Na początku myślałem, że będę musiał wstać i wyjść razem z Artem, bo przecież miałem jego klucze od domu. Na szczęście rano powiedział, że mogę je po prostu wrzucić do skrzynki pocztowej. Dało mi to dodatkową godzinę na spakowanie i przejrzenie wszystkich rzeczy, które miałem przygotowane na spotkanie z dziećmi.
Z domu wyszedłem dopiero o 9 rano i podekscytowany ruszyłem na dworzec, gdzie miałem spotkać się z dziewczynami z Domu Marii. Były punktualnie, więc mieliśmy trochę czasu, żeby kupić coś na drogę, bo podróż pociągiem miała trwać 1,5h. Zaszedłem więc do miejscowego kiosku i kupiłem tajemnicze trojkątne bułki, które widziałem już wcześniej, ale jakoś nie miałem okazji ich kupić. Niebo w gębie! Ktoś w końcu wpadł na genialny pomysł, żeby połączyć bułkę z dobrym pulpetem w stylu babci. Od tego dnia kupuje je jak tylko mogę. bo są i tanie i smaczne.
Przed samym pociągiem wszyscy mnie ostrzegali, jako miałby to być autentyczny relikt przeszłości, a w rzeczywistości prawie się nie różnił od gdańskich SKMek.
W trakcie jazdy zacząłem wypytywać Maszę, jak dokładnie ma wyglądać spotkanie z dziećmi, ale niespecjalnie potfila mi odpowiedzieć. Z tego co zrozumiałem, miała być to jedna z alternatywnych opcji spędzania przez dzieci czasu.
Gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że trzeba jeszcze podjechać 20km taxi, ale jak na autostopowicza przystało, tego już niezdzierzyłem i powiedziałem, że jedziemy autostopem. Było nas w sumie troje, w tym dwie dziewczyny, trasa prosta, więc stwierdziłem, że bez problemu zdarzymy na czas. Miałem rację, bo ledwo doszliśmy na wylotówkę, gdzie zdjąłem plecak, a już się zatrzymało auto i w ośrodku byliśmy 15 min później.
Sam ośrodek mnie zaskoczył. Ładne, drewniane domki, ze schludnymi wnętrzami, nijak wpisywał się w moją wizję ośrodka dla dzieci pokrzywdzonych przez los. Z drugiej strony też nie wiem czemu oczekiwałem zdezelowanego miejsca, gdzie nikt by nie chciał spędzać wakacji.
Gdy tylko weszliśmy, dokoła nas zaczęła biegać gromadka dzieciaków, pospieszająca nas, bo zaraz miała się zacząć ceremonia przydzielania do rodzin. O co chodzi? Otóż pracownicy i wolontariusze ośrodka mają za zadanie uczyć dzieci funkcjonowania rodziny. W 4 rodzinach, lwach, słoniach, żyrafach i zebrach, każdego dnia ktoś pełnił inną funkcję. Od pracowników dowiedziałem się, że bezdomne dzici rzeczywiście zniknęły z ulic, bo rząd wprowadził nowe rozwiązania adopcyjne i przeznaczł duże środku na domy dziecka. Oczywiście otworzyło to ścieżkę do nowych problemów jakimi jest wykorzystywanie dzieci czy handel nimi, ale ponoć i tak jest dużo lepiej. Od kiedy wprowadzono zmiany, raz do roku mogą sobie pozolić na wyjad wakacyjny dla dzieci na 2 tygodnie, gdzie wcześniej było to nierealne.
Tak czy inaczej największym problemem jest wciąż brak silnych więzi rodzinnych, który przekłada się na częste podrzucanie dzieci do domów dziecka, pozostawianie ich w szpitalach czy też na ulicy. Dlatego właśnie tak wielki nacisk kładzie się na nauczenie dzieci jak powinny się zachowywać w konkretnej roli.
Po ceremonii przydzielania do rodzin okazało się, że w sumie nikt mnie nie uwzględnił mnie w grafiku i sam muszę się jakoś zaprezentowacv dzieciakom. Dla mnie spoko. W trakcie obiadu. CO?!
W jaki sposób przykuć uwagle wygłodniałych dzieci w wieku 9-15 lat podczas obiadu? Ja świata nie widzę jak jestem głodny i jem, a w ich wieku nie jadłem tylko pochłaniałem wszystko co było pod ręką. Wszyscy zaczęli mnie pospieszać, a ja zdezorientowany stoję z pocztówkami w rękach i nie mam koncepcji co robić. W końcu tak się zirytowałem, że mam gadać jak atrakcja obiadowa dla wszystkich, że stwierdziłem, że jak nią już zostałem, to zrobię takie wejście, żeby się wszyscy opluli poczas jedzenia.
