2013 · Autostopem przez życie

Dzień 4 - Londyn wschodu

← Wszystkie wpisy

Szalony dzień. Od początku do końca.

Artem z Iloną wstali o 7, żeby o 8 wyjść do pracy, więc postanowiłem, że powylegiwuję się w łóżku, aby nie robić im kolejki do toalety. Gdy już zniknęli, szybko się ogarnąłem i zadzwoniłem do dziewczyn z Węgier, żeby ustalić gdzie i o której się spotykamy. Stanęło na godzinie 9 przy Kremlu, który postanowiłem zwiedzić w pierwszej kolejności. Spakowałem podręczny plecak, założyłem buty i chcę wychodzić, a tu na przeszkodzie stanęły mi drzwi. I to nie byle jakie, bo ruskie. Oczywiście, Artem pokazywał mi wczoraj jak je otworzyć, ale moja ignorancja i palinka, zrobiły swoje. Więc stoję jak ten przysłowiowy wół i gapię się na drzwi z trzema pokrętłami. Które pierwsze? A może jednak tego środkowego miałem nie ruszać? Ryzyk fizyk i kręcę wszystkim po kolei. Jak coś Artem mieszka na 1 piętrze, a widziałem drzewo na zewnątrz, więc opcje zapasowe istnieją. Po 10 minutach zwątpiłem i napisałem smsa do mojego hosta z idiotycznym pytaniem 'Jak otworzyć drzwi?'. Odpowiedź dostałem po minucie - 'Hahahha, good luck and have fun'. Żartowniś, kurde, ale miał rację. Gdy już spróbowałem podejścia rodem z filmów i przyłożyłem ucho do drzwi, to się udało. Dumny ze swojego niewątpliwego sukcesu, nie rozglądając się poszedłem na metro. image

Jak już ostatnio wspomniałem, metro moskiewskie jest olbrzymie. Sporo też się mówi, że jest najpiękniejsze. I tutaj muszę się zgodzić. Wprawdzie 3/4 stacji niczym specjalnym się nie wyróżnia, ale pozostałe powalają. Osobiście mam trzech faworytów. Pierwszy, to stacja wyłożona ciemnym marmurem z posągami żołnierzy. Najciekawszy jest fakt, że wg miejskiej legendy, potarcie którejkolwiek z rzeźb przynosi szczęście. I to nie jest ściema dla turystów, bo rzeczywiście, prawie każdy przechodzący obok rzeźb pociera je. Oczywiście pocieranie sprawia, że poszczególne części rzeźb świecą wypolerowane. Jestem niemal na 100% pewny, że w Moskwie mówi się, że coś się świeci 'Jak psu nos'.

image

Pozostałe dwie stacje, to ładny wystrój składający się z potężnych żyrandoli lub witraży. image image

Po 40 minutach dotarłem pod Kreml, gdzie umówiłem się z Julią i Zofią. Czekając na nie, rozglądałem się dookoła i pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy to kitajce.Dzikie tłumy maści wszelakiej skośnookich obywateli Azji. Druga najliczniejszą grupą są policjanci i ochroniarze, a w trzeciej kolejności kruki. Tzn. tak mi się wydaję, że kruki, bo ornitologiem nie jestem. Za to gołębi jak na lekarstwo. image

Dziewczyny, jak na damy przystało, spóźniły się tylko 30 min i poszliśmy do ogrodów w dawnej fosie Kremla. W sumie poza grobem nieznanego żołnierza i radzieckimi gwiazdami miast, które się zasłużyły w II wojnie światowej, nie było nic ciekawego, więc poszliśmy po bilety. image

Za samo wejście i zwiedzanie zbrojowni 40zł. Oczywiście starym radzieckim zwyczajem, zanim je kupiliśmy musieliśmy odstać swoje w kolejkach. Wpierw do kasy, a później do wejścia. W sumie 2h. Mógłbym napisać, że było przyjemnie, świeciło słoneczko, wiał wiaterek itp, ale nie. Lało co chwilę i wiał wiatr spokrewniony z huraganem, więc ja w moim polarku i bez parasolki, bratałem się z pobliskim drzewem. image

