Klimatyzacja ma jeden minus. Jak się zrobi pranie, to rzeczy w pokoju nie wyschną w jeden wieczór. Nie ma nic gorszego niż wsadzić wilgotne ciuchy do plecaka, więc po prostu ubrałem na siebie mokry T-shirt i spodenki. W ogóle nie wiem co mi do głowy strzeliło, żeby brać w podróż 3 białe t-shirty. Praktycznie za każdym razem pranie ich ograniczało się do skromnego namydlenia i 5 minutowego szorowania, więc w tym momencie są one bardziej szaro-żółte niż śnieżnobiałe.
Tak czy inaczej hotel opuściłem o 2.30 i zwawo ruszyłem w kierunku nabrzeża. Ulice kompletnie ciemne, zero ludzi i tylko od czasu do czasu gdzieś w oddali słyszałem przejeżdżający motor. Jednak zbliżając się do rzeki, w jednej z uliczek zobaczyłem ruch, a następnie warczenie. Z ciemności wyłoniło się około ośmiu, powolnie zbliżających się w moim kierunku, psów. Na oko każdy ważył nie więcej niż 20kg, ale niespecjalnie mnie to pocieszało. Zatrzymałem się i przez chwilę myślałem, żeby zwrócić i spróbować znaleźć jakąś inną drogę, ale zgraja pochodziła coraz bliżej. W tym momencie się wystraszyłem. W najgorszym wypadku trochę pogryzą, ale będzie to oznaczało serię zastrzyków w lokalnym szpitalu i blisko 2 tygodnie w plecy., Sprawnie wyciągnąłem z plecaka pałkę teleskopową i gaz. Pierwsza zasada "zero gwałtownych ruchów". Dlatego po prostu zszedłem na bok drogi i próbowałem spokojnie ominąć watahę. Druga zasada "Nie okazywać strachu". Z tym było gorzej, ale nie odwracając się do nich plecami i trzymając w dłoniach gaz i pałkę czułem się pewniej. W pewnym momencie byłem już przekonany, że je minąłem, ale jeden z nich nagle się zerwał i w błyskawicznym tempie pokonał dzielące nas 5 metrów. Odruchowo machnąłem pałką i strzeliłem go w pysk. Zaskomlał, ale w tym momencie dwa inne psy skoczyły w moim kierunku. Nie myśląc wiele nacisnąłem spust gazu i skierowałem go w stronę całej watahy. Poskutkowało. Wszystkie trzy trafione z bliskiej odległości zaczęły skomleć i uciekać, a pozostałe nie paliły się do sprawdzenia jak bardzo skuteczny jest gaz.
Jeszcze przez 50 metrów szedłem tyłem obserwując cały czas psy, które po chwili zniknęły za rogiem po czym zacząłem jeszcze szybiej iść w stronę nabrzeża. Psy, głupota o którą się nikt nie martwi w podróży, a jakiego wielkiego stracha może napędzić, to głowa mała.
Po 10 minutach poszukiwania właściwego doku, załadowałem się na łódź pełną ludzi, bagaży i jedzenia. Po chwili przyszedł jeszcze policjant, który na początku chciał mnie naciągnąć na dodatkowe 10$ za "pozwolenie" na przepłynięcie łodzią do Kalewa, ale powiedziałem mu, że byłem wczoraj w biurze imigracyjnym i nie ma mowy o żadnych dodatkowych opłatach, więc odpuścił i spokojnie wcisnąłem się między dwie walizki, trzech współpasażerów, słup i nogę osoby siedzącej za mną.
Jeśli cokolwiek w Birmie ma odjechać o np. 3 w nocy, to bądźcie pewni, że wystartuje dopiero godzinę później. Ruszyliśmy o 4 i postanowiłem, że do wschodu słońca sobie pośpię. Na początku było to dość trudne i bynajmniej nie dlatego, żeby było niewygodnie, ale dlatego, że z głośników dobywała się podkręcona na full regulatror modlitwa buddystów. Gdyby nie słuchawki i muzyka z mp3, to chyba bym zwariował.
Obudziłem się dokładnie w momencie gdy zaczynało świtać. Ostrożnie usunąłem z brzucha nogę współpasażera i zacząłem się przemieszczać w kierunku burty.
Rzeka Chindwin wije się mniej więcej 400km na północ w okolice birminskiej części Himalajów, ale przed sobą miałem do pokonania 'jedynie' połowę tej trasy. Usiadłem sobie na burcie i patrzyłem na wschód słońca rodem z filmów o dzikich, niezbadanych terenach. Krwistoczerwone słońce wpierw nieśmiało przebijalo się przez niskie partie chmur, żeby w końcu z pełną mocą unieść się nad wszechobecne palmy. Mimo wczesnej pory, na rzece znajdowały się już drewniane łodzie rybaków z okolicznych wiosek.
Z burty zostałem przegoniony przez marynarzy, ale po chwili zaprosili mnie na dziub, więc siedziałem sam między mostkiem, a kotwicą dziobową i oniemiały podziwiałem to co rzeka miała do zaoferowania za każdym kolejnym zakrętem.
