2013 · Autostopem przez życie

Dzień - 70, 71, 72 i 73- W niebie

← Wszystkie wpisy

Postcards from Europe. Projekt, który napędził całą tą podróż i dzięki któremu ma ona głębszy sens, niż tylko przygody, zwiedzanie i doświadczanie wszystkiego. Do tej pory miałem tylko dwa spotkania, ale żadne z nich nie było takie, jak je sobie wyobrażałem. Jasne, spotkania były super, dawały mi pozytywnego życiowego kopa, ale zawsze było coś inaczej niż sobie wyobrażałem. Nie mniej jednak zawsze spotkania łączyły się z uśmiechem, przekrzykiwaniem, odpisywaniem i setkami pytań dotyczących nadawców, miejsc i tego, co powinni napisać. Ale to wciąż nie było, o czego szukałem. Dopiero 70 dnia podróży trafiłem swoją życiową dziesiątkę.

Dzień 70

Z łóżka zebrałem się dopiero o 9. Wyspałem się, odpocząłem, a jedynym pewnym planem na dzisiaj było znalezienie drogi do wspomnianego wczoraj przez poznanych wolontariuszy ośrodka, który był popularnie nazywany AGAPE, czyli 'milosc' po grecku.

Na mapie wyliczyłem, że do ośrodka mam ponad 7km, więc po prostu postanowiłem wypożyczyć rower i się przejechać w kierunku granicy.

Po drodze zwątpiłem. Dojechałem praktycznie do samego przejścia granicznego, a następnie odbiłem w prawo i po dziurawej drodze, przemieszczałem się wzdłuż rzeki. W końcu po kolejnych 2 km dotarłem do punktu kontrolnego wojska i zapytałem się ich, czy wiedzą, gdzie znajduje się AGAPE. Potwierdzili i wskazali mi boczną drogę, zaraz obok.

Skręciłem w nią i po kilkudziesięciu metrach, ukazał mi się biały z przestrzała brama wjazdowa, zrobiona z siatki. Dodatkowo wszystko ozdobione drutem kolczastym na szczęście szczycie. Zerknąłem do środka i zobaczyłem kilkoro biegających po podwórku dzieci i jednego, mniej więcej 20letniego chłopaka. Zapytałem go, czy mówi po angielsku, a gdy odpowiedział 'yes', zapytałem, czy może mnie zaprowadzić do opiekuna ośrodka.

Otworzył bramę i poprosił mnie, żebym poszedł za nim.

Ośrodek Agape ma mniej więcej 150m długości i 75m szerokości. Na zabudowę składa się 14 budynków. 2 dormitoria dla chłopców, jedno dormitorium dla dziewczynek, łazienki, biuro połączone z biblioteką, domek dla nauczycieli, 3 budynki z 6 klasami, stołówka, kurnik, duży basen dla ryb, główny budynek i dom Davida, założyciela ośrodka.

Brzmi jak wielki moloch, ale w rzeczywistości są to po prostu ściany i blaszane dachy, zbudowane przez dzieci pod nadzorem i z pomocą Davida i nauczycieli.

Wszystkie budynki użytku codziennego wyglądają prawie tak samo, ale różnią się kilkoma szczegółami. W dormitorium są piętrowe, drewniane łóżka, na których z reguły śpi czworo dzieci. W klasach, gdzie zajęcia mają starsi uczniowie, znajdują się ławki, natomiast najmłodsi (poniżej 9 roku życia) mają zajęcia na ziemi. image image image

Ciekawostką jest kurnik i basen dla ryb, które pozwalają ośrodkowi na małą niezależność. image

David, okazał się być 55 letnim Birmańczykiem, który w przeszłości studiował budownictwo, udzielał się społecznie, ale gdy w 1994 w Birmie wybuchły zamieszki i prześladowania na tle etnicznym, musiał uciekać. Niestety jedynym i najłatwiejszym celem ucieczki dla niego i kilkuset tysięcy innych imigrantów była Tajlandia. Początkowo był zmuszony mieszkać w obozie dla uchodźców, ale gdy w końcu udało mu się uzyskać kartę tymczasowego pobytu, mógł zacząć szukać pracy w strafie przygranicznej. Jak to zwykle bywa z imigrantami, był wykorzystywany i pracował za psie pieniądze, ale nie miał wyjścia, bo na jego miejsce czekało 100 kolejnych. image