W końcu udało się wejść do zbrojowni. Kupując bilet byłem sceptyczny, ale muszę przyznać, że przewodnik grupy, do której się podłączyliśmy opowiadał całkiem ciekawie. Jednak w pewnym momencie, jeden z anglików w grupie usiadł, cały zsiniał, a później padł jak długi. Jak to zwykle bywa w takich grupach z Zachodu, średnia wieku +65 i reakcją na sytuację była typową dla brytyjczyków. Donośne 'Oh my God! Is he dead?!', z charakterystycznym akcentem. Wtedy jak zwykle obudził się we w mnie Polak bohater i ruszyłem na pomoc. Szybkie ogarnięcie czy petent oddycha. Ok, nie oddycha, ale na szczęście była tam jego żona, więc jak tylko go wyprostowałem, powiedziałem, że na moją komendę ma wdmuchiwać powietrze. No i zacząłem. Ręce mi się trzęsły jak cholera, ale szybko znalazłem odpowiedni punkt i zacząłem uciskać. Raz, dwa, trzy i już miałem myśli, że mu wszystko połamię. Kolejne kilka razy i się ocknął i złapał oddech. W tym samym momencie przyszła pielęgniarka, która zaczęła mierzyć ciśnienie i inne podstawowe rzeczy do przyjazdu pogotowia. Nie byłem już potrzebny, więc wstałem i po prostu poszedłem, ale mówię Wam - podziw w oczach dziewczyn - bezcenny. Jak już w końcu ogarnąłem trzęsące się ręce, przyłączyliśmy się do innej wycieczki i zaczęliśmy z nią zwiedzanie. Dopiero oo mniej więcej godzinie jedna z uczestniczek się obruszyła, że jak nie zapłaciliśmy, to nie możemy słuchać ich przewodnika. W sumie był to już prawie koniec zwiedzania, ale wiecie, niesmak pozostał. image

Pozostała część Kremla to, poza 3 cerkwimi i kilkoma drobniejszymi, ale ekstra płatnymi rzeczami, budynki rządowe, więc jest zakaz jakiegokolwiek zbliżania się do nich. W końcu pożegnałem się z dziewczynami i ustaliliśmy, że spotkamy się wieczorem na piwo, bo to ich ostatni dzień w Moskwie, a sam ruszyłem w kierunku słynnego Placu Czerwonego. Po pierwsze, dlaczego Plac Czerwony? Na początku myślałem, że dlatego iż czerwony był kolorem rewolucji październikowej i bolszewików, ale jednak nie. Prawda jest dużo łatwiejsza. Otóż kiedyś plac nazywano krasiwy, co znaczy mniej więcej tyle co piękny. Dopiero z czasem z powodu koloru murów Kremla i otaczających go budynków zmienił nazwę na krasny, co znaczy czerwony. Jak wygląda ten słynny plac? Otóż z jednej strony mamy mury Kremla, mauzoleum Lenina i groby m.in Stalina, Gagarina i innych. Na przeciwko znajduje się centrum handlowe, gdzie na zakupy stać tylko naprawdę bogatych. image image image image

Prostopadle do niego jest jedna z najbardziej rozpoznawalnych cerkwi na świecie, a na przeciwko jej budynki administracji państwowej. Była opcja stania w kolejce w celu zobaczenia Lenina, ale nie jest on dla mnie żadnym autorytetem, więc stać 2h tylko po to, żeby zobaczyć jego zmumifikowane zwłoki, to ja dziękuję. Było już grubo po 16 jak skończyłem zwiedzać, więc postanowiłem zaszaleć i zjeść obiad za 25zł w Subwayu, a później ruszyć do domu. image

I znowu wyszło jaki jestem szałaput. Oczywiście, pamiętałem mniej więcej jak dojść z metra do domu Artema, ale koniec końców raczej mniej niż więcej, więc pomyliłem zakręty. Wszystkie bloki wyglądały tak samo, więc próbuję kodu, który zapamiętałem do pierwszej klatki. Nie działa. No to próbuję do drugiej. Działa, ale klatka wygląda nieco inaczej niż zapamiętałem. Moje obawy potwierdziły się gdy spróbowałem włożyć klucz do dziurki drzwi na pierwszym piętrze. Nie działa. I znowu sms do Artema - 'Jaki był numer mieszkania?' I znowu odpowiedź 'hahaha. Good luck and have fun!'. Okazało się, że pomyliłem bloki, bo tam wszystko do siebie podobne jak na gdańskiej Żabiance, ale jakimś cudem kod do drzwi ten sam. Trochę pobłądziłem, powpisywałem kody do klatek, które w kilku przypadkach zadziałały i w końcu zadziałał też kluczyk od drzwi. Miałem godzinę do przyjścia mojego hosta, więc postanowiłem przygotować wpis na bloga i się ogarnąć przed spotkaniem z węgierkami. Artem z Iloną wrócili jednak dopiero o 20. Okazało się, że mama Ilony specjalnie dla mnie przygotowała obiad i zakąski, a Artem kupił piwa. Tym samym podjąłem decyzję o przełożeniu spotkania z dziewczynami na 23. image

Mama Ilony zrobiła dla nas Calzone i jako zakąskę do piwa dała rybę. Tak suszoną rybę! Na początku myślałem, że jest zamrożona i dlatego taka sztywna, ale jednak nie. Otóż w Rosji jest to bardzo popularna zagrycha do piwa, a przepis na nią jest banalny. Łowicie rybę, smarujecie grubo solą i wieszacie pod sufitem na 7-10 dni. Gotowe! Przepis godny Pascala.

image

Generalnie jest paskudnie słona, ale do piwa jak najbardziej. Jak tylko zaczęliśmy rozmawiać, to się tak rozpędziliśmy, że zanim się spostrzegłem była już 22.30, więc szybko się pożegnałem i wyszedłem, dokładnie zapamiętując trasę i zostawiając harcerskie strzałki z gałęzi na chodniku. Co by się w nocy nie zgubić. Jeszcze w metrze sobie przypomniałem, że nie podziękowałem za kolację, więc wysłałem 4 smsy usprawiedliwiając swój brak wychowania i kultury. Odpowiedź mnie zaskoczyła - ‘hahahha good luck and have fun'. Zaczynam podejrzewać, że Artem potrafi napisać po angielsku tylko to. O 23 byłem już z dziewczynami w barze Kamczatka, gdzie jest najtańsze piwo w całej Moskwie 8zł. Normalnie jego cena w barach waha się od 15 do 30zł(sic!). Pogadaliśmy z godzinę, kiedy to dołączył do nas Andrew, jeden z chłopaków, który pił wczoraj z nami u dziewczyn. image

Żeby było śmieszniej specjalnie dla nas przyniósł po kubeczku jagód, które zerwał na swojej działce. Mówię Wam, Couchsurfing jest ekstra! image

Później postanowiliśmy przejść się do centrum, żeby zobaczyć miasto, 'które nigdy nie śpi'. I rzeczywiście, Plac czerwony i Kreml, podświetlone, wyglądały nieziemsko.

I wtedy mnie olśniło. Przecież Artem mówił, że o 1 w nocy zamykają metro! Szybkie spojrzenie na zegarek. 1.45. Kurde, Huston, chyba mamy problem. Zapytałem się się dziewczyn czy o tym wiedzą i odpowiedziały, że owszem, ale Andrew je odwiezie do domu, bo ma po drodze. Jeszcze przez chwilę łudziłem się, że mnie też ma po drodze, ale okazało się, że nie. Jakby tego było mało GPS uprzejmnie mnie po informował, że do domu mam 18,5km co pieszka zajmie mi 3h i 15min. Przypomniał mi się trip do Monachium gdzie byłem w podobnej sytuacji, ale w o wiele gorszym stanie. No nic, przygoda, to przygoda. Dziewczyny proponowały, że mogę przenocować u nich, ale zaparłem się, że do domu wrócę stopem. Ruszyłem o drugiej. Idę, idę, idę i wyciągam kciuk w nadziei, że ktoś się zatrzyma. Nic. Idę dalej i powtarzam schemat. Jest! Auto zwalnia! Stara Łada zatrzymuje się, a kierowca mnie pyta gdzie jadę. No to odpowiadam, że na koniec niebieskiej linii. On do mnie z pytaniem ile mu zapłacę. Ja do niego, że bezplatnie, bo ja z Polszy i wsio autostop spojrzał się jak na idiotę i odjechał. W sumie mnie to nie zdziwiło, bo kto normalny łapie stopa w środku nocy i w Moskwie? Więc macham dalej. I znowu schemat podobny, ale z happy endem. Koleś z Armenii tak się uśmiał jak usłyszał moją historię, że mnie podwiózł 4km. Później poszło już z górki i dotarłem do domu o 2.25 z podwózką pod sam dom 'bo niebezpieczna dzielnica'.

Wchodzę po ciuchutku, a tam kubek wody, pościelone łóżko i karteczka od Artema i Ilony 'sleep well crazy man'. Rozczuliłem się i padłem jak zabity.

Komentarze (4)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.