Paskudnie zimno. Naciągam śpiwór na nos i za nic nie chce mi się z niego wyjść. Dopiero gdy usłyszałem dzieciaki wychodzące do szkoły i śmiejące się z mojego namiotu, postanowiłem się ruszyć. Z ciężkim westchnięciem, rozpiąłem śpiwór i zerknąłem na plandekę namiotu. Klasycznie mokra, a wyschnąć nie wyschnie, bo za zimno.
W pierwszym momencie skontrolowałem sytuację na niebie i było średnio. Mimo optymistycznej prognozy, niebo było szare. Następnie wzrok skierowałem na otoczenie i aż się zaśmiałem. Rozłożyłem namiot tuż przed wejściem do domu, który wczoraj wydawał mi się obornikiem. Sprawnie się spakowałem i ruszyłem przed siebie, nie mając specjalnie planu co chcę dzisiaj robić. Na pewno zobaczyć jezioro, ale co dalej, to nie wiem.
Zarzuciłem na siebie oba plecaki i idąc w kierunku skrzyżowania, od niechcenia machałem tabliczką z wypisaną nazwą miejscowości, do której chcę dojechać. Ruchu nie było, ale dwa auta zatrzymały się z ciekawości i uprzejmie mnie poinformowały, że idę w dobrym kierunku (dookoła jeziora jest tylko jedna droga i naprawdę ciężko się zgubić) aż w końcu po 15 minutach rozgrzewającego marszu, zatrzymała się młoda Chinka na skuterze. Na początku myślałem, że chce po prostu pogadać, ale z uśmiechem oznajmiła, żebym wskakiwał. Z powątpiewaniem spojrzałem na motor, ale stwierdziłem, że w sumie czemu by nie spróbować? Duży plecak załadowaliśmy do przodu, mniejszy miałem na sobie, a oprócz tego w dłoniach trzymałem pudełka, które Lu przewoziła.
Podwiozła mnie jakieś 10km i na pożegnanie dała wieprzowinę, którą zjadłem z bułkami.
I tutaj ciekawostka. Otóż nie wiem czemu, ale w Chinach mają manię pakowania wszystkiego osobno. Klasycznym przykładem jest właśnie moja zagryzka. Opakowanie, to jedno, ale w środku również macie każdy kawałek zapakowany osobno. I to nie jest wyjątek, tylko reguła.
Do miasta o wdzięcznej nazwie Lige, dojechałem o 10 i zostałem. Stwierdziłem, że nie chce mi się nigdzie grzać, tylko po prostu pospaceruję po mieście, pogadam z ludźmi, obejdę okoliczne wzgórza i będę się cieszył widokiem jeziora, które w tym miejscu powalało.
Na początku chciałem zostać w hostelu, ale wszystkie tanie pokoje mieli zajęte, więc poszedłem na wybrzeże i wyszukałem miejsce na kemping. Na początku rozbiłem namiot tuż obok jeziora i ścieżki, którą przewalały się tłumy turystów. Miałem mnóstwo czasu, więc postanowiłem również zrobić pranie na zasadzie "Woda, kamienie i piasek - prawie jak pralka". Później jak typowy Polak, rozwiesiłem skarpetki, gacie i koszulkę na poręczy, przy wcześniej wspomnianej ścieżce. Niespecjalnie było mi wstyd, ale Chińczycy z ukrycia cykali zdjęcia mojej bielizny i koszulki z II LO w Gdańsku (Pozdrawiam;)). Dopiero po kilku godzinach zwiedzania okolicznych zaułków i wzgórz, przypadkiem znalazłem wręcz perfekcyjne miejsce na namiot.
Na końcu miasta, w głąb jeziora wychodził mały cypel, który był jednocześnie dość stromy i zarośnięty. Nie wchodził tam praktycznie nikt, bo ścieżka była wąska, kamienista i po przejściu 100m można było odnieść wrażenie, że prowadzi do nikąd. Ale przedarłem się i po kolejnych 200m, znalazłem się na małej polanie, z oszałamiającym widokiem na całe jezioro Lugu. Tak, to było jedno z tych miejsc, o których się marzy. Błękitne niebo, na którym tylko kilka mniejszych, kłębiastych chmur, słońce powoli chowające się za wysokimi górami i tradycyjne chińskie łodzie, na których lokalni mieszkańcy śpiewali ballady.