Dopiero po blisko 10 latach pracy fizycznej, spotkał pastora kościoła baptystów, z pomocą, którego zmienił wiarę i zaczął nauczać. Wtedy kompletnie zmienił nastawienie do życia i postanowił pomagać innym. Zaangzował się w szkolenia i prace organizowane przez organizacje pozarządowe i zrobił kilka kursów, dzięki którym w 2006 roku rozpoczał legalnie uczyć dzieci w szkole. Za swoją pierwszą wypłatę wynajął mieszkanie, a następnie część dzieci ulicy, które uczyły się u niego w klasie, przygarnął do siebie.

Z czasem jego klasa zaczęła się rozrastać i z kilkunastu dzieci na początku zrobiło się blisko 50. Wtedy z pomocą przyszedł kościół, który zgodził się, żeby w dni powszednie David prowadził zajęcia w kościele. Ale dzieci ciągle przybywało.

W 2007 roku jego klasa liczyła już blisko 100 osób i patriarchowie kościoła poprosili Davida, żeby przeniósł swoją klasę, bo dzieci nie mieszczą się już w kościele.

Nie przejął się tym specjalnie i poprosił, żeby pozwolili mu zostać tam jeszcze przez 4 miesiące, a wtedy się wyniesie. Czas ten wykorzystał na gromadzenie pieniędzy. Z rana uczył w szkole, popołudniami chodził od firmy do firmy i prosił o wsparcie budowy ośrodka, a wieczorami grał na gitarze w restauracjach. W ciągu 4 miesięcy udało mu się zebrać wystarczająco dużo pieniędzy, żeby wykupić kawałek ziemi, Nic specjalnego. Przeciętny człowiek nie widział w tym miejscu nic poza kawałkiem pola i dżunglą, ale David widział budynki, podwórka i uśmiechnięte dzieci. To było jego marzenie. Wybudować ośrodek dla opuszczonych i porzuconych dzieci, w którym będą mogły dorastać w atmosferze braterstwa, miłości i wiary.

Zaczął skromnie. Wraz z dziećmi wyrąbali bambusowy las, a następnie ich przyjaciele wykarczowali pole. Bambusy posłużyły do wybudowania ogrodzenia i jednego baraku.

Ale na tym się nie skończyło. David należy do ludzi, którzy jak sobie raz znajdą cel, do niego dążą bez przerwy. Na początku narysował sobie mapę ośrodka i ustalił datę 2010. Do tego czasu chce wybudować 14 budynków. Jego znajomi mówili, że to nie możliwe, ale on zaczął pracować jeszcze ciężej. Jako, że nie mógł opuścić strefy przygranicznej, to pisał listy. Dziennie po 30. Do organizacji pozarządowych, do znajomych, do ludzi, których adresy znalazł w starych książkach telefonicznych i tak dalej. Ciężka praca dała owoce i z każdym miesiącem zaczęły się pojawiać nowe osoby, które wspierały marzenie Davida. W końcu w 2009 wszystkie budynki były gotowe, a liczba dzieci w sierocińcu przekroczyła 200.

Mniej więcej taką historię przedstawił mi David na naszym pierwszym spotkaniu, gdy siedzieliśmy w biurze. Byłem tak oczarowany tym człowiekiem. O ile na początku myślałem, że po prostu opowiada mi to wszystko, żeby wyciągnąć ode mnie kasę, to później zrozumiałem, że robi to, żeby przedstawić mi pełen obraz tego, co się dokonało w tym miejscu.

Miał tylko jeden problem. Nie współpracuje z organizacjami pozarządowymi. O ile w czasach posperity były pieniądze i datki od indywidualnych, to gdy przyszedł kryzys, zaczęło być ciężej. Dodatkowo mimo wielkich chęci ciężko jest mu znaleźć nauczycieli angielskiego, bo sierocińców i szkół dla dzieci imigrantów jest w regionie 70, a obcokrajowców może 100 i zdecydowna większość z nich przyjechała właśnie za pośrednictwem organizacji pozarządowych.

