2013 · Autostopem przez życie

Dzień 64, 65 i 66 - Run Pasha! Run!

← Wszystkie wpisy

Słowem wstępu.
Wiem, że sporo osób czekało na ten wpis i się nie dziwię. 3 dni, które opisałem niżej sprawiły, że po raz pierwszy w podróży musiałem iść na policję, kontaktować się z naszą ambasadą i drugi raz w życiu uciekać ile sił w nogach. Zdaję sobie sprawę, że część osób pewnie nie będzie chciała uwierzyć, ale naprawdę, mam talent do pakowania się w popaprane historie. W zeszłym roku Irańczyk z nożem, a w tym jeszcze groźniej. Dodatkowo pierwszy raz w życiu mam świadka, który wraz ze mną uczestniczył we wszystkich wydarzeniach, więc tak, cała historia, choćby nie wiem jak nieprawdopodobnie brzmiała, jest prawdziwa.

Dzień 64

Zaczęło się niepozornie. Spakowaliśmy namiot i plecaki, a następnie wyszliśmy na trasę. Staliśmy dobre 30 minut, gdy z oddali zauważyłem dwóch rowerzystów. Po raz trzeci natknąłem się na Jamesa i Ashley'a. Zatrzymali się, pogadali z nami i pół żartem, pół serio, pożegnaliśmy się słowami 'See you in Vang Vieng', gdzie zmierzali zarówno oni jak i my.

wpid-IMG_20130928_085425.jpg

Po kolejnych 30 minutach wygłupów i próbach zatrzymania aut, w końcu się udało. Na pobocze zjechała terenowa honda, z młodym małżeństwem. Wprawdzie nie mówili po angielsku, ale dzięki mojej karteczce, na której miałem wyjaśnione wszystko po laotańsku, dogadaliśmy się, że nas zostawią w Vang Vieng.

wpid-IMG_20130930_045058.jpg

Droga przebiegała spokojnie i poza licznymi serpentynami, które powodowały mdłości, jechało się całkiem dobrze. Dopiero 30km przed celem naszej wyprawy, padła nam w aucie chłodnica. Jako, że głupio było nam ich tak samych zostawiać, to czekaliśmy z nimi, aż silnik ostygnie.

wpid-IMG_20130930_050959.jpg

Awaria nieco pokrzyżowała nasze plany, bo z resztą ekipy umówiliśmy się, że w południe jedziemy nad błękitną lagunę. Postanowiliśmy zadzwonić do Phila i powiedzieć, żeby nie czekali i że do nich dołączymy po południu.

wpid-IMG_20130930_051128.jpg

W mieście pojawiliśmy się dopiero o 15, bo nasi kierowcy w ramach podziękowania zaprosili nas jeszcze na obiad. A tam zaczęła się najdroższa przygoda mojego życia.

wpid-IMG_20130930_051232.jpg

Plan mieliśmy prosty. Wynająć motor i dołączyć do reszty ekipy, która była 20km za miastem. Przeszliśmy się do wypożyczalni, wybraliśmy motor i wtedy zrobiłem głupotę, z której wcześniej nie zdawałem sobie sprawy. Zostawiłem paszport w depozycie. Generalnie jest to wymóg w każdej wypożyczalni i zabezpieczenie na wypadek kradzieży czy uszkodzenia motoru. Do tej pory nie przeszło mi przez myśl, że może być on wykorzystany w inny sposób.

Otóż przeparkowałem go na drugą stronę ulicy, gdzie były dwie rzeczy - sklep spożywczy i bar. Wszedłem do sklepu, żeby kupić wodę i jedzenie nad jezioro, a Stef przeszła się w poszukiwaniu kanapek. Gdy mieliśmy ruszać, okazało się, że do baru obok zajechali znajomi z poprzedniej miejscowości,więc wszedłem się z nimi przywitać i pech chciał, że usiadłem na zepsutym stołku. Straciłem równowagę, poleciałem do przodu, łapiąc się jakieś przypadkowej linki i trącając głową półkę z kieliszkami i kubkami.

wpid-IMG_20130930_051657.jpg

Na początku wszystko wyglądało na zmasakrowane, ale okazało się, że jedyne straty, to 5 tandetnych kubków i 16 kieliszków do wina.

wpid-IMG_20130930_051444.jpg wpid-IMG_20130930_051528.jpg wpid-IMG_20130930_051614.jpg

Uspokoiłem się i na prośbę pracowników, poczekaliśmy ze Stef na właściciela.

