Wczoraj spałem jak zabity już o 20, więc już jak tylko zaczęło świtać, to zacząłem się niespokojnie wiercić. "Czas się zbierać" - pomyślałem i usiadłem na karimacie. Jeszcze nieprzytomny otwieram namiot, a tam w najlepsze siedzi sobie kucuś. Spotkałem się już z nimi w Kirgistanie, ale jeszcze ani razu w Indochinach. Oznaczało to mniej więcej tyle przebieranie i pakowanie się w towarzystwie nieznajomego, którego fascynował nawet mój biały t-shirt.
Namiot, po noclegu nad jeziorem, był jeszcze dość wilgotny, ale stwierdziłem, że wysuszę go później i raz dwa spakowałem się i wyszedłem na trasę. Była 5.30 rano. Chyba jeszcze nigdy tak wcześnie nie zacząłem. Ruch jak zwykle o tej porze, czyli żaden, więc po prostu usiadłem sobie na plecaku i nie wiedzieć czemu zacząłem w kółko nucić piosenkę "bo do tanga trzeba dwojga". Nie pytajcie mnie czemu, bo nie wiem. Co więcej - nie miałem pojęcia, że znam słowa do tego, a tu nagle potrafię całą pierwszą zwrotkę i refren.
Mniej więcej po dwudziestym powtórzeniu pojawiła się pomoc w postaci ambulansu, na który zamachałem raczej dla rozrywki, niż próby zatrzymania go, ale o dziwo się zwolnił obok mnie. Cały uchachany wskoczyłem do środka i zacząłem się rozglądać. Dzisiaj wiem jedno. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał jechać takim ambulansem w potrzebie. Był zdezelowany i tak naprawdę, poza antycznym respiratorem, nie było tam niczego. Mało tego, to sól fizjologiczna czy woda utleniona były po prostu przelane w stare butelki po Pepsi i opisane naklejkami.
Wysadzili mnie w centrum ostatniej miejscowości przed Bagan. Szybko spojrzałem na mapę i po chwili liczenia wiedziałem, że czeka mnie około 30 minut marszu. Nie myśląc wiele, zarzuciłem plecak i żwawo ruszyłem przed siebie, bo wciąż było wcześnie, więc słońce nie dawało się tak paskudnie we znaki. Gdy już udało mi się opuścić miasto zostałem zabrany przez pick-upa, który wysadził mnie dokładnie w samym centrum Bagan.
Samo Bagan jest podzielone na trzy główne części. Stare Bagan, Nowe Bagan i Nyaung U. W sumie obszar kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych, na którym zlokalizowane jest ponad 2000 większych i mniejszych świątyń.
Nie wiem czemu, ale spodziewałem się tłumów, a tym czasem przez pierwsze dwie godzinych przechadzania się pomiędzy kolejnymi budowlami, nie spotykałem nikogo poza rolnikami i pasterzami. Czas tutaj jakby się zatrzymał. Same stare drewniane wozy, rolnicy i pasterze z tradycyjnymi nakryciami głowy, a w tle ponad tysiącletnie świątynie.
Dopiero gdy doszedłem do jednej z większych świątyń w okolicy, zobaczyłem maleńki bar i parę osób wchodzących i wychodzących ze środka.Planowałem usiąść tam na chwilę i odpocząć, bo mocowania plecaka już dość mocno dawały mi się we znaki i zbliżało się południe,, więc wolałem ten czas przeczekać w cieniu.
Wchodząc do świątyni minąłem w przejściu dwójkę białych, którzy mnie pozdrowili, więc im grzecznie odpowiedziałem, a po chwili stwierdziłem, że warto zapytać, gdzie się zatrzymali, bo może mają jakieś tanie miejsce. Zaczęliśmy rozmawiać i powiedzieli, że nocują w hostelu za 8$ co jest bardzo przyzwoitą ceną jak na birmińskie warunki, ale oprócz tego dodali, że jak chce, to mogę spać w okolicach świątyni pod namiotem i nikt nie będzie mi robił problemów. Wtedy w mojej głowie zapaliło się światełko ostrzegawcze. Nikt z zachodnich turystów nie wpadłby na taki pomysł, więc zapytałem, skąd są i w odpowiedzi usłyszałem "Poland". Ale jaja - wykrzyknąłem i aż się uśmiechnąłem. Od wyruszenia nie spotkałem żadnych rodaków, aż tu nagle dwoje na kompletnym pustkowiu. Ale okazało się, że to nie koniec. Od słowa do słowa ustaliliśmy, że zarówno ja jak i oni piszemy blogi o podróżach. Wciąż mało. Oboje studiowali w Gdańsku i mają tam mieszkanie!
