2013 · Autostopem przez życie

Dzień 59 i 60 - Laos!

← Wszystkie wpisy

Odkąd wyjechałem z Polski, moim największym zmartwieniem była pogoda na półwyspie Indochińskim. Wszyscy straszyli mnie porą deszczową i w sumie również wczoraj, gdy wjeżdżałem ostatniego miasta przed granicą, lało.

Zerwałem się o rano i przedzierając się przez idących do pracy ludzi, szedłem na ostatnią prostą przed granicą. Zajęło mi to sporo czasu, bo nie było komunikacji miejskiej, a taksówki były dla mnie za drogie i mimo targowania się, nikt nie chciał zejść z ceny. Ale miałem i czas i pogodę, więc szedłem przed siebie. W końcu o 10 udało się złapać transport na samą granicę i po szybkiej odprawie po stronie chińskiej ruszyłem w kierunku Laosu.

image

image

Przejście graniczne wyglądało osobliwie, bo było stylizowane na złotą pagodę i nie było na nim praktycznie żadnego ruchu.

image

Przeszedłem odprawę i po uzyskaniu wizy za 35$ byłem w 7 już kraju w tej podróży.

image

Nie spieszyło mi się i chciałem załatwić parę rzeczy. Po pierwsze mój autostopowy list. Na początku poprosiłem strażników na granicy, żeby mi pomogli, ale po przeczytaniu chińskiej wersji, wyśmiali mnie i kazali iść do miasta na autobus. Radę oczywiście olałem, ale ruszyłem w stronę miasta. Po drodze znalazłem budynek, który należał do jakieś chińskiej organizacji zajmującej się współpracą z Laosem. Zaszedłem do środka, gdzie bardzo pomocny Chińczyk przetłumaczył mi wszystko i dał sporo pomocnych rad.

image

Miałem kartkę, ale nie wciąż nie miałem lokalnej waluty. Stwierdziłem, że nie chcę mi się zasuwać z buta w tym upale i zacząłem łapać. I łapałem dość długo. Bynajmniej nie dlatego, że nikt nie chciał brać, ale dlatego, że nie było komu brać. Aut jak na lekarstwo, a jak już coś jechało, to taksówka nazywana tutaj 'Tuk-tuk', czyli po prostu motor z przyczepą.

image

W końcu zgarnęli mnie Chińczycy, jadący na turystyczny wypad do Laosu. I oczywiście z typowym dla siebie sposobem zwiedzania. Jak jakąś wioska, to zwalniają, krzyczą, robią fotę piekielnie drogim telefonem komórkowym i z okna auta rzucają cukierki lub banknoty o równowartości 1zł. Jadąc z nimi czułem się zupełnie tak jakbym był na safarii, którego głównym celem jest robienie zdjęć z auta.

image

Co do samego Laosu, to po Chinach czułem się tak jakbym z rozpędu przydzwonił w latarnię. Bieda, bieda i jeszcze raz bieda. Już po przekroczeniu granicy widzi się baraki zbite z blachy, a później typowe dla Laosu drewniane chaty bez wody bieżącej, a i w znacznej części przypadków również bez prądu. Nie mniej jednak urokliwe.

image

Z moim pierwszym stopem rozstałem się w większej miejscowości, gdzie wymieniłem gotówkę, skorzystałem z internetu i miałem osobliwe spotkanie.

image

Otóż przed jednym z hosteli zobaczyłem dwójkę rowerzystów. Po Chinach, widok obcokrajowców w tym samym mieście był dla mnie czymś niezwykłym, więc podbiegłem i się przywitałem. James i Ashly byli ogrodnikami, ale sprzedali swój biznes i postanowili przejechać rowerami z Londynu do Nowej Zelandii. Takich osób na swojej drodze spotkałem sporo, ale o tej dwójce wspominam, bo mimo, że ani razu się nigdzie nie ustawialiśmy, to los połączył nas jeszcze cztery razy w kompletnie innych miejscach i sytuacjach, ale o tym będę pisał później.