Przyjechał po 15 minutach i zaczął odstawiać sceny. Płacz, krzyk i zgrzytanie zębów. Dosłownie, aż się śmiałem, bo facet dramatyzował jakbym mu pół rodziny zmasakrował, a to było tylko kilka kubków i kieliszki. Powiedział, że spokojnie i zapłacę lub je odkupię i nie ma sensu robić scen. Powiedział, że musi policzyć ile go to będzie kosztowało i na chwilę znikł nam z oczu.

W międzyczasie rozmawiałem ze Stef i wspólnie doszliśmy do wniosku, że nie ma opcji, żeby wszystko razem kosztowało więcej niż 50€, ale wtedy wrócił właściciel, który oznajmił nam, że jego zdaniem straty są warte 350€. Aż parsknąłem śmiechem. Tłumaczę mu, że nie dam więcej niż 50€ co i tak jest już z mojej strony gestem. I wtedy znikł ponownie, a gdy się pojawił, trzymał w ręku mój paszport. '350€ albo nie odzyskasz paszportu'. Zdębiałem. To był błąd, bo powinienem w tym momencie zabrać mu paszport i skończyć temat, a pomyślałem jedynie, że po prostu pójdę na policję. Przez tę chwilę zawahania mój paszport znikł. Później okazało się, że posterunek zamknięty, bo niedziela, więc byliśmy uziemieni. Chłopaki nie odbierali telefonu, więc stwierdziliśmy, że bunkrujemy się w hostelu i rano idziemy na policję.

Na miejscu poznaliśmy właścicielkę, która jest Australijką i mieszka w Vang Vieng od ponad roku. Powiedziała, że z chęcią nam pomoże. Z miejsca pojechała pogadać z pracownikami, ale gdy wróciła, to ze smutkiem oznajmiła, że szefa już nie było. Nie mniej jednak stworzyliśmy plan działania i z pomocą lokalnej kucharki, realny kosztorys strat. Wyszło nam 20€.

Stwierdziliśmy, że dalsze walkowanie tematu jest bezsensowne, więc po prostu poszliśmy na spacer, a później zalegliśmy w kime.

Dzień 65

Wstaliśmy z samego rana i równo o 9 czekaliśmy już pod drzwiami posterunku. Ciężko to było nazwać komisariatem, bo była to po prostu buda z 2 pokojami i przedsionkiem.

Zaczęliśmy rozmawiać z sympatycznie wyglądającym, młodym policjantem, któremu wszystko wytłumaczyliśmy i byłem niemalże pewny, że spotkałem się ze zrozumieniem. Niestety, w hierarchii nad nim był jeszcze gruby, spocony i kompletnie skorumpowany gliniarz, którego moja historia nie interesowała i jedyne pytanie jakie zadał brzmiało 'Masz międzynarodowe prawo jazdy na motor?'. Już pomijam fakt, że to był klasyczny skuter i w całym Laosie mało kto ma jakiekolwiek dokumenty, ale gdy ponownie próbowałem skierować rozmowę na ewidentną kradzież mojego paszportu z depozytu, to mi przerwał i oznajmił, że za jazdę bez prawa jazdy jest mandat wysokości 300€.
Po raz kolejny w Vang Vieng zdębiałem. Facet nawet nie bawił się w grę pozorów, że chce mi pomóc, tylko praktycznie wprost chciał mnie oskubać.

wpid-IMG_20130930_051818.jpg

Zrezygnowani wróciliśmy do hostelu, gdzie wraz z Australijską właścicielką doszliśmy do wniosku, że ostatnim sensownym wyjściem jest pójść do właściciela baru i negocjowanie ceny.

Poszliśmy wszyscy razem i chyba jeszcze nigdy się tak nie poniżyłem. Prosiłem, opowiadałem historie, tłumaczyłem, że podróżuje najtaniej jak się da, ale po kolesiu spływało to jak woda po kaczce. Gdy pytaliśmy za co chce tyle kasy, to usłyszałem chyba najgłupsze teksty w swoim życiu. Na początku tłumaczył, że straci klientów, którzy nie będą mieli w czym pić wina, a zanim przyjdą nowe, to minie miesiąc. (stłuczone kieliszki były bardziej zakurzone niż maskotki pod moim łóżkiem). Gdy Australijka powiedziała mu, że chętnie odstąpi te które ma u siebie w hostelu, to znalazł coś jeszcze lepszego. Powiedział, że w sumie nie chodzi o kieliszki tylko o Karmę. Jeśli raz coś takiego stało się w jego barze, to już nigdy mu się nie będzie powodzić i żeby ją odwrócić musi albo wybudować nowy bar albo poprosić mnichów, żeby wyświęcili go na nowo (oczywiście mnisi nie świecą barów). Powiedzieliśmy, że chętnie zapłacimy również mnichom. Powiedział, że musi się zastanowić i kazał nam wrócić za godzinę.

