2013 · Autostopem przez życie

Dzień 41 - Terakotowa Armia

← Wszystkie wpisy

Pobudka w bojowym nastawieniu. Budzik dzwonił o 6.30 i nawet nie skorzystałem z opcji 'drzemka', tylko sturlałem się z łóżka i poszedłem pod prysznic. Bolało, ale chciałem jak najszybciej dostać się do Terakotowej Armii, bo w południe synoptycy zapowiadali niemiłosierne upały.

Według przewodnika, na sam dojazd do muzeum należało poświęcić ponad godzinę, ale nie uwzględnili w nim czasu, który był potrzebny na przedarcie się przez dworzec autobusowy. Tego wielkiego molocha mijałem o godzinie 7.30, a wokół niego już były dzikie tłumy. Po raz kolejny cieszyłem się, że podróżuję autostopem, bo w tym momencie kupno biletu wydało mi się co najmniej niemożliwe.

Na szczęście autobusy jadące do muzeum było dość łatwo znaleźć, bo wyróżniały się wielkim, angielskim napisem 'Autobus do muzeum Terakotowej Armii' z boku. Wsiadłem do środka i z założonymi na uszy słuchawkami, drzemałem.

O 9.30 byłem na miejscu. Jak tylko wyszedłem z autobusu, zostałem zaczepiony przez pierwszego z wielu przewodników, którzy oferowali 'niezapomniane przeżycie z Terakotową Armią'. Usługa kosztowała 100zł, czyli nie dla mnie.

image

W ogóle kto jak kto, ale Chińczycy potrafią robić hajs na turystach. Tutaj podam dwa przykłady. Pierwszym będzie jedna z pustyń na mojej trasie. Otóż cała frajda w zwiedzaniu pustyni polega na wejściu na piaskową wydmę i zrobieniu sobie zdjęcia. Chińczycy postanowili ogrodzić pustynię, żeby przypadkiem nikt nie zrobił sobie zdjęcia za darmo. Drugi przykład z muzeum, do którego właśnie wchodziłem. Oczywiście trzeba kupić bilet (koszt rzędu 60zł), ale nie można wejść główną bramą, jeśli nie dokupi się przejażdżki taksówką. Jak Cię na to nie stać, to musisz iść na około dodatkowe 2km.

image

Na teren muzeum wszedłem równo o 10, a i tak już widziałem przed sobą las parasolek, pod którymi chowają się wszyscy Chińczycy. Bynajmniej nie korzystają z nich w obawie przed poparzeniami słonecznymi, ale przed opalenizną. Otóż w kulturze Państwa Środka, głęboko zakorzenione jest przekonanie, że człowiek opalony, to człowiek pracujący fizycznie, a biała skóra jest przejawem pracy umysłowej. Drugi sposób, którym starają się podkreślić fakt, że nie pracują fizycznie, jest przynajmniej jeden, paskudnie długi paznokiec u ręki( taki plus minus 3-4cm).

W pierwszej kolejności poszedłem do muzeum, w którym znajdowała się wystawa poświęcona historii muzeum, odkryciom oraz samej armii. Co jest takiego niezwykłego w tej całej Terakotowej Armii? Kilka rzeczy.

Historia jest taka, że jeden z chińskich cesarzy, po śmierci chciał też podbić zaświaty(chociaż niektórzy mówią, że po prostu bał się tam iść sam) i zlecił stworzenie dla niego armii. Jest to kilka tysięcy postaci, ludzkich wymiarów z unikatowymi fryzurami, twarzami i strojami. Carscy doradcy zlecili wykonanie posągów w całym kraju, więc w każdym z nich można się doszukać lokalnych elementów. Dwóch identycznych nie znajdziecie. Do kompletu również różne stopnie wojskowe, konnica i łucznicy. Krótko mówiąc byłem niesamowicie podjarany możliwością zobaczenia ich wszystkich.

image

image

image

W pierwszej części zwiedzania, poprzepychałem się na siłę, żeby zobaczyć jednego z wystawionych powozów i galerię zdjęć partyjniaków, którzy już to miejsce odwiedzili. Wrażenia negatywne. Dzikie tłumy chińskich turystów. Głośnych, kompletnie niezainteresowanych historią i zwiedzających na zasadzie ‘zdjęcie miejsca, zdjęcie miejsca i ja.' dalej. Po obejrzeniu wystawy wszedłem do potężnego hangaru z największą częścią Terakotowej Armii. Kilkaset metrów długości, szerokości i kilkadziesiąt wysokości. Turyści z całego świata, przewodnicy przekrzykujący się wzajemnie, w różnych językach i masy napierające na barierki, żeby zrobić zdjęcie i ruszyć dalej.

image

A ja stoję i mam wrażenie, że trafiłem do czeskiego filmu. W końcu dopchałem się do jednego z filarów podtrzymujących strop i patrzę. Patrzę na armię milczących wojowników, przygotowywanych przez kilkadziesiąt lat, przez jeszcze większą armię robotników i niewolników. Widzę przed sobą historię mającą ponad 2000 lat, ale wydaje się, że wszyscy na około mają to w głębokim poważaniu. Przychodzą tu nie po to żeby podziwiać tylko dlatego, że jest to tzw. ‘must see' w Chinach. Zrobić zdjęcie i pójść dalej.

image

Po raz kolejny spojrzałem na wojowników, na konne zaprzęgi, a następnie na turystów i nagle mnie olśniło. Nie tego szukam, nie tego chcę, nie dla mnie to. Jestem podróżnikiem nie turystą. Szukam rzeczy zwykłych, w które dla jednych są codziennością, a dla innych tradycją, historią, kulturą. Tego szukam i to chcę poznawać. Historia jest piękna, ale zabytki dla turystów. Jasne, plułbym sobie w brodę gdybym nie zobaczył Muru Chińskiego czy Terakotowej Armii. Zobaczyłem co miałem zobaczyć, ale nic więcej. Zwiedzanie w chińskim wydaniu jest ciężkie do zniesienia dla kogoś kto przywykł do wolności. Dlatego obróciłem się na pięcie, spojrzałem w kierunku wyjścia i ruszyłem w poszukiwaniu codzienności. Z uśmiechem, bo mimo, że zapłaciłem za bilet majątek, to podróże są jedyną rzeczą za które się płaci, a które w rzeczywistości sprawiają, że jesteśmy mądrzejsi.

Postanowiłem przeczekać największy skwar w hotelu i wyjść znowu dopiero wieczorem.

Na miejscu pozdejmowałem wszystkie rzeczy, napisałem kolejnego posta na bloga i przygotowałem sobie obiad w postaci zupki chińskiej. Nie zjeść zupki chińskiej w Chinach, to tak jakby nie odwiedzić Muru Chińskiego.

image

image

Gdy się ściemniło poszedłem jeszcze raz przejść się po dzielnicy muzułmańskiej. Tym razem było jeszcze lepiej. Tysiące ludzi, świateł, zapachów, kolorów i wszystko do jedzenia czego tylko dusza.

image

image

image

image

image

image

Komentarze (5)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.