Jestem ciapciak. Do podróży przygotowywałem się blisko 6 miesięcy i nie sprawdziłem tak podstawowej rzeczy, jaką jest termin ważności karty. Wyrabiałem ją rok temu, więc wydawało mi się, że będzie ważna co najmniej 2-3 lata, a tu Ci cyk i jak chciałem wypłacić kasę na dalszą podróż, to bankomat mnie uświadomił, że jestem ciapciak.
Na szczęście istnieją takie placówki jak Western Union, więc wystarczyło przelać kasę i można było ją odebrać w chińskim banku. Problem polegał na tym, że zanim z Tomkiem znaleźliśmy odpowiedni bank, to minęło południe.
Dodatkowo Tomek zaprosił mnie na ostatni obiad przed podróżą, więc tak się wszystko poukładało, że na wylotowce z miasta stałem dopiero o 15. Wprawdzie pierwszego stopa tego dnia złapałem dość szybko, to była to stara furmanka, która przez 3h jazdy ujechałem ledwo 200km. Samej jazdy czy kierowcy bym pewnie nawet nie zapamiętał, gdyby nie fakt, że tuż przed samymi bramkami, gdzie miał mnie zostawić, była rozlana jakaś dziwna czarna maź, po której dosłownie popłynęliśmy. Kierowca kompletnie stracił panowanie nad pojazdem i dużą furmanką zrobiliśmy dwa bączki i zatrzymaliśmy się odwróceni o 180 do kierunku jazdy, dosłownie metr od innej ciężarówki.
Wysiadłem o miękkich nogach i mimo, że się ściemniało zacząłem łapać. Jakimś cudem tuż przed zmierzchem, złapałem krótkiego stopa i po przekonaniu parki, która mnie wzięła, że nie muszą mi pomagać łapać stopa, przeskoczyłem barierkę i zacząłem rozglądać się za noclegiem.
Miałem dwie opcje. Pierwsza, to ładne miejsce z widokiem na jezioro i miasto i ładna polana. Druga opcja to klasyczny nocleg pod mostem. Jako, że zanosiło się na deszcz, to wybrałem most.
Jak już ktoś decyduje się na nocleg pod mostem, to powinien zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze, to porzucać kamieniami w najciemniejsze miejsca, żeby wypłoszyć zwierzynę. Miałem tego pecha, że w przypadku mojego mostu trafiłem na nietoperze. Od niechcenia rzuciłem kamieniem i po dosłownie sekundzie, w moją stronę ruszyło około 10 nietoperzy. Jak przed nimi uciekałem, to mało co się nie zabiłem.
Druga sprawa, to dźwięki. Z reguły, to co przeraża nas najbardziej, gdy śpimy w namiocie, to nieznane. Lekki trzask łamanych gałęzi, a już myślimy, że ktoś się skrada. Właśnie dlatego tak ważna jest umiejętność rozróżniania dźwięków. Jak już rozbijam namiot, to siadam obok niego i nasłuchuję. Górski potok brzmi tak, a kapiące z mostu krople tak. Taki dźwięk to staczające się kamienie, a taki to auto przejeżdżające w oddali. Dopiero gdy już mam pewność, to się kładę spać.
Nie inaczej było tej nocy.
Dzień 53
Zaparłem się, że dzisiaj dojadę nad jezioro Lugu. Miałem do przejechania stopem jakieś 400km, więc jak najbardziej do zrobienia,a zwłaszcza po chińskich drogach. Tak mi się przynajmniej wydawało.
O 7 rano stałem już na trasie, ale chińczykom jakoś nie chciało i ruch był nijaki. Auto co 2-3 minuty i dopiero o 7.30 obok mnie zatrzymał się TIR z dwoma kierowcami.
Jazda z nimi była lekka i przyjemna, ale paskudnie powolna. Po 6h jazdy wysiadłem zaledwie 200km dalej.
W trakcie jazdy miały miejsce dwie ciekawe rzeczy (liczba dwa zdecydowanie za często powtarza się w tym poście). Po pierwsze poczęstowali mnie granatem, który jedzą na swój sposób. Owszem obierają skórki, ale gdy sam środek ogranicza się do wysysania soku i wypluwania pestek z każdego pojedynczego ziarenka.
Druga sprawa to same TIR otóż maksymalny tonaż tych kolosów w Chinach wynosi 70t, dlatego opony osiągają niebotyczne temperatury i się zwyczajnie topią. Chińczycy z problemem opon poradzili sobie dość łatwo, bo zamontowali po prostu dodatkowy zbiornik na wodę, która automatycznie chłodzi opony w trakcie jazdy. Nie mniej jednak zbiornik trzeba napełniać, więc straciłem na postoju kolejne 45 minut.
Gdy już w końcu się wyrwałem z ciężarówki, zacząłem łapać dalej i w końcu udało się. Transport aż nad same jezioro. I wtedy zaczęła się najgorsza droga jaką widziałem w tej podróży.
Wszechobecna glina nie wchłaniała wody, więc na drogę były wysypane kamienie. Dziury takie, że przejechać bez terenówki, to niemal cud. Jeśli dodamy do tego zakręty i kiepskiego kierowcę, to mamy receptę na osiem godzin podróży.
Nad jeziorem byłem o 23, więc kompletnie nic nie było widać. Nie specjalnie miałem koncepcję gdzie chcę iść, więc po prostu poszedłem za zapachem smażonego mięsa, który unosił się w powietrzu.
Szaszłyki były przygotowywane przed małym barem, gdzie około dziesięciu par po 40, bawiło się wspólnie na karaoke. Wiedziałem, że jak wejdę, to zaraz mnie otoczą, a chciałem tylko spokojnie zjeść. Niestety nie miałem wyjścia, bo było paskudnie zimno. Jezioro Logu leży na wysokości 2600m, więc w nocy temperatura spadała do około 5 stopni.
W środku zaraz dosiedli się do mnie Chińczycy, którzy jak to zwykle tutaj bywa zaczęli mnie częstować piwem. Ciekawe jest to, że nie piją z piw z butelki, tylko z kieliszków na shoty.
Zjadłem co moje, wypiłem co ich i szybko ruszyłem w poszukiwaniu miejsca na nocleg. W końcu o północy leżałem już w namiocie i patrzyłem na kłęby pary wodnej, która wydobywała się z moich płuc.

















Komentarze (2)
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.