Jak trzeba do roboty lub na uczelnię, to nigdy nie mogę wstać o 7 rano, a w podróży zawsze mi wychodzi i to bez przymusu.
Kolejny dzień padało, ale specjalnie się tym nie przejmowałem, bo po nocy spędzonej na stacji miałem suchy namiot, a kolejny nocleg zapewniony. Żwawo się spakowałem i po przeskoczeniu barierki byłem na trasie. Klasycznie minuta machania kciukiem i już transport do miasta, więc zadzwoniłem do Tomka i ustaliliśmy miejsce spotkania.
Tutaj kilka zdań o Tomku, bo dzięki niemu tak naprawdę zacząłem poznawać Chiny, chińską kuchnię, zwyczaje i tradycje. Otóż Tomek jest moim rówieśnikiem z Lublina, który na studia pojechał do Londynu, a po zrobieniu licencjatu wyjechał na staż do Chin i przepadł. Tak się w Chinach zakochał, że siedzi już tam od roku. Co więcej, łamiąc wszystkie stereotypy, że chiński jest trudny, opanował go w rok ucząc się wyłącznie samodzielnie. Od 8 miesięcy mieszka w Chengdu, gdzie jest nauczycielem angielskiego, ale o tym później.
Spotkaliśmy się równo o 11.30 na przystanku autobusowym, z którego ruszyliśmy do jego mieszkania. W sumie zostawiłem tylko swoje klamoty i Tomek zaprosił mnie na obiad. Przeszliśmy się kawałek piechotą i weszliśmy do klasycznej chińskiej knajpy. 8 stolików na krzyż, lekko nieogarnięte kelnerki oraz zapachy smażonego tłuszczu i odgłosy buchającego ognia. Tomek zamówił jedzenie i rozmawiając czekaliśmy.
Po mniej więcej 10 minutach pojawia się pierwszy talerz. 'Trochę mały jak na dwóch', pomyślałem, ale po kolejnej minucie na stole ląduje drugi, trzeci, czwarty i miska ryżu. W tym momencie wiedziałem, że się najem, ale zastanawiałem się, ile to wszystko będzie kosztowało.
Co do jedzenia, to Chińczycy sprawiają, że nawet liście mi smakują. Na pierwszym talerzu znajdowała się wieprzowina z drobno pokrojoną zieloną papryką, na drugim kurczak Gumbao, na trzecim grzyby mun z wieprzowiną i na koniec najlepsze, czyli bakłażan w sosie pomidorowym. 'Sprzątnęliśmy' wszystko, a mi tak zasmakował sos z bakłażana, że zapytałem Tomka, czy nie ma nic przeciwko, jak sobie przeleje go do miski z ryżem.
W końcu przyszło do płacenia okazało się, że za wszystko Tomek zapłacił 40 juanów, czyli 20 zł(później już się dzieliliśmy kosztami). Do pełni szczęścia brakowało jeszcze piwa, na które przeszliśmy się kawałek dalej. I znowu bomba. Wprawdzie było trochę drogie(5zł) ale za to przepyszne. Ciemne piwo o aromacie kawy, to jedna z rzeczy, za które pokochałem Chengdu.
Do domu wróciliśmy tylko na chwilę, żebym się ogarnął i pojechaliśmy do centrum, gdzie Tomek miał zajęcia, a ja trochę czasu dla siebie na napisanie posta. W ogóle kolejna super rzecz u Tomka, to jego skuter, który dawał nam praktycznie nieograniczone możliwości przemieszczania się po mieście(tj. do 50km dziennie, bo na tyle starczał akumulator)
Prawda jest taka, że Chengdu słynie z trzech rzeczy. Pierwszą i równocześnie największą atrakcją turystyczną są słynne w całych Chinach pandy. Wielkie czarno-białe stworzenia, które jak na złość są aktywne tylko do 9.30 rano, a następnie wracają się obijać do swoich klimatyzowanych klatek.
Druga rzecz, z której słynie miasto, to niezwykle ostre jedzenie. Jeśli prawdziwe chińskie piecze dwa razy, to syczuański pieprz i papryka sprawiają, że tutaj wszystko dosłownie pali 3 razy.
Trzecie rzecz, o której mówi się w kontekście Chengdu, to dziewczyny. Jak komuś w Chinach mówiłem, że jadę do stolicy Syczuanu, to słyszałem tylko 'Aaa, w Chengdu są najpiękniejsze dziewczyny'. Wśród obcokrajowców mieszkających w mieście krąży nawet określenie stanu na takich, co się w Chinach zakochują- 'yellow fever'.