Szybko pobiegłem do plecaka po piłki przedstawiające ziemie, które kupiłem przed wyjazdem i byłem gotowy. Stanąłem na środku rozgadanych, pochłaniających wszystko dzieciaków, spojrzałem na Sierotkę Marysię, która miała mnie tłumaczyć i wziąłem głęboki oddech. "Jak ktoś się nie opluje, to uznam to za osobistą porażkę" - pomyślałem i dosłownie ryknąłem z całych sił - "PRIVIET! (kto mnie zna, ten wie, że mam naprawdę bardzo donośny głos) . Dobra, opluli się. Nie wszyscy, ale zdecydowana większość, w tym jedna dziewczynka, która wyglądała jakby miała się zaraz rozpłakać.
Punkt pierwszy - "Przyciągnąć uwagę" - wykonany."Kto wie co to jest?" - zapytałem wskazując na jedną z pocztówek. Masza nawet nie musiała tłumaczyć, zrozumieli. "Odkrytka!", padła odpowiedź z tłumu. Spojrzałem w tamtą stronę i zobaczyłem mniej więcej 12letniego chłopca, któremu po sekundzie rzuciłem piłkę jako nagrodę. Między stłami rozszedł się szmer zainteresowania. Punkt drugi - "Zainteresować" - wykonany. "Brawo! A teraz Czy Polska graniczy z Rosją?". Nie musieli wiedzieć, mogli strzelać i o to chodziło. Widziałem, że dziewczynka, która wcześniej wyglądała jakby miała się rozpłakać, też coś krzyknęła, więc rzuciłem piłkę w jej stronę. Punkt trzeci - "Stworzyć wrażenie, że każdy może coś wygrać" - wykonany. Dzieciaki były moje. Powiedziałem jeszcze, że ludzie z Polski napisali do nich pocztówki i jak ktoś chce taką dostać, to zapraszam do siebie po obiedzie. Amen. Zrobiłem co w mojej mocy i byłem z siebie zadowolony.
Jednak po obiedzie byłem trochę przybity, bo okazało się, że w tym samym czasie był mecz piłki nożnej pomiędzy rodziną słoni i lwów, więc większość poszła właśnie tam. A ja? Rozsypałem wszystkie pocztówki na stole i usiadłem czekając. Zadziałało.
Na początku nieśmiałe spojrzenia, później ciekawość, aż w końcu wybrzydzanie. Stało się coś czego nie przewidziałem. Na początku przyszło 7 chłopców w wieku 10-14 lat i żaden nie chciał odpisać dziewczynie, bo "dziewczyny są bleeee i nie umieją grać w piłkę". W końcu udało się wyszukać pocztówki od chłopców, których jest mało (90% pocztówek jest od dziewczyn) i wzięli się za pisanie i malowanie . Normalnie patrzyłem i nie wierzyłem. Piszą! I pytają co pisać! "Jaki jest ten ktoś kto napisał? I co pisać, żeby mnie polubił?". Największy dylemat jednego chłopca, to czy napisać, że jest fanem Barcelony czy Realu Madryt, bo lubi oba, ale wie, że tak nie wolno.
Pewnie czytają, to osoby, które dostaną odpowiedzi na pocztówki, dlatego naprawdę mocno Was proszę – odpowiedzcie na nie. Patrząc z jaką zawziętością i radością dzieci odpisywały, zdałem sobie sprawę, że wysłanie pocztówki , wiąże się z dużą odpowiedzialnością, bo to coś więcej niż tylko zwykła karta. To małe przesłanie dla dzieci, że gdzieś tam daleko są ludzie, których mimo ogromnej znieczulicy świata, poruszają problemy innych. Tymi “innymi” są właśnie dzieci, które wychowały się bez rodziców, często na ulicy w poczuciu, że nikogo nie obchodzą. Ten prosty gest, na który się zdecydowaliście poprzez wysłanie pocztówki, daje im poczucie, że jednak może tak nie jest. Że może jednak jest szansa, że będzie życie będzie radosne I beztroskie nie tylko w te dwa tygodnie w roku. Proste gesty takie ten dają im nadzieję, która często jest wodą na młyn naszego życia. Dlatego jeszcze raz Was proszę - nie olewajcie i odpiszcie.
W sumie z dziećmi spędziłem 5h odpisując na pocztówki i wtedy już zdecydowałem, że czas się pakować i ruszać w rasę. Pożegnałem się, spakowałem klamoty i wraz z Maszą wsiedliśmy do auta, które zawiozło nas do miasta. Masza wysiadła na dworcu, a ja poprsiłem kierowcę, żeby podrzucił mnie na wylotówkę.
I znowu stoję na trasie. Plecak obok mnie, słońce mi w oczy, a ja z szerokim uśmiechem, wyciągam rękę i łapie. Łapie stopa z poczuciem zrobienia czegoś naprawdę fajnego i najzwyczajniej w świecie pięknego w swojej prostocie. Uśmiecham się sam do siebie i po chwili zatrzymuje się auto, a kierowca pyta – “Dokąd?”,“Na Wschód!” – odpowiadam ładując plecak do środka.















Komentarze (6)
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.