image

Gdy już załatwiłem wszystko ruszyłem przed siebie. I lekko nie było. Zero aut, więc trzeba iść, a było piekielnie gorąco i duszno. Dopiero po blisko 2 godzinach zatrzymało się auto, które jechało w moim kierunku. Wskoczyłem i wspólnie ruszyliśmy na południe. Po drodze przejeżdżaliśmy przez dziesiątki małych miejscowości, gdzie widzieliśmy setki roześmianych dzieci biegających po ulicach i  kąpiących się w rzekach. Sama droga pretenduje do jednej z najgorszych w mojej podróży. Mimo, że jest to główna trasa krajowa, to dla mnie był to typowy off road. Dziury, wyrwy, rzeki i błoto. Nawet jadąc terenową honda, mieliśmy czasem problemy. Jakość drogi sprawiła, że 150km pokonywaliśmy blisko cztery godziny, więc dopiero późnym wieczorem dojechaliśmy pierwszego 'większego' miasta na trasie (większe oznacza, że mają bazar i hostel)

image

Planowo chciałem spać w namiocie, ale wtedy gdy wyszedłem z klimatyzowanego auta, to mi się odwidziało. Po pierwsze duchota zwiastująca burzę, po drugie potężne gromy i błyskawice kilka kilometrów na południe od miasta i po trzecie przystępna cena hostelu. Za nocleg musiałem zapłacić około 20zł( co okazało się być zdzierstwem w Laosie, bo średnio nocleg kosztuje około 8zl).
Gdy już się zakwaterowałem ruszyłem na miasto w poszukiwaniu jedzenia i jak zwykłe dokonałem złych wyborów. Zmarnowałem pieniądze na paskudnego kurczaka z rożna, jakieś liście, które nie wiedziałem jak się je, a koniec końców kupiłem bezpiecznie wyglądające ciasteczka i zjadłem swoją kolację.

image

image

image

Dzień 60.

Kompletnie zapomniałem, że w Laosie jest godzinę wcześniej niż w Chinach, więc budzik wyrzucił mnie z łóżka o 6 miejscowego czasu i tak naprawdę na trasie byłem już o 6.30. Nie działo się nic. Cisza.

image

image

Dopiero o 7 rano zaczęły mnie mijać pierwsze motory i dzieciaki na rowerach jadące do szkoły. Samochody zobaczyłem po 8 i to tylko na lokalnych rejestracjach. Nie miałem wyjścia, więc szedłem przed siebie machając do mieszkańców, odpowiadając na pozdrowienia i wyjaśniając od czasu do czasu kierowcom busów, dlaczego nie wsiadam.

image

image

image

image

image

Ciężej zaczęło się robić po 9. Przeszedłem już grubo ponad 10km, a słońce prażyło coraz mocniej. Oprócz tego kolejne wioski zaczynały się w miejscu, gdzie kończyły się wcześniejsze, więc nie miałem nawet jak znaleźć wolnego miejsca, żeby mogły się zatrzymać auta.

image

image

image

W sumie auta nawet nie jechały, a ja walczyłem ze sobą. Zawsze gdy już nie mam siły, to tworzę sobie w głowie takie uosobienie leniwego mnie i z nim walczę na słowa. 'Stary, usiądź, odpocznij i poczekaj' - 'Nie, to miejsce jest słabe, idziemy dalej. Przynajmniej schudnę.' - 'Stary, usiądź, odpocznij. Przecież wiem, że wiem, że wolisz posiedzieć. Coś na pewno się zatrzyma, a Ty przynajmniej nie będziesz śmierdział.' - 'Nie! idę dalej, bo jak będę siedział w miejscu, to będę gruby, a jak będę gruby, to Bolo(mój braciak)będzie się ze mnie śmiał'. Wiem, brzmi absurdalnie, ale z reguły najcięższe walki toczymy z samym sobą i dlatego warto sobie spersonalizować przeciwnika (w moim przypadku, to moje grube alter ego, które siedzi na fotelu, wsuwa krówki i zapija je Pepsi). Głupie, ale działa.