Wtedy bez chwili namysłu powiedziałem, że chętnie zostanę na kilka dni i będę uczył angielskiego. Wtedy tylko się uśmiechnął i powiedział, żebym spokojnie to przemyślał, a jeśli się zdecyduje, to żebym wrócił jutro.

Wtedy zapytałem go, czy mógłby mi pokazać cały ośrodek i chętnie się zgodził. Zaczął mi pokazywać każde miejsce po kolei, ale jakoś nigdzie nie widziałem dzieci. Dopiero po 5 minutach dotarliśmy na drugi koniec ośrodka, gdzie mniej więcej 50 dzieci budujących fundamenty. Zatkało mnie. Najstarsi chłopcy, którzy mieli może 14 lat, układali formy i wstawiali żelazne wzmocnienia. Zapytałem Davida, skąd wiedzą, jak to wszystko robić, ale właśnie wtedy wytłumaczył, że studiował budownictwo, a teraz całą nabytą wiedzę przekazuje dzieciom. Nawet jeśli poziom edukacji w szkole nie jest powalający, to przynajmniej po jej ukończeniu, będą potrafiły budować budynki.

Wtedy wiedziałem już jedno. Wracam do miasta, załatwiam wszystkie rzeczy, które muszę załatwić przed wyjazdem do Birmy i jutro rano wracam do sierocińca.

Gdy wróciłem do hostelu, poznałem mega fajną parkę. Włocha Rino i Belgijkę Weronikę. Cały podniececony opowiedziałem im, gdzie byłem, a oni się nakręcili jeszcze bardziej. Okazało się, że Weronikę dwa dni temu ugryzł pies i przez najbliższe 2 tygodnie musi się pojawiać w szpitalu na zastrzyki. Dla nich oznaczało to mniej więcej tyle co dwa tygodnie nudy, ale możliwość nauczania angielskiego w sierocińcu była dla nich gwiazdką z nieba. Wytłumaczyłem im, jak tam dojechać i tak samo jak ja, wypożyczyli rowery i pojechali porozmawiać z Davidem.

W międzyczasie poszedłem porobić kolorowe kopie paszportu (już nigdy więcej nie wyciągnę paszportu poza przejściem granicznym) i kupić zapas nowych baterii. Praktycznie cały wieczór miałem wolny, więc na początku siedziałem na ganku rozmawiając na Skypie z rodzinką, a później pogadałem z Rino i Weroniką, którzy wrócili równie podnieceni jak ja i oznajmili, że jutro rano jedziemy razem do po prostu spędziłem dwie godzinki pisać bloga, a do poduszki czytałem przewodnik po Birmie.

Dzień 71

Z Davidem umówiliśmy się o 6.30 przed hostelem, ale o 7 rano wciąż go nie było. Nie mieliśmy do niego numeru, ale postanowiliśmy, że po prostu pojedziemy i zobaczymy, czy coś się stało. Problem polegał na tym, że wszyscy mieliśmy podobne podojście do wydawania pieniędzy i średnio chciało nam się brać taksówkę. Stwierdziliśmy, że po prostu pójdziemy łapać stopa i jakoś to będzie.

Mieliśmy do przejechania około 9 km, ale jakimś cudem, nawet gdy łapaliśmy stopa w 3 osoby, z tabliczką '5km' się udało. Po minucie mieliśmy transport aż do ośrodka, bo kierowca okazał się być na tyle miły, że nas podrzucił aż pod drzwi.

Idąc do bramy minął nas David, który po prostu dzisiaj wyjątkowo dużo czasu spędził na rynku i nie miał nas jak poinformować, żebyśmy poczekali trochę dłużej.

Ja miałem plan spać w hamaku, a młoda para dostała kawałek podłogi w domku dla nauczycieli. Spędziliśmy 30 minut na rozpakowaniu się i ogarnięciu wszystkiego, a następnie ja zabrałem się za pomoc przy stawianiu ogrodzenia, a Weronika i Rino pojechali do szpitala na zastrzyki.

