2013 · Autostopem przez życie

Dzień 5 - Moskwa okiem mieszkańca

← Wszystkie wpisy

Obudziłem się z planem zobaczenia Moskwy taką jaka jest naprawdę, a nie tylko części dla turystów, która jest piękna lśniąca i błyszcząca. Oprócz tego postanowiłem wziąć się z realizację projektu Postcards from Europe i przejść się po dworcach w poszukiwaniu bezdomnych dzieci, które zostały przedstawione w dokumencie Dzieci z Leninradzkiego. Oczywiście w pierwszej kolejności udałem się właśnie tam. Okazało się jednak, że nie ma w ogóle opcji, żeby na dworcach czy w jego okolicach przebywał ktokolwiek niepożądany. Już pomijam fakt, że połowa z dworców jest po lub w trakcie generalnych remontów, ale samo wejście na jego teren wiąże się z kontrolą jak na lotnisku.

image

Przy każdym wejściu na dworzec ustawione są bramki i urządzenia prześwietlające bagaż. A ochrony i policji to co 10m po dwóch. Jak z dworca wchodzi się na peron, to ta sama sytuacja. Bramki, rentgen i strażnik z psem. Praktycznie na każdym dworcu są te same środki ostrożności, więc jacykolwiek bezdomni po prostu nie mają tam prawa bytu.

image

Zawiedzony postanowiłem odwiedzić 3 miejsca, które polecił mi Artem, jako najgorsze w Moskwie. I też nic ciekawego. Mimo, że wchodziłem na podwórka, łaziłem po opuszczonych fabrykach, to też nic. Ot normalne wielkie miasto, kilka zaniedbanych dzielnic industrialnych i blokowisk. Nic poza tym.

image

Moja ostatnia szansą było spotkanie, na które umówiłem się wcześniej w ośrodku nazywającym się Dzieci Marii. Jest to miejsce, do którego dzieci bezdomne, sieroty czy też takie z drobnymi upośledzeniami przychodzą, żeby malować, szydełkować  albo tworzyć różne cuda z ceramiki.

image

image

W miejscu, który na stronie był dumnie nazwany 'siedziba', znalazłem zejście do piwnicy i 4 pokoje zawalone z góry na dół pracami dzieci. Ostrożnie przeciskając się między papierami, kartonami i sztalugami, dotarłem do kuchni, w której siedziała Masza (osobiście nazwałem ją 'sierotka Marysia', bo była taką przysłowiową sierotą). Tak czy inaczej przedstawiłem się, powiedziałem co tu robię i że miałem się spotkać z dziećmi. Gdy skończyłem opowiadać swoją historię, Sierotka Marysia, która mniej więcej od kilku minut nic nie mówiła i miała otwartą buzię, wlepiła we mnie oczy i powiedziała, że nic o tym nie wie. Ręce mi opadły. Mówię, że przecież ktoś mi odpisywał. Ale w końcu po zrobieniu mi herbaty wpadła na pomysł, że zadzwoni do kogoś i się popyta. W tak zwanym międzyczasie do piwnicy zaczęli się schodzić ludzie. Śmieszni ludzie. Kilka pociesznych Rosjanek, później Klaun z Holandii i wolontariuszka z Czech, a kolejnych już nie ogarniałem. O ile na początku byłem załamany, tak nowe osoby dały mi pozytywnego kopa energii. Pomijam fakt, że byli mną tak zaaferowani, że przez chwilę się zastanawiałem czy aby na pewno biały proszek, który sypią do kawy, to cukier. W końcu wszyscy zaczęli wszędzie dzwonić, biegać i okazało się, że rzeczywiście ktoś o mnie wiedział, ale zapomniał i pojechał na obóz z dzieciakami. No to zaraz wszyscy jak jeden mąż - 'Pasza, jedziesz na obóz! Pasza, chcesz kawy?' Mówię Wam, z tą kawą było coś nie tak. W końcu ustaliliśmy, że jutro z rana jadę pod Moskwę spotkać się z dzieciakami.

Jak wychodziłem z piwnicy, to chyba byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Udało się! Naprawdę jadę na pierwsze spotkanie z dziećmi. Czasu na przeżywanie wszystkiego było mało, bo o 20 umówiłem się z Artemem i Ilona w centrum, gdzie miało być spotkanie Couchsurferow. Szybko wsiadłem do metra i ruszyłem do poznanej wcześniej Kamczatki na piwo z 8zł.

Jak to zwykle bywa spotkaniach CS, spotkałem mnóstwo ludzi z całego świata. Pomijając przelotne znajomości, spotkałem trzy naprawdę ciekawe osoby. Pierwszą był Argentyńczyk, który wyjechał z kraju w 2009 roku i od tamtej pory podróżuje po świecie, zatrzymując się od czasu do czasu na dłużej, żeby zarobić na dalszą podróż. Najczęściej uczy języka hiszpańskiego. Tak czy inaczej rozmawiałem z nim przeszło godzinę, bo podróżował stopem po Chinach i Indochinach, więc miałem szansę na informacje z pierwszej ręki. Generalnie powtórzył, to co mówią wszyscy. Chiny na stopa są łatwe pod warunkiem, że masz ze sobą dwie kartki A4, które wyjaśniają co tam robisz. Inaczej jest ciężko, bo się nie dogadasz. Laos i Tajladia bez problemowo, a w Birmie nie był. Pozostałe dwie osoby, to dziewczyny o takim samym imieniu- Anastazja. W trakcie rozmowy wyszło, że są opiekunkami w domach dziecka na Uralu, więc po prostu stwierdziłem,  dam im 50 pocztówek, żeby też przyłączyły się do akcji. Tak się im pomysł spodobał, że do teraz ciągle do nich wypisują z coraz to nowymi pomysłami. We wczorajszym poście zapomniałem wspomnieć, że przypadkiem spotkałem trzy Polki, które były w Moskwie służbowo. Z dwoma z nich Ania i Asia, umówiłem się na dzisiejszy wieczór na piwo. Spotkaliśmy się około 23 i pierwsze 45min przegadaliśmy pod barem, a później postanowiliśmy przejść się do gruzińskiej restauracji. Na ile prawdziwie gruzińska to była restauracja,  to nie wiem,ale czekać na drinka 25 min i jeszcze o sobie przypominać, to przegięcie, więc po prostu wyszliśmy, żeby się nie spóźnić na ostatnie metro. I znowu jak wróciłem do domu, to padłem jak zabity. Jutro wielki dzień!

I zdjęć mało, bo tutaj mam akurat dużo więcej filmów:-)

Komentarze (1)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.