Było pięknie, ale nie idealnie. Do pełni szczęścia brakowało mi ogniska, kiełbaski i piwa. Wróciłem więc do miasta i kupiłem w jedynym spożywczaku coś co kupuje się tylko raz i nigdy więcej - hermetycznie zamknięte, mięsopodobne rzeczy. Piwo klasycznie chińskie, czyli "x<2,5%". Kurczaka upiekłem, ale wyrzuciłem, bo był paskudny, piwo wypiłem jak wodę, ale chińskie drewno dało radę i ładnie mnie ogrzewało do 21 kiedy to już wskoczyłem do namiotu i mając świadomość, że wszystko pachnie dymem, zasnąłem
Dzień 55
6.00 słyszę głosy. 6:01 słyszę odgłos przedzierania się przez krzaki i głosy. 6:02 cisza i po chwili okrzyki zachwytu. Leżę spokojnie i udaję, że śpię, ale zarówno flesze jak i przekrzykujące się głosy, obudziłyby martwego. W końcu, ktoś zastukał (Podrapał?) namiot i wyczekująco powiedział "Hello!? Anybody there? Want picture?" . No nie wierzę, ale ciężko udawać głupa, więc rozpinam namiot i wzbudzając ogólny podziw, wychodzę. W końcu pierwszy się przełamał i zapytał czy może zdjęcie ze mną, a później kolejny, kolejny i cała wycieczka Chińczyków, którzy przyszli oglądać wschód słońca robiła sobie ze mną zdjęcia. Przy namiocie, przy mnie, przy resztkach ogniska, i na karimacie obok mnie. 20 minut przeleciało zanim ruszyli dalej, żeby zdążyć na poranne wodowanie łodzi, a ja jako, że już rozbudzony, zacząłem się pakować i podziwiałem słońce, które powolnie wychylało się zza pobliskich szczytów.
Lekko przed 8 rano wyskoczyłem na drogę, spojrzałem ostatni raz na Lugu Lake i wyciągnąłem kciuk z zamiarem dojechania do Lijang jak najszybciej.
Zabrało mnie pierwsze auto, które zobaczyłem. Mało tego, po dojechaniu do miasta, dwie młode parki, zabrały mnie na obiadek.
I tutaj też dwa słowa o tym co zauważyłem. Otóż Chińczycy mają fioła na punkcie higieny. W restauracjach dostaje się hermetycznie pakowane naczynia, które z założenia powinny być sterylnie czyste, ale i tak każdy Chińczyk, po ich otworzeniu robi kilka rzeczy. Po pierwsze do miseczki wkładają kubeczek, a do kubeczka pałeczki. Następnie zalewają pałeczki wrzącą herbatą, która wypełnia kubeczek. Drugim krokiem jest wylanie herbaty do miseczki i obtoczenie w niej kubeczka. Trzecim i ostatnim jest delikatne opłukanie miseczki i wylanie "brudnej" herbaty na ziemię. Jeśli biorą coś z lodówki np. puszkę z colą, to też wpierw ją dokładnie wytrą chusteczką.
Co do samego obiadu, to na 5 osób dostaliśmy 6 ryb w sosie pomidorowym, z ziemniakami i tofu. Była przepyszna, pełna ości i wypalała wnętrzności.
Gdy się już z nimi pożegnałem, ruszyłem na starówkę, która jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Pierwsze wrażenia raczej nijakie. Ot miasto w pełni odbudowane i stylizowane na autentyczne. Pełne turystów, pamiątek i wszechobecnych sklepów, w których były albo dziwnej urody psy albo kamienie na sprzedaż.
Niemniej jednak sama plątanina uliczek robi wrażenie i nie ma szans żeby się między nimi nie zgubić. Samo znalezienie hostelu zajęło mi blisko 45 minut, ale gdy już znalazłem, to mnie urzekł. Za równowartość 8zł miałem łóżko w czystym dormitorium, z ogrodem i praniem wliczonym w cenę. Zrzuciłem, więc wszystkie brudne ciuchy, nastawiłem pralkę i po krótkiej rozmowie z innymi obcokrajowcami, poszedłem na spacer.
Krążyłem od uliczki do uliczki, bez nawet próby odnalezienia się, a jak zgłodniałem, to po prostu uciekłem z centrum i wszedłem do pierwszej lokalnej restauracji. Oczywiście nie mieli menu po angielsku, ale szczęśliwie poznałem wesołą ekipę moich rówieśników, która zaproponowała, żebym się do nich przyłączył. Usiedliśmy więc i rozmawialiśmy o rzeczach błahych, ale uśmiechnięci od ucha do ucha.
Grubo po zmierzchu wróciłem do hostelu, gdzie zacząłem rozmawiać z siedzącym na tarasie Niemcem. Na swój sposób niesamowity facet. Od 17 lat nigdzie nie mieszkał dłużej niż 3 miesiące. Przez ostatnie 3 lata zjeździł motorem przez obie Ameryki, a wcześniej 10 lat w Azji, 2 w Europie i rok w Australii. Oczywiście poza milionem pytań o kraje, które odwiedził ciśnie się jedno "Jakim cudem go na to stać?", ale odpowiedział krótko "Po prostu mam pieniądze". Przegadaliśmy dobre dwie godziny i o 23 kładłem się spać ze świadomością, że moja największa przygoda prawdopodobnie zacznie się jutro, gdy przekroczę granicę z Laosem. Uśmiech od ucha do ucha.





























Już sobie wyobrażam ile pięknych rzeczy ten Niemiec musiał zwiedzić...no i skąd on ma na to pieniądze? :)