I chciałbym napisać coś więcej o tym dniu, ale są rzeczy, których opisać się nie da. Dlatego po prostu poogladajcie zdjęcia. To nie są zwykłe dzieci. To są mali herosi, którzy już sprostali wyzwaniom, którym nie podołałoby wielu dorosłych, a przed nimi jeszcze wiele kolejnych i to coraz większych. image image image image image image image image image image

o 18 miała się odbyć msza, ale gdy pojawiłem się na sali, to mimo, że wszycy już czekali, to Davida wciąż nie było. 19.30 i ciągle nic. W końcu poszedłem do niego do domu i się okazało, że żołądek boli go tak mocno, że się nie może ruszać. Na szczęście jednak w końcu pojawił się na sali i wspólnie się modliliśmy i śpiewaliśmy. image image image

Wieczór spędziłem z Davidem, Weroniką i Rino rozmawiając o wszystkim i o niczym. W pewnym momencie przypomniałem sobie, że przecież wziąłem ze sobą hamak, więc postanowiłem go rozwiesić między słupami na podwórku i miałem idealne spanie. image

Dzień 72

Poniedziałek. Zaparłem się, żeby wstać o 5.30, bo dokładnie o tej porze David jeździ codziennie na rynek robić zakupy. Gdy usłyszałem, że dookoła powoli wszyscy budzą się do życia, więc zwlekłem się z hamaka i wciąż wyglądając jak zwłoki, wturlałem się do pick-upa. Oprócz mnie na pace siedziało dwóch 13 letnich chłopaków, a w środku auta David z żoną. image

Rynek okazał się być pełen ludzi, którzy wręcz tryskali energią. Gdy tylko zeskoczyliśmy z auta, zaczęliśmy lawiować pomiędzy kolejnymi stoiskami z żywnością, zwierzętami i zaparkowanymi gdzie popadnie skuterami i rowerami. Codziennie rano David musi kupować jedzenie dla 300 osób, bo nie są w stanie pochować do lodówek takich ilości jedzenia. Dlatego codziennie rano kupują np. 40kg ryżu, warzywa 10kg kurczaka i ryby. A gdy już wszystko zostanie skompletowane, to wracają do sierocińca. image

Wróciliśmy o 7 rano i wszędzie były już rozchihrane dzieci. Myślałem, że będę musiał pomóc rozładowywać, ale okazało się, że ośrodku wszyscy znają swoje role i obowiązki. Jak tylko podjechaliśmy, to pojawiło się 4 najstarszych chłopaków, którzy wzięli najcięższe rzeczy, a reszta młodszych te lżejsze i zaczęli je wszystkie nosić do kuchni.

Ledwo auto zostało rozładowane, a już ruszało znowu. Tym razmem po dzieci z okolicy. W ośrodku na stałe mieszka około 200 dzieci, ale oprócz tego ośrodek jest też szkołą dla najmłodszych z sąsiedztwa. Dlatego codziennie rano David lub jeden z nauczycieli robi dwa 30 minutowe kursy, w trakcie których zgarnia kolejne dzieci. image

Oczywiście usiadłem na pace, co zostało skwitowane przez każde z wsiadających dzieci, wesołym 'Hello!'. Na początku myślałem, że do środka może wejść max 20 osób, ale dzieci, to dzieci i za każdym razem jakimś cudem mieściło się ich 50. image

8.00 wszystkie dzieci były już w szkole. I wbrew pozorom zajęcia się wtedy nie zaczynają. Dopiero o 8 nauczyciele jedzą śniadanie, a dzieci po prostu spędzają ten czas na zabawie. image image

Właśnie zabawa. Gdy teraz patrzycie na dzieci w szkołach, to większość z nich bawi się telefonami czy wybiega za szkołę na papierosy, W Agape wszystkie dzieciaki albo grają w dwa ognie, albo w gumę, albo po prostu w szachy, ale pionki zastępują kapslami. image image image

o 8.45 można usłyszeć pierwszy dzwonek. Wtedy wszyscy gromadzą się na głównym placu, gdzie jest też zamontowany prowizoryczny masz i wciągają na szczyt tajską flagę. image

Pomyślałby kto, że to koniec, ale nie. Dopiero wtedy zaczyna się coś, dla czego mógłbym tu zamieszkać. Śpiewanie. 30 minut śpiewania, skakania, klaskania. Taka kumulacja energii, że dla całego miasta by starczyło. Gdy kończą się śpiewy, wszyscy siadają i przez 5 minut modlą się, a później po ostatniej piosence 'odlatują' do klas. image image image image

Tak byłem tym wszystkim zaaferowany, że kompletnie zapomniałem, że mam uczyć angielskiego. Dzieci rozbiegły się do klas, a ja dalej w najlepsze wszystko kręciłem. Dopiero po chwili podszedł do mnie David z markerem i powiedział; 'Masz tu markera i idz do swojej klasy'. Zamurowało mnie. ' Czego ja mam uczyc te dzieci? I jak? Przeciez one nie mowia po angielsku, a ja nie znam ani slowa po birminsku'.

Wszedłem do klasy z 8 ławkami, odwróciłem się w stronę stojących uczniów i zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, usłyszałem gromkie 'Good morning teacher'. Po raz kolejny mnie zatkało. No ale nic. Trzeba coś zrobić. Więc zacząłem mówić. Powoli, spokojnie i gestykulując. Byłem niemal na 100% pewny, że połowa klasy nie miała pojęcia, o czym mówię, więc po prostu zacząłem pisać na tablicy nazwy poszczególnych rzeczy, które widziałem w klasie. Stół, krzesło, książka, długopis, kamera, tablica, okno, drzwi, buty, torba itd. Następnie napisałem 6 czasowników: chodzić, skakać, siedzieć, wspinać się, pisać, oraz I am, You are, he,she is, We are, You are i They are. 30 minut mi zajęło zanim się upewniłem, że wszystkie dzieci rozumieją każde słowo i potrafią je powtórzyć. Wtedy poszedłem dalej i po narysowaniu na tablicy kostki na stole nauczyłem ich słów - przed, za, pod, nad, obok, na itd. Dopiero wtedy postanowiłem wszystko połączyć w całość. image

Usiadłem na ziemi, wziąłem do ręki krzesło i podniosłem je nad siebie, tłumacząc powoli - 'I am sitting under the chair'. Później usiadłem na nim i ta sama historia - 'I am sitting on a chair'. Chwilę później dla utrudnienia dodałem piłkę i aparat i po kolei prosiłem każdego, żeby podchodził i sam coś robił. Załapali. Dzwonek. Przerwa. Uff. 2h minęły jak z bicza strzelił. image

Przerwa trwa godzinę i w tym czasie wszyscy jedzą obiad i o 13 znowu wracają na zajęcia. I jest ciężej.

O ile rano wszyscy byli skupieni, to po obiedzie powoli każdy odlatywał. Zauważyłem kompletny brak entuzjazmu przy nauce kierunków, więc kazałem wszystkim wstać i zarządziłem wyjście w teren. Wziąłem kartkę, napisałem na niej 'Home', a następnie dawałem każdemu do ukrycia i dana osoba musiała po angielsku wytłumaczyć klasie, która ustawiła się w ciuchcie, jak dojechać do domu. Zabawa przednia i cel osiągnięty. Gdy wróciliśmy do klasy, znowu powtórzyliśmy wszystko to, co przerabialiśmy rano i zaczęliśmy części ciała. Tutaj też było prosto, bo wszystko jest do pokazania, więc po chwili wszyscy pukali się w nosy, kolana i brzuchy. Złapali. Dzwonek. Koniec. Uff. Byłem zmordowany, ale klasa zamiast wybiec z sali czekała, aż skończę zmazywać tablicę, a gdy się odwróciłem, wszyscy razem krzyknęli 'Thank you very much teacher', a całości dopełniła jedna z dziewczynek z ostatniej ławki, która podarowała mi własnoręcznie zrobioną (podczas zajęć) bransoletkę. image image image

Dopiero wtedy wszyscy wybiegli i wskoczyli do pick-up'ów, a ja poszedłem do biura i podzieliłem się swoimi wrażeniami z Rino i Weroniką, którzy przeżywali wszystko tak samo jak ja.

Ale zamiast odpoczynku czekała mnie praca. O ile Rino i Weronika się wymigali, bo musieli znowu pojechać do szpitala na szczepienie, to ja zasuwałem razem z dziećmi przy budowie nowej stołówki. Śmiesznie, brudno i mokro image image

o 20 zjedliśmy kolację i padłem jak zabity na hamaku.

Dzień 73

5.30 rynek, a jakże by inaczej. Tym razem jakoś tak całkiem zwawo się zerwałem i wskoczyłem do auta. Szybkie zakupy, powrót i kurs po dzieci, które już bez krępacji wskakiwały do auta i siadały obok mnie. Przy śniadaniu ustaliliśmy z Weroniką i Rino, że czas ruszyć z projektem Postcards from Europe. Ustaliliśmy, że pierwsza część zajęć kontynujemy to, co zaczęliśmy wczoraj, a po lunchu nauczymy ich, jak się pisze listy i dopiero zbierzemy ich i damy pocztówki. image

Do zajęć byłem przygotowany i wiedziałem co robić, żeby ich nie zanudzić.

Po pierwsze powtórka z wczorajszych zajęć. Każdy na 2 minuty przy tablicy i męczyłem ich z różnych kombinacji zdań, które robiliśmy wczoraj. Później wypisałem na tablicy 24 słowa, ale w ten sposób, że brakowało w nich jakiś liter. Następnie każdy musiał podejść do tablicy i uzupełnić brakujące litery w dwóch wyrazach. image image

Gdy skończyliśmy powtórkę, przyszedł czas na nowe słowa i zwroty. Po pierwsze kolory. Miałem ze sobą piłkę zrobioną na wzór globusa, gdzie każde państwo jest w innym kolorze, więc po prostu rzucałem każdemu piłkę i kazałem pokazać jakiś kolor.

Kolejne słowo jakie nam weszło do słownika, to 'have'. Przerobiliśmy z tym wszystkie części ciała, kolory bluzek, spudniczek, spodni, państw, części ciała itp.

Aż w końcu czas na lunch. Zjedliśmy go wspólnie i ustaliśliśmy, że za 45 dam im znać i dopiero wtedy ruszymy z akcją. Plany trochę nam pokrzyżował przyjazd lekarza, który aplikował szczepionki dla części dzieciaków, ale koniec końców mieliśmy tylko 30 minut poślizgu

Wyjaśniłem klasie, czym jest list, a następnie zacząłem pisać przykładowe zdania. 'Nazywam się...', 'Mam .... lat', ' Jestem w 5 klasie podstawówki' 'Zajęcia kończę po południu', 'Wieczorem jem obiad z rodzicami'. I wtedy mnie przytkało, bo choćby nie wiem na jak szczęśliwe wyglądają te dzieciaki, to w mojej klasie tylko dwójka była spoza szkoły. Pozostali mieszkali w ośrodku. Dyskretnie zmazałem ostatnie słowo i zarządziłem przepisanie zwrotów i uzupełnienie ich swoimi danymi.

Pocztówki postanowiliśmy rozłożyć w klasie Weroniki, bo była największa. Dlatego gdy puściłem klasę na 5 minutową przerwę, poszedłem po kartki ii rozłożyłem je na stole w klasie. Dopiero wtedy poszedłem po Rino i swoje dzieciaki i wszyscy weszliśmy do klasy. image

Normalnie dzieciaki rzuciłby się na pocztówki, ale te tutaj mimo, że świeciły im się oczy, to nawet nie podeszły tylko czekały na informacje, co mają robić. image image image image

Wytłumaczyłem wszystkim, o co chodzi, rozdałem kartki i powiedziałem, że teraz mogą sobie wybrać po jednej pocztówce. Wszystkie rzuciły się tak, że krzesła pospadały.