image

W końcu zlitował się nade mną jeden z motocyklistów i wywiózł za ciąg wiosek, gdzie udało mi się złapać stopa do Lang Prabang. Pierwszego miasta na tak zwanej 'Turist Highway'.

image

Miałem szczęście, bo już po przekroczeniu mostu (jak go przekraczałem, to musiałem wyglądać jak ninja, bo łapałem się wszystkiego i ani trochę nie wierzyłem, że jest on w stanie utrzymać piechura z ekwipunkiem, ważącego w sumie blisko 115kg)

image

Po jego przekroczeniu natrafiłem na hostel o nazwie 'Backpacker'. Z ciekawości wszedłem zapytać o cenę i okazało się, że nocleg kosztuje 8zł(w tym woda, herbata i kawa za darmo). Wziąłem w ciemno i nie żałowałem, bo z ludźmi, którzy byli na miejscu stworzyłem fantastyczną mieszankę.

Jako pierwszego spotkałem Eanna, Irlandczyka, który przyjechał na wakacje do Tajlandii, a skończył jako wolontariusz w Laosie. Właśnie z nim spędziłem cały mój pierwszy dzień w Lang Prabang.

image

Przyjechałem o 13 i po obowiązkowym prysznicu, zaległem na krzesłach przed hostelem i zacząłem rozmawiać z Eanna. Jakimś cudem zleciało nam ponad 3h, a jako, że nic nie jadłem, to w końcu pożegnałem się z nim i ruszyłem na miasto w poszukiwaniu jedzenia.

I tutaj też małe wyjaśnienie czemu ciągle stoluje się w restauracjach. Między innymi dlatego, że tu nie ma supermarketów, a w sklepach sprzedają tylko słodycze i chemię. Druga sprawa, to cena. Uczciwy, duży posiłek można zjeść już za 6zł. Owszem, można zaoszczędzić około 2zl idąc na bazar, kupując jedzenie i samodzielnie je przygotowując, ale ujmę to tak 'Jak się szlachta bawi, to na koszta nie patrzy'. 2zł różnicy jestem w stanie przeżyć.

Czekając na posiłek patrzyłem na ulicę i to co mnie zaskoczyło, to dosłownie, tłumy turystów. Jestem nawet gotowy stwierdzić, że siły pomiędzy turystami a lokalnymi rozkładały się 40:60. Nie widziałem ich tylu od Moskwy.

Po obiedzie wróciłem do hostelu, gdzie poznałem kolejnego wesołego kompana. Sunny, bo tak się nazywał, miał 16 lat jak pierwszy raz wypłynął w morze i 21 gdy z niego wrócił, po 5 latach bez odwiedzania domu. Obecnie ma dwuletnie wakacje, na które dostaje dziennie od firmy 80$. Żeby było śmieszniej waży 140kg i jest Hindusem. Prawdopodobnie do końca życia zapamiętam jedno zdanie, które powtarzał co 5 minut, z typowym dla hindusów akcentem 'I will tell you one thing, my friend...'. I to zawsze było przynajmniej 10 rzeczy.

image

Chciałem chłopaków namówić na piwo, ale Eanna prawie wybił mi ten pomysł z głowy. Otóż jutro o 5.30 rano miało być wielkie święto Buddystów, więc postanowiliśmy rano wstać i wziąć w nim udział. Częścią tradycji jest dawanie mnichom podarków, więc przeszliśmy się do sklepu i każdy z nas kupił mały koszyk, w którym były rzeczy codziennego użytku. Koniec końców jednak napiliśmy się też piwa w ogródku i o 23 wszyscy kładliśmy się spać nastawiając budziki na 5:00, 5:01, 5:02 i 5:10(tak na wszelki wypadek)

Komentarze (1)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.