2013 · Autostopem przez życie

Dzień 57 i 58 - kierunek Laos!

← Wszystkie wpisy

Spało się paskudnie, bo mój współlokator z Malezji oglądał film do 4, a później nie dość, że potężnie chrapał, to jeszcze nie wyłączył światła. O rano 7 czułem się jak zombie, a wyglądałem pewnie jeszcze gorzej.

Plusem opuszczenia hostelu o tej porze była kompletna pustka na ulicach, rześkie powietrze i możliwość obserwowania porannego zamieszania na bazarze

image

image

image

image

Z miasta wydostawałem się jak zwykle na swój sposób, czyli pytałem o autobusy w moim kierunku, a jak nikt nie wiedział, to wsiadałem do każdego i jechałem nim jak najdalej. Gdy kończyły się przystanki, to szedłem przed siebie. W tej podróży już się tyle nachodziłem, że zaczynam się męczyć dopiero po 6 kilometrze z 30kg na plecach. Dokładnie równo po godzinie marszu, wyciągnąłem kciuk i zatrzymało się już trzecie auto.

Zabrał mnie Francuz, który w Chinach mieszka od 3 lat i jest przewodnikiem górskim. I to nie byle jakich wycieczek. Osoby, które zdecydują się na trekking z nim, mają codziennie zapewniony gorący prysznic, posiłki, łóżka i masaż. Wycieczka może być zorganizowana dla maksymalnie 8 osób i obsługuje ją 16 Tybetańczyków, 40 koni i wspomniany wcześniej Francuz. Ile kosztuje taka zabawa? 1500€ za 4 dni.

image

Na stopa chciałem tego dnia dojechać przynajmniej za Kunming, ale tak się złożyło, że coś ciężko się łapało i było dużo chodzenia.

Kolejne auto wyrzuciło mnie w centrum miasta, więc musiałem drałować przez kolejne 6km. Po drodze uświadomiłem sobie, że nie wspominałem Wam o czymś co się nazywa 'Czinglisz' i nieustannie wywoływało na mojej twarzy uśmiech. Nie wiem jak Chińczycy, to robią, ale niektórych tłumaczeń niepowstydziłby się nawet Google Translator

image

image

image

image

Gdy w końcu udało mi się wydostać z miasta złapałem kolejne auto z prześmiesznym psem, który nie mógł przestać gryźć mnie w rękę, a gdy w końcu przestał, to tylko po to, żeby zostawić to co zjadł wczoraj, za siedzeniem kierowcy.

image

Jego właściciele byli miłą parką, która wprawdzie nie znała ani słowa po angielsku, ale dzielnie sobie radziliśmy rozmawiając przy pomocy słowników w telefonach

image

Oprócz tego, w połowie trasy, zaprosili mnie na klasyczny, blisko dwugodzinny obiad, na który była serwowana ryba. Pierwszy raz jadłem w Chinach rybę, więc nie specjalnie wiedziałem jak sobie z nią poradzić. Po chwili obserwowania innych po prostu zacząłem tak jak oni wszystko wypluwać pod stół.

image

image

image

Po zmroku dotarliśmy przed Kunming i gdy chciałem wysiąść w poszukiwaniu noclegu przy autostradzie, zaczęły się problemy. Oczywiście uważali to za niebezpieczny pomysł, więc musiałem im skłamać, że będę łapał dalej, do kolejnego miasta. Dopiero wtedy mnie wypuścili z auta.

Idealne miejsce na nocleg znalazłem między rozjazdami autostrady i po szybkiej toalecie zasnąłem.

Dzień 58

O 7 byłem na nogach i miałem mocne postanowienie dojechania na granicę, od której dzieliło mnie 500km. Zanim spakowałem namiot, zrobiłem jego zdjęcie i ruszyłem dalej.

image

Typowy dzień w trasie. Najpierw krótki odcinek 60km do skrzyżowania autostrad, później blisko 40 minut łapania i kolejny transport z mówiącymi po angielsku chłopakami plus zaproszenie na posiłek. Na obiad kurczak z peperonii, tufu z czymś zielonym i coś zielonego z chilii. Jeszcze kilka takich trafnych opisów jedenia, a zostanę blogerem kulinarnym:D

image

image

image

image

Później znowu 30 min stania, aż w końcu zabrało mnie terenowe auto, które jechało na skrzyżowanie ostatniej prostej na granicę. Pech jednak chciał, że była paskudna ulewa, więc postanowiłem ich poprosić, żeby mnie wysadzili 2 km przed zjazdem na stacji, gdzie przeczekałem deszcz. Dalej, to już komizm.

image

image

Idę z tabliczką, na której miałem napisane 'Granica', ale jakimś cudem pierwszy koleś myślał, że to nazwa miasta na północy Chin i uparcie mi je pokazywał na mapie i kazał zawracać, a druga ekipa jeszcze lepsza. Mimo tego, że im tłumaczyłem, że ich miasto jest w kompletnie odwrotnym kierunku, to chcieli mnie wziąć i zawieźć na granicę. Dopiero po 10km zorientowali się, że rzeczywiście miałem rację, więc przeprosili i wysadzili.

Ściemniało się i już byłem niemal pewny, że na granicę nie dojadę. Dodatkowo wraz z ostatnimi 500km kompletnie zmienił się  krajobraz. Łagodne pagórki zastąpiły duże wzgórza, a pola uprawne zamieniły się w dżunglę. Pierwszy raz w swoim życiu widziałem prawdziwą dżunglę i naprawdę robi wrażenie. Dosłownie ściana zieleni. Drzewa i zwisające z nich pałąki innych roślin niemal łączą się z wysokimi krzewami, tworząc przeszkodę nie do przejścia.

image

Wprawdzie złapałem stopa, który podwiozł mnie do ostatniego miasta przed granicą, ale w trakcie jazdy obleciał mnie strach. Prawdziwy strach. Patrząc za okno, widziałem te ciemne wzgórza, na które powoli opadały chmury sprawiając i nagle sobie uświadomiłem, że jestem sam. Blisko 20 tys. km od domu, bez żadnego wsparcia na miejscu i zdany tylko na siebie. Dotarło do mnie, że wjeżdżam do kraju, w którym istnieje ryzyko malarii, a lepsze szpitale znajdę dopiero w Tajlandii. Jeśli cokolwiek się stanie, to będę miał przechlapane. Bałem się, ale jednocześnie wiedziałem, że dopiero teraz rozpoczyna się prawdziwy sprawdzian samodzielności i odwagi. Zacisnąłem zęby, odmówiłem kilka dziesiątek różańca, poprosiłem Anioła Stróża, żeby wszedł na wyższy level i zaciskając kciuk powiedziałem sobie tylko 'Skokowski, weź się ogarnij i pokaż, że Polak potrafi'. Amen.

image

Jakby na uczczenie tego co sobie powiedziałem moi towarzysze zaprosili mnie na kolację, po której trafiłem do najtańszego hostelu w mieście, a tam zrobiłem ostatnie ładowanie i pranie przed Laosem. Do granicy zostało 8km.

image

Komentarze

Pod tym wpisem nie ma jeszcze komentarzy.

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.