Gdy już każdy wybrał sobie pocztówkę, wróciliśmy do klas i zaczęło się odpisywanie. Normalnie w klasie panuje harmider, ale tym razem było cicho jak makiem zasiał. Od czasu do czasu tylko ciche wołanie 'Teacher!'. I z reguły musiałem im czytać polskie imiona. Magda, Maria, Ola, Ula. Wtedy zadzwonił dzwonek, ale nikt nawet nie drgnął. Wszyscy siedzieli i pisali. Dopiero gdy już mieli pewność, że na ich kartkach nie ma błędów, to mi je oddawali i po ukłonie i słowach 'Goodbye teacher' znikali na podwórku. image image

Gdy już wszyscy skończyli, wyszedłem przed klasę i chowając się pod daszkiem patrzyłem na moją klasę, albo rozeszła się do kuchni przygotowywać posiłek dla pozostałych, albo robić pranie, albo zamiatać podwórko. Patrzyłem i się napatrzeć nie mogłem, bo żadne z nich nie marudziło, tylko z uśmiechem wykonywało swoją pracę.

I wtedy zaczęło lać. Pora deszczowa w pełni. Każdego dnia przynajmniej raz, przez dobre 20 minut leje deszcz. Byłem zmęczony, więc po prostu stałem sobie pod daszkiem i patrzyłem na biegające w deszczu dzieci. W pewnym momencie pomachałem do mojego dwuletniego ulubieńca, który uśmiechnął się szeroko i pociesznie człapiąc w trochę za dużych rzeczach przybiegł do mnie, przez całe podwórko i przytulił mi się do nogi. image

I wtedy wymiękłem na tyle, że zacząłem się zastanawiać, czy nie olać dalszej podróży i nie zostać tutaj na miesiąc i pomagać. Mógłbym wtedy naprawdę już czegoś ich nauczyć, a oprócz tego byśmy pewnie już skończyli stołówkę. Wyżywienie mam, spanie też, więc nie martwię się o nic. Ale wtedy spojrzałem na sprawę z drugiej strony. Jestem podróżnikiem i jestem blogerem. Moim zadaniem jest pomagać, ale dużo więcej dobrego mogę zrobić pisząc o takich miejscach jak to. Prowadzonych przez ludzi, którzy są po prostu dobrzy i mimo różnych przeciwności losu, braku prawa do posiadania czegokolwiek (wszystko musi być zarejestrowane na Tajów) robią kolosalną pracę. Przykład rodziny Azmata z Kirgistanu pokazał mi, że opisując historię mogę robić coś więcej. Zawłaszcza tutaj, gdzie pomoc jest równie potrzebna.

I znowu kolejna rzecz, którą zrobię na 100% po powrocie, to się przejdę po szkołach i bibliotekach i będę zbierał zeszyty ćwiczeń do angielskiego. Bo tutaj znajomość angielskiego jest przepustką do lepszego życia, a dzieci w szkole Davida nie mają ani zeszytów ćwiczeń ani podręczników. Ktoś pomyślałby, że mogą pisać w zeszytach, ale i z zeszytami jest problem. O ile dzieci spoza sierocińca z reguły mają zeszyty, to jego podopieczni piszą ołówkami w takich typowych starych zeszytach, z szarym papierem. Gdy zeszyt się kończy, to po prostu zaczynają gumkować początkowe strony. I tak w kółko. A przecież ilu z nas ma podręczniki czy ćwiczenia z angielskiego z podstawówek czy gimnazjum. Nawet te wypełnione są tu na wagę złota. Bo ani nauczyciele, ani dzieci nie mają pojęcia, jak się angielskiego uczyć.

Żeby Wam pokazać już teraz, jak wygląda sierociniec, w którym pomagam, stworzyłem króciutki zwiastun filmu, który stworzę po powrocie do Polski.

Jeśli ktokolwiek jest zainteresowany jakąkolwiek pomocą dla sierocińca, to proszę o kontakt emailowy: email usunięty

Komentarze (6)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.