Mieliśmy ze Stef dość. Chłopacy nie odbierali, Australijka odpuściła, więc byliśmy zdani na siebie. Wróciliśmy do hostelu i po rozmowie stwierdziliśmy, że musimy zakończyć sprawę dzisiaj, bo oboje już mamy dość miasta i ludzi. Trochę to przykre, ale niestety prawdziwe, że trafiasz na jednego dupka i wpływa on na sposób postrzegania przez Ciebie całego kraju.

Wróciliśmy po godzinie i znowu tłumaczenia, że nie mam pieniędzy, a ten jeszcze mnie poniża i mówi, żebym czekał aż zje obiad, to pomyśli. Więc siedzę i czekam wyglądając jak zbity pies, ale w środku, to aż się we mnie gotowało.

W końcu przyszedł i rzucił cenę 200€, bo był sentymentalnie związany z kubkami, które dostał od wujka. Dalej próbowałem, ale nic nie dało rady. Wróciliśmy ze Stef do hostelu i postanowiliśmy, że się pakujemy, płacimy i spadamy gdziekolwiek, bo byliśmy wściekli, a chłopaki dalej nie odbierali telefonów.

Gdy wróciliśmy do baru po 30 minutach, z wyplaconymi 2 mln kipów. Okazało się, że właściciela nie było. Poprosiliśmy obecnych tam trzech chłopaków, żeby do niego zadzwonili, ale Ci zupełnie jak szef kombinowali. Najpierw jeden tłumaczył, że ma zepsuty telefon, drugi, że nie ma kasy na koncie, aż w końcu krew mnie zalała i wszedłem im do recepcji i kazałem zadzwonić ze telefonu stacjonarnego.

Okazało się, że szef jest w domu i przyjedzie dopiero za godzinę, bo zanosi się na deszcz( miasto miało może 3km długości z jednego końca na drugi, a bar był po środku). I to było przegięcie pały. Nie dość, że cały dzień się przed nim płaszczyłem, to jeszcze gdy już w końcu miałem te cholerne pieniądze, wciąż nie przestawał. Po kilku ostrych słowach z mojej i Stef strony, w końcu zadzwonili drugi raz i w końcu przynieśli paszport z zaplecza. I zaczęło robić się gorąco. Postanowiłem, że nie wyciągnę kasy, dopóki nie będę pewny, że paszport jest cały. Jeden z nich trzymał paszport i przewracał kartki a drugi mnie pilnował. Wtedy kazali pokazać kasę. Gdy wyciągnąłem te 2 mln kipów zobaczyłem chciwość. Najprawdziwsza chciwość w ich oczach. Zaraz za nią powędrował tekst - ‘Jak już macie 200€, to możecie zapłacić i 350€'. Jak tylko dotarło do mnie co powiedział, sprawy przybrały niesamowicie szybki obrót. Pomiędzy jednym, a drugim słowem zaczynającym się na F lub polskie K, rzuciłem kasę na bar, rozsypując ją i wyszarpnąłem paszport. Stef dalej rzucała niemiecko-angielskimi wiązankami, ale szarpnąłem ją i szybko wybiegliśmy z baru. Po dosłownie kilku sekundach usłyszeliśmy za sobą krzyki. Za nami wybiegło trzech chłopaków z bambusowymi pałkami i darli się na całą ulicę 'You are dead! You won't see the sunrise! You are dead!'. Nawet nie musieliśmy ze Stef na siebie patrzeć, tylko zaczęliśmy biec ile sił w nogach do hostelu.

Po 2 minutach byliśmy w holu, a gdy zobaczyła nas właścicielka, to tylko krzyknąłem, że musimy wiać. Spojrzała za okno i powiedziała 'Tylnie wyjście. Powiem im, że poszliście do pokoju. Macie max 2 min. Go!'. Chwyciliśmy plecaki i wyskoczyliśmy tylnim wyjściem, biegnąc w kierunku przeciwnym od podanego kolejnego celu podróży.

