To, że w nocy padało, to mnie średnio obchodziło. Bardziej bolał mnie fakt, że jak już przestało, to krople spływającego z dachu deszczu, z hukiem uderzały o jakąś blachę na podwórku. I to tak irytująco, że nawet jak już założyłem słuchawki i puściłem muzykę, to słyszałem tą przeklętą blachę.
Na szczęście mimo planu zerwania się o 5 rano, spałem do 8, bo non stop padał deszcz. Dopiero później na chwilę się przejaśniło, więc zjadłem śniadanie, pożegnałem się z ekipą i ruszyłem przed siebie. Oczywiście daleko nie zaszedłem, bo znowu zaczęło lać. Usiadłem więc na jakiś schodach i po prostu czekałem aż pogoda w końcu pozwoli, żebym szedł bez ryzyka przemoknięcia na całego.
W końcu po godzinie przejaśniło się na tyle, że mogłem ruszyć. Jak zwykle wybrałem drogę "na skróty", która w moim przypadku prawie zawsze jest na około, ale dzięki temu trafiam w maleńkie uliczki i często mam szansę na magiczne zdjęcie, Tym razem udało mi się uchwycić czwórkę dzieci wychodzących ze szkoły i jest to jedno z tych zdjęć, z których jestem wyjątkowo dumny.
Po dłuższym spacerku udało mi się wydostać za miasto i w świetnym humorze szedłem przed siebie, odwracając się tylko wtedy gdy usłyszałem coś zbliżającego się w moim kierunku. Szedłem środkiem, bokiem, zatrzymywałem się i patrzyłem wstecz. Było bosko. Brak słońca, rześkie powietrze, przyjemna temperatura i świadomość, że znowu jestem na trasie.
Udało mi się zatrzymać ciężarówkę, która wiozła masę materiałów na strzechce tradycyjnych birmińskich domów plus kilkadziesiąt ściętych bambusów. Oczywiście czekała mnie miejscówka na pace, gdzie oprócz mnie siedziała jeszcze młoda dziewczyna i poczciwa staruszka.

Wprawdzie podwieźli mnie tylko 20 kilometrów, ale było miło i przyjemnie. Schody zaczęły się dopiero jak wysiadłem, bo przez kolejne 30 minut nie minęło mnie żadne auto. Dopiero po 13 w końcu zobaczyłem ciężarówkę, która się zatrzymała.

Z dwójką miłych kierowców spędziłem blisko 5 godzin w drodze do Mandalay. Dodatkowo byli tak mili, że zaprosili mnie na obiad do jednej z restauracji. Tam miałem okazję podglądać jak się przygotowuje tradycyjne birmińskie jedzenie, aczkolwiek większość, nie licząc szpinaku, była po prostu odgrzewana.

Do Mandalay dotarłem o 19 i po szybkim zabukowaniu się w hostelu poszedłem do kafejki internetowej, żeby przygotować kilka postów na zapas. Zajęło mi to blisko 4h, bo internet w Birmie działa wolniej niż gdziekolwiek indziej. Zwykły gmail otwiera się blisko 2-3 minuty, a uploadowanie zdjęć do internetu trwa wieki.
Post krótki i nudny, bo taki był też ten dzień. Obiecuje, że jutro lub pojutrze (jeśli znajdę gdzieś internet), to wrzucę dwa kolejne, które są mega długie.
Póki co jestem w Monywa i jutro ruszam w kierunku Kalewa, a dalej do Tamu, gdzie jeśli spróbuje przekroczyć granicę z Indiami. Póki co problem jest taki, że w internecie jest niewiele informacji o tym regionie i jedyną wiedzę jaką mam czerpię od ludzi spotkanych po drodze. Przy czym o wszystkich wyzwaniach związanych z próbą dostania się do Indii będziecie mogli niedługo poczytać;) Trzymajcie kciuki!





Komentarze (4)
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.