Mógłbym opisywać to, że podróżują od 3 lat i mieli takie przygody, że aż mnie zazdrość zżera od środka, ale po prostu polecę Wam ich bloga, na którym opisali zarówno siebie jak i swoją trasę. www.z2strony.pl
Z mojej strony mogę napisać tyle co widziałem, czyli dwójkę szczęśliwych, dowcipnych, inteligentnych, młodych ludzi, którzy realizują swoje marzenia. Przesympatyczni i mimo tego, że są ode mnie starsi o te 7 lat, to dogadywaliśmy się bezbłędnie i nadawaliśmy na tych samych falach.
Po 30 minutach rozmawiania w przejściu, zaproponowali mi, żebym wrócił do hostelu z nimi. W sumie mega spodobał mi się pomysł, więc wraz z Tomkiem jakoś zapakowaliśmy mój plecak na ramę jednego z ich rowerów i ruszyliśmy w blisko 45 minutowy spacer do Nyaung U
Po dotarciu na miejsce marzyłem tylko o prysznicu i chwili odpoczynku, więc wspólnie ustaliliśmy, że jak już się ogarnę, to wspólnie przejdziemy się na obiad.
Po szybkim prysznicu i klasycznym praniu w zlewie, byłem gotowy na obiad, bo zapas, który zrobiłem sobie wczoraj, dramatycznie się kończył. Po krótkim spacerku dookoła "miasta", w końcu zdecydowaliśmy się usiąść w jednej z knajp, gdzie zamówiliśmy ryż z wszelkiego typu dodatkami, za które Tomek z Magdą zapłacili równowartość 15zł(skubańcy zarobili się w Australii i nie chcieli mi pozwolić, żebym zapłacił za siebie;)). I znowu. Zjedliśmy, a i tak siedzieliśmy jeszcze blisko godzinę i rozmawialiśmy o podróżach, o blogach i o naszych planach na przyszłość.
W końcu jednak się ruszyliśmy do hostelu, bo zbliżała się 16. Czas nas gonił. bo ja musiałem jeszcze napisać post na bloga, a Tomek z Magdą o 17 chcieli pojechać rowerami na zachód słońca, w okolice świątyń. Brzmiało mega spoko, więc postanowiłem do nich dołączyć.
Zachód, mimo ciemnych, burzowych chmur okazał się super pomysłem. Widok ze świątyni był po prostu nieziemski.
Ciekawą sprawą było również mini targowisko przed wejściem. Kilkudziesięciu mieszkańców Bagan, na wszelakie sposoby próbowało sprzedać swoje artykuły turystom. Począwszy od pocztówek(tak, pamiętam i mam już blisko 80 gotowych do wysłania), przez spodnie, koszulki i obrazki. Dodatkowo prześmiesznie się targowali i używali wielu ciekawych chwytów. Jeden chłopak jak się dowiedział, że jesteśmy z polski, to reklamował swoje malowidła powtarzając po polsku - "Super okazja! Taniej niż w Biedronce!". Dziewczyna, która sprzedawała koszulki też robiła co mogła i gdy jednak przyjęła do wiadomości, że nie kupię od niej nic to powiedziała "Marry me and all t-shirts for free".
Gdy już słonce zniknęło pojawiły się pioruny, a że była dopiero 18.30, więc postanowiliśmy pojeździć jeszcze trochę po ciemku i spróbować zrobić zdjęcia, na których uwiecznimi grom z czarnego nieba. W moim przypadku aparat nie wchodzi w grę, bo zwykła kompaktówka nie podoła takim zabiegom, ale kamera jak najbardziej. Jako pierwszy uwieczniłem piorun na tle świątyni. Później Magda, a Tomek, no cóż, Tomek ma jeszcze przed sobą rok podróży, więc może kiedyś mu się uda.
W końcu zawróciliśmy do hotelu i ścigając się z kropiącym deszczem, jechaliśmy w ciemnościach, rozświetlanych co kilkadziesiąt metrów przez pojedyncze latarnie. Resztę wieczoru spędziliśmy na tarasie pijąc zimne piwo i rozmawialiśmy do 23.

























z tekstem "Taniej niż w Biedronce!" spotkałem się w Egipcie :D i myślałem, że takie ceny tylko w sklepie u Muhammada AKA Czesia
Pozdrawiam z Brazylii :)
http://poriomaniacy.blogspot.com.br/