Po kolejnych 2 minutach musieliśmy zatrzymać się na chwilę i złapać oddech. Wtedy pojechał do nas nie kto inny jak James and Ashley. Nie mieli pojęcia, że uciekamy, więc powiedziałem tylko, że musimy biec i czy mają jakieś dane kontaktowe. W momencie, gdy dawali nam wizytówkę, obok nas, z piskiem opon zatrzymał się motor, na którym siedział jeden z kolesi z baru. Na nasze szczęście był to ten z zepsutym telefonem, więc tylko paskudnie się uśmiechnął i przejechał palcem wskazującym po szyi, poczym zawrócił. Mnie obleciał strach, a Stef panikowała. Ktoś zapytałby czemu nie wzięliśmy taksówki albo busa, ale wytłumaczenie jest banalne. Moja karta straciła ważność, więc musieliśmy korzystać z konta Stef, które miało dzienny limit 150€. Po zapłaceniu 200€ za paszport, nie mieliśmy ani grosza.

Gdy tylko motocyklista się odwrócił, rzuciliśmy chłopakom, żeby w razie czego mówili, że poszliśmy na autobus i wbiegliśmy na polną ścieżkę.

Po oddaleniu się od głównej trasy, złapaliśmy oddech i zaczęliśmy myśleć co robić dalej. Do tej nie sądziłem, że może chodzić o coś więcej niż nastraszenie nas, ale w pewnym momencie usłyszeliśmy dźwięk zbliżających się motorów i jak staliśmy tak wskoczyliśmy w gęste krzaki na poboczu i nie zważając na kolce, komary i błoto schowaliśmy się jak najgłębiej. Po kilkunastu sekundach obok nas przejechało  pięć motorów. Dwóch kolesi znaliśmy, a pozostałych nie. Gdy nas minęli, przyjrzałem się im uważniej zobaczyłem coś co sprawiło, że obleciał mnie paniczny strach. Karabiny na plecach dwóch ostatnich. Jasne, próbowałem myśleć trzeźwo. przecież turystów za małą kłótnię nie zastrzelą, ale wyobraźnia działała. Siedząc w krzakach, podjęliśmy ze Stef decyzję. Idziemy do pierwszego miejsca, gdzie będziemy mogli zejść z drogi i bunkrujemy się do nocy.

Po szybkim przejściu kolejnych kilkuset metrów, znaleźliśmy nieczynny ośrodek z kilkunastoma drewnianymi domkami. Usiedliśmy w miejscu gdzie nie było nas widać i gdy ochłonęliśmy postanowiliśmy, że tak czy inaczej zostajemy tutaj do nocy i wtedy spróbujemy przedostać się przez miasto na wylotówkę do stolicy.

wpid-IMG_20130930_051846.jpg

Po dwóch godzinach spokoju, adrenalina powoli zaczęła z nas schodzić i zdaliśmy sobie sprawę jak niedorzeczna historia nas spotkała. Trochę pożartowaliśmy, nakręciliśmy 15 minutowe wideo z relacją tego co przeżyliśmy, ale okazało się, że to wcale nie był koniec.

wpid-IMG_20130926_074314.jpg wpid-IMG_20130930_051942.jpg

Gdy zaczęło zmierzchać, ubrałem się na czarno i poszedłem na zwiad okolicy, żeby zobaczyć czy na pewno możemy tu zostać. Gdy wracałem, trafiłem na stróża, który chodził po domkach i zapalał światła. Serce przestało mi bić w momencie, gdy mnie mijał, ale jakimś cudem mnie nie zauważył mimo, że stałem maksymalnie 2 metry od niego. Gdyby mnie tutaj zobaczył, to pewnie zadzwoniłby po policję, a wtedy byśmy się nie wytłumaczyli. Po kilku minutach skradania, dotarłem do Stef, która już leżała plackiem z naszymi tobolami, na jednym z balkonów i czekała na wieści. W międzyczasie rozpętała się burza, więc nie mieliśmy wyboru i zostaliśmy.

Zużyliśmy całe opakowanie sprayu na komary, które zawzięcie nas atakowały i leżeliśmy cicho oddychają. I znowu. Po godzinie adrenalina zaczęła odpuszczać, więc automatycznie przysypiałem, a gdy przysypiam na wznak, to chrapie. I to chrapie tak głośno, że hałasu to stara pralka by się nie powstydziła. Po kilku próbach zaśnięcia po cichu i recenzji Stef, w końcu usiadłem i oparty o ścianę, drzemałem na siedząco.