Co mniej więcej 30 minut, na jednym lub drugim brzegu, pojawiała się mała wioska rybacka. Kilkanaście bambusowych chat, pokrytych wysuszonymi liśćmi palm, prowizorycznie zbitymi ogrodzeniami i schodami prowadzącymi do rzeki. Przy niej od samego rana kręcili się ludzie ładujący sieci do łodek. Część z nich służyła do połowu ryb, a część jedynie do transportu ludzi. Otóż wbrew pozorom połów ryb zapewnia jedynie przetrwanie, a źródło dochodów generuje handel żywnością z łodziami kursującymi po rzecze. Gdy tylko łódź zbliża się do wioski, jej mieszkańcy wybiegają z małymi pakunkami, wskakują do łodek i jak najszybciej próbują się dostać na łódź z pasażerami. Często wygląda to jak wyścig smoczych łodzi, bo wszystkie łódki idą łeb w łeb, a szansę na sprzedanie czegokolwiek, ma ze reguły tylko pierwsze kilka osób, które pojawią się wśród pasażerów.
Jednak sama podróż jest nużąca i trwa blisko 13 godzin. Pierwsze 8 dość szybko mija, ale gdy dochdzi południe, to skwar robi się nie do wytrzymania. Chciałem się posmarować kremem z filtrem, ale mój plecak był 'gdzieś' i nie miałem pojęcia jak się do niego dostać, więc próbowałem łapać jakikolwiek cień. Wychodziło mi to średnio.
O 16 łódź dotarła do Kalewy. Ledwo się z niej wydostałem, bo ludzie znajdujący się na brzegu, dosłownie walczyli o to, żeby na nią wejść. Wydostanie się dodatkowo utrudniało grząskie błoto na przy wysiadce. Oczywiście w żadnej miejscowości nie było żadnego mola czy portu, tylko łódź wbijala się dziobem w brzeg i kto mial wysiadać to wyskakiwal i lądował po kolana w błocie. Nie inaczej było ze mną. Wyskakując z dwoma plecakami wyladowalem w błocie tak głęboko, że miałem problemy żeby wyciągnąć z niego nogi.
Na brzegu splukalem z siebie największe błoto wodą z butelki i ruszyłem dalej. Od granicy z Indiami dzieliło mnie ostatnie 140km. Wyszedłem za miasteczko i zacząłem łapać. Po 20 minutach pojawiła się taxowka z żołnierzami w środku, ale okazało się, że mogą mnie podwiezc za darmo do krzyżówki, z której prowadzi już ostatnia prosta do Tamu.
Jechałem z nimi blisko 2h, bo trasa była w tragicznym stanie. Wyrwy w postaci kilkumetrowych dziur wyplukanych przez wodę, czy koleiny takie, że musieliśmy wysiadać i przepychac nasze auto. Na ostatnią prostą trafiłem o równo ze zmierzchem.
Sprawa była prosta. Albo uda mi się złapać coś teraz albo dopiero jutro rano, ale znowu miałem szczęście i po chwili pojawiła się ciężarówka jadąca prosto do Tamu. Jaralem się okrutnie, ale jednocześnie gorąco modlilem, żeby nigdzie mnie nie cofnęli, bo byłem już zbyt blisko.
Trasa z Kalewa do Tamu jest delikatnie mówiąc średnia nawet jak na birminskie warunki. Pełna stalowych, wojskowych mostów i tak wąska, że miniecie się dwóch aut wymaga zjechania na pobocze. Między innymi dlatego pokonanie dystansu 100km zajęło nam ponad 2 godziny. Do tego doszła 30 minutowa przerwa na posiłek.
W czasie kolacji, w barze, wzbudziłem większą niż zwykle sensację, bo biali po prostu tu już nie trafiają. Niektórzy z miejscowych, mówiący lamanym angielskim, zaczeli mnie wypytywac o wizę, więc odpowiedziałem, że mam, ale w głowie znowu zapaliło się ostrzegawcze światełko. Jeżeli pytają o wizę, to znaczy, że mogą mieć na myśli specjalne pozwolenia. Postanowiłem się tym nie martwić do momentu ewentualnej kontroli.
Gdy wróciliśmy do ciężarówki, to uciąłem sobie drzemkę, ale w pewnym momencie zostałem obudzony przez kierowców powtarzających w kółko 'Imigration'. Rozejrzalem się dookoła, ale poza malutkim sklepikiem z jedną zarowka nie widziałem nic. Dopiero gdy wysiadlem z szoferki zobaczyłem ledwie widoczny napis 'Imigration', ale nie było tam nikogo. Zaczęliśmy szukać i wołać, ale odpowiedziała nam cisza, więc po prostu po 5 minutach, w absolutnej ciemności, ruszyliśmy dalej.
Sprawdziłem mapę i zobaczyłem, że do Tamu brakuje nam mniej niż 30km. W pełni rozbudzony siedziałem już jk na szpilkach. Był punkt kontrolny i nie zostałem na nim spisany, więc oznacza to, że jestem tu nie dokonca legalnie i lekko naginam zasady odpowiedzialnego podrozowania, ale w razie czego są ze mna kierowcy, którzy poswiadcza, że szukaliśmy i nikogo po prostu tam nie było.
Po jakimś czasie przez lewe okno szoferki zacząłem dostrzegać maleńkie, jasne punkty wyznaczające linię graniczną pomiędzy Birmą a Indiami. GPS poinformował mnie, że do granicy zostało mi mniej niż 15km, gdy nagle zatrzymