałem. Wyglądam z drugiej strony i widzę chińczyka, który siedzi na ziemi i się na mnie patrzy. Nie przejąłem się specjalnie i zacząłem się pakować

Poszło sprawnie, bo jakimś cudem namiot był suchy od środka, więc już po 15 minutach szedłem przez stację i machałem każdemu. Oczywiście klasycznie chcieli mnie powstrzymać od wyjścia na autostradę i wszyscy uparcie powtarzali, że to niebezpieczne, ale w Chinach wiem jedno - na autostradzie łapie się najszybciej. Kulturalnie stanąłem się przy wjeździe na stacje benzynową, tuż przy pasie awaryjnym i wyciągam tabliczkę. Póki co ani razu nie czekałem dłużej niż 5 minut, a i zdarzały się sytuacje, że ludzie nawet po mnie TIRami cofali. image

Nie inaczej było i tym razem. Chwila machania i jest transport do Linxi. Tam kawałek na piechotę i na dwie raty dojechałem do Xiache. Na początku miałem plan rozbić się w pobliskich górach, ale deszczowa prognoza pogody i temperatury w okolicach 0 przesądziły o tym, że poszukałem hostelu. Tym razem zapłaciłem za niego powalającą sumę 8zł za łóżko w dormiturium. image image image image

Xiache, to miasto, w którym znajduje drugi po Lhasie najważniejszy klasztor tybetańskich mnichów. Labrang, bo tak się nazywa, zamieszkany jest obecnie przez 1800 mnichów, którzy stanowią mniej więcej 20% mieszkańców miasta. Bez problemu można ich zauważyć spacerujących po ulicach, a całe życie w mieście kręci wokół klasztoru. O 5 rano otwierane są sklepy, a wieczorem ulice pustoszeją już po 20 wieczorem. image

Gdy tylko zostawiłem plecak ruszyłem do kasy, żeby kupić bilet, ale okazało się, że jeśli przyjdę o 15.15 to załapię się na darmowego przewodnika w języku angielskim. Miałem nieco ponad godzinę, więc postanowiłem przejść się  po mieście, a następnie coś wrzucić na ząb.

Nie licząc rozbudowanego klasztoru na północy miasta, cała jego reszta była zbudowana wzdłuż jednej, mniej wiecej 2 kilometrowej, ulicy.  Już na pierwszy rzut oka widać było, że wszystko oparte jest na klasztorze i turystyce z nim związanej. Przez całą miejscowość ciągnęły się sklepy z pamiątkami, bankami i hotelami, a w południowej części miasta budynki mieszkalne i jedna szkoła. I tyle. Nic mniej nic więcej. Wróciłem więc w kierunku hostelu i poszedłem szukać restauracji, którą mój przewodnik po Chinach zachwalał.

W środku zamówiłem dwie rzeczy. Pierwszą był ryż z wieprzowiną i warzywami za śmieszną kwotę 6zł i jogurt z Jaka. I o ile ryż niczym specjalnym mnie nie zaskoczył, to jogurt oficjalnie zdobył moje podniebienie. Najpyszniejszy jogurt jaki w życiu jadłem. Wszystkie Danio czy Jogobelle się przy nim chowają. Po pierwszej porcji wziąłem jeszcze dwie, a i tak było mi mało. image image

Równo o 15.15 stałem pod kasami i po zapłaceniu 10 dolarów(samo zwiedzanie w Chinach jest piekielnie drogie) czekałem. Nie wiem czemu, ale spodziewałem się tłumów, a oprócz mnie obok stało starsze małżeństwo z Nowej Zelandii i drugie  ze Stanów Zjednoczonych. Nikogo więcej. Przywitałem się z nimi grzecznie i z góry przeprosiłem za to, że będę zadawał masę pytań przewodnikowi. Nie wiedziałem praktycznie niczego o buddyzmie, więc miałem ich mnóstwo. image image

Naszym przewodnikiem okazał się być 20letni mnich, mówiący płynnie po angielsku, ale z prześmiesznym akcentem. Gdy upewniliśmy się, że jest nas tylko pięcioro ruszyliśmy na zwiedzanie, a ja zacząłem pytać i słuchać. "Kim są mnichowie? Czy są zasady jak u naszych księży? W co wierzą? Czemu kręcą tymi śmiesznymi korbami? Ile lat? Co zrobił Budda? Co to jest Nirwana i co ma wspólnego z Karmą? Co możecie jeść a czego nie?". Dosłownie masa. image image

Więc po pierwsze kilka faktów. Tak, Buddyzm narodził się w północnej części Indii, ale przez wieki został wyparty przez wojujący Islam i hinduizm. Buddyzm jest piątą największą religią świata, ale różnica między nim a np. Chrześcijaństwem czy Islamem polega na tym, że nie istnieje w nim coś takiego jak misjonarstwo. Buddyzm jest tylko tam gdzie ludzie go chcą. Mnichem według tradycji powinien być każdy (w Tajlandii nawet król przestrzega tej zasady), przy czym jest to analogicznie jak z naszym seminarium. Każdy wierzący może tam wstąpić, ale już nie każdy może zostać księdzem. Tak samo w u buddystów - każdy może być nowicjuszem, ale już nie każdy może zostać Bhikku, czyli wpełni wyświęconym mnichem. Wszyscy mnisi i klasztory utrzymują się wyłącznie z darmowizn i żebractwa. Generalnie zwyczaje się nieco różnią w każdym regionie czy odłamie buddyzmu, ale tak ogólnie rzecz biorąc wyglądają te praktyczne sprawy.

Jeśli chodzi o wierzenia, to wszystko opiera się na dążeniu do Nirwany czyli wyzwolenia się z cyklu życie - śmierć i ponownych narodzin w jednej z sześciu krain. Pierwsze trzy to odpowiednik naszego nieba, a trzy ostatnie piekła. To do której trafimy zależy od tego, jak się będziemy prowadzić w życiu obecnym. Buddyści, podobnie jak chrześcijańskie 10 przekazań, mają swoje "Cztery dobre prawdy o cierpieniu",  Stanowią one o tym, czym jest cierpienie oraz w jaki sposób się go wystrzegać. Pomocą w osiągnięciu "Przebudzenia" i każdej z czterech prawd jest "Osiem ścieżek", które tłumaczą tak jak przekazania - nie zabijaj, módl się/medytuj, pracuj, nie kłam itp. itd. image

To tak ogólnie rzecz biorąc, ale typowy mnich nie zranił by nawet dżdżownicy (legendarna scenka z "7 lat w Tybecie", gdzie mnisi przy budowie kina przenoszą każdą z osobna w bezpieczne miejsce).

Samo życie mnicha nie jest lekkie. Zaczyna się o 5 rano od modlitw i medytacji, później posiłku, żebractwa, nauki i znowu modlitwy, medytacji i pracy dla klasztoru. Generalnie mnich, który nas oprowadzał miał raczej luźne podejście do wszystkiego i pół żartem pół serio powiedział, że sporo nowicjuszów w klasztorze myli medytacje z drzemką na siedząco. Ale starsi mnisi krążą pomiędzy nimi i często sypią się kary (z reguły w postaci ekstra godzin medytacji w obecności innych mnichów) image

Kolejna sprawa, to same pomniki Buddy. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się dowiedziałem się, że każdy jego posąg jest inny. Różnice są śmiesznie małe, bo wystarczy, że jego palce łączą się w inny sposób, a już posąg symbolizuje coś innego i ludzie modlą się do niego w innej intencji. Samych pozycji Buddy jest ponad 1000, tysiące książek i badań na ten temat. image

Przez moje ciekawstwo i wyjątkową gadatliwość mnicha zwiedzanie, które normalnie zajmuje 1,5h trwało 3h. Gdy już skończyliśmy mnich zapytał mnie, czy mam jakieś plany na wieczór. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że nie. Uśmiechnął się i powiedział, że jeśli jestem taki ciekawy, jak żyją i mieszkają mnisi, to zaprasza na herbatę do swojego dormitorium na godzinę 20. image

Chętnie się zgodziłem i odprowadziłem go pod dormitorium gdzie mieszkał, a następnie wróciłem do hostelu gdzie poznałem moich współlokatorów. Było ich trzech jeden z tajwańskiej telewizji i dwóch studentów. Daniel był z Brazylii, a Samuel z Francji. Obaj studiowali z tą różnicą, że jeden w Pekinie, a drugi w Szanghaju i obaj pokochali Chiny. Porozmawiałem z nimi przez blisko godzinę, a następnie wróciłem do klasztoru na herbatę.

Grzecznie zapukałem kołatką i po chwili otworzył mi starszy mnich. Gdy zapytałem po angielsku o przewodnika odpowiedział mi, że coś przeskrobał i dostał ekstra medytacje nocne, więc jest niedostępny. Rozczarowany wróciłem do hostelu i skończyło się na tym, że z poznanymi wcześniej studentami wybrałem się do restauracji na kolację. image

Na miejscu zamówiliśmy po szocie lokalnego alkoholu i popłynęliśmy z tematami o życiu w Chinach, studiowaniu tutaj, zwiedzaniu, przygodach i tak nam zleciały dwie godziny. W sumie też się od nich mnóstwo dowiedziałem, bo życie tutaj  perspektywy obcokrajowca jest zupełnie inne niż podróżnika czy mieszkańca. Gdy wyszliśmy na ulice okazało się, że całe miasto już śpi. Żeby się upewnić przeszliśmy się jeszcze środkiem ulicy i po 20 minutach wróciliśmy do hostelu. image image image image image

Komentarze (3)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.