Dzień 66

Na wydostanie się z miasta wybraliśmy godzinę 3.45.

Na początku szybko przeszliśmy przez polne ścieżki, a gdy dotarliśmy do głównej, to trzymaliśmy się cienia i jak tylko usłyszeliśmy jakiekolwiek hałasy, to chowaliśmy się i czekaliśmy,aż ustaną.

Na wylotowce zobaczyliśmy dowód, że chłopaki obrazę potraktowali serio. Na środku drogi stało trzech kolesi na motorach i zatrzymywali każde auto.

Niespecjalnie mieliśmy jak ich minąć, więc znowu musieliśmy wejść w krzaki i maksymalnie cicho minąć ich łukiem. Gdy się udało, to był już tylko szybki marsz.

Dopiero gdy zrobiło się już na tyle jasno, że mogliśmy z oddali rozpoznać auta. Stanęliśmy z boku, a gdy usłyszeliśmy coś jadącego, to tylko sprawdzaliśmy czy jest to może busik, w którym kasują dopiero po wyjściu. Do stolicy mieliśmy 130km i absolutnie zero sił i odwagi na łapanie stopa. Wkońcu się doczekaliśmy busika, a jak do niego wskoczyliśmy, Stef oznajmiła, że zapłaci z własnej kieszeni, bo wie jak ważne jest dla mnie dojechanie na stopa do Indii bez oszukiwania.

wpid-IMG_20130924_075437.jpg

W końcu w busie zadzwonił do nas Phil, któremu po prostu rozładował się telefon i po wysłuchaniu historii, powiedział,że już jedzie.

Była dopiero 10, więc znaleźliśmy miejsce do siedzenia i czekaliśmy, a wtedy dostałem smsa od Australijki 'Pasha, właśnie była u mnie policja i szukają Cię w związku z kradzieżą motoru'. Zdębiałem po raz trzeci. Motor oddałem przecież zaraz po całej awanturze do rąk właściciela mimo, że nie oddał mi paszportu, który zabrał jego kumpel z baru naprzeciwko. Z miejsca do niej zadzwoniłem, żeby się dowiedzieć o co chodzi. Okazało się,że rano przyszła policja i oznajmiła, że nie oddałem motoru, a właściciel zgłosił zaginięcie. Przecież to kompletnie nie ma sensu - pomyślałem, słysząc jednocześnie uspokajające słowa właścicielki, że takie akcje są dość często i żebym się nie przejmował, bo pewnie usłyszeli, że już komuś udało się mnie wydoić i też chcieli. Przy czym skoro już mnie nie ma w mieście, to raczej nie będzie im się chciało wypełniać papierów. Ale wtedy w mojej głowie pojawiło się pytanie 'A co jeśli tak?.' Szybko zacząłem myśleć czy mają moją kopię paszportu, ale raczej nie. Ewentualnie jego zdjęcia zrobione w czasie, gdy był trzymany w barze. 'A co jeśli są aż tak mściwi, że puszczą papiery dalej?'Fakt padło sporo słów powszechnie uważanych za wulgarne, ale czy będzie się im chciało z nami walczyć nawet 130km dalej?. I znowu się przestraszyłem. Przekraczać granicę teraz? Ile mam czasu? Co jeśli już go nie mam?'

W końcu zwyciężył rozsądek i zadzwoniłem do konsula, który powiedział, że nawet jeśli będzie im się chciało, to zanim informacja dotrze do straży granicznej, to mam 2-3 dni. Uspokoiło mnie to na tyle, że postanowiłem zatrzymać się w hostelu na noc i przeprać wszystko przed jazdą do Tajlandii. Natomiast Stef z chłopakiem postanowili jechać do Bangkoku,więc się pożegnaliśmy i w końcu wróciłem do pokoju, gdzie dosłownie padłem na materac i spałem do rana

Tak, to była jedna z bardziej zwariowanych historii, ale żyje, nic mi nie jest, a jestem mądrzejszy. Jedyne co boli to utrata zaufania. Człowiek podróżuje kilka miesięcy bez z martwień i z uśmiechem, a teraz ta piękna beztroskość została mi brutalnie odebrana.

Jutro kolejny wpis:) Tym razem przekraczanie granicy i podróż stopem przez Tajlandię:)

Komentarze (8)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.