Przez 8 dni odhaczyłem 66,6% rzeczy wartych zobaczenia w Chengdu. Jedzenie pokochałem i Chinki widziałem. Co do pand, to niestety, ale zawsze coś nam z Tomkiem stawało na drodze. Z reguły było to czwarte piwo, a raz paskudna pogoda. W pewnym momencie nawet właśnie po tym czwartym piwie zaczęliśmy sobie obiecywać - 'Dobra stary, jeszcze jedno, ale jutro na 100% jedziemy zobaczyć pandy‘. To nigdy nie było jedno.
Tak czy inaczej siedząc w kawiarni pisałem w spokoju posta, a gdy dochodziła 20.30 poszedłem na umówione miejsce i z Tomkiem pojechaliśmy do jego znajomego Japończyka na kolację.
Oczywiście nie wypadało, żebyśmy pojawiali się z pustymi rękoma, więc zaszliśmy do sklepu, gdzie nie tylko sprzedali nam piwo po promocyjnej cenie, ale i również obsłużono bez kolejki. Czemu? Bo jesteśmy lałolaje, czyli obcokrajowcy, a Ci mają w Chinach naprawdę klawe życie. O tym też będzie później.
U Okinawy(nazywał się inaczej, ale zapamiętałem go tak) posiedzieliśmy godzinę i pogadaliśmy trochę o stosunkach chińsko-japońskich, trochę o reinkarnacji(jak fajnie byłoby być pandą z Chengdu), aż w końcu wyszliśmy do klubu. I żałowałem, że nie wziąłem aparatu, bo płakałem ze śmiechu.
Generalnie jest tak, że w typowo chińskich klubach, jeśli przyjdzie 5 lałolajow, to dostają darmowy stolik i wódkę, bo jeśli biali są w klubie, to znaczy, że klub jest dobry. Natomiast sama impreza zakrawa o komizm.
Parkietu praktycznie nie ma, a jeśli jest, to tańczą na nim tylko dziewczyny, którym się za to płaci. Muzyka jest turbo głośna i leci mix zachodniochiński. Wszyscy faceci siedzą, piją na umór i palą fajkę za fajką, a dziewczyny z nosami w telefonach. O ile w zachowaniu facetów nie ma czego analizować, to zachowanie dziewczyn jest ciekawe. Otóż w Chinach istnieje aplikacja na telefon, która pozwala zrobić ze swojego numeru 'wizytówkę', którą każdy będzie mógł zobaczyć. Korzystając z opcji ‘look around', dziewczyny mogą zobaczyć 'wizytówkę' ze zdjęciami każdego faceta w klubie, bez ruszania się z miejsca. Jak ktoś komuś podpasuje, to dopiero wtedy się do niego pisze i ewentualnie idzie na drinka. Taki chiński podryw. Ale nie to jest najśmieszniejsze.
Najśmieszniejszy jest 'show'. Chińczycy uwielbiają szeroko pojęte 'Show', więc równo o północy, parkiet unosi się do góry, a na scenę wkracza murzyn, ubrany w tradycyjne, świecące chińskie ciuchy i zaczyna rapować po chińsku. W tak zwanym międzyczasie, po podeście, w jedną i drugą stronę wędrują Rosjanki i Rosjanie ubrani w coś przeokrutnie kiczowatego. Pięć minut przedstawienia, wielkie fajerwerkowe bum i koniec, a ludzie powoli rozchodzą się do domów.
Gdy wychodziliśmy z klubu, klasycznie włączyło się nam gastro, więc zaszliśmy jeszcze do jednej z ulubionych knajp Tomka na kilkanaście szaszłyków z mięsem, tofu i korzeniem lotosu.
W domu byliśmy chwilę po pierwszej, więc wzięliśmy jeszcze po piwie i podskoczyliśmy na dach budynku, żeby w spokoju pogadać i o drugiej już spaliśmy.












Pozdrawiam Cię stary, lubię czasem zajrzeć na Twojego bloga i poczytać, jakim jesteś pozytywnym świrem. Sam najdalej byłem stopem w Hiszpanii, ale planuję dalsze podróże, do czego inspiruje mnie kontakt (choćby jednostronny i wirtualny) z takimi ludźmi jak Ty. :)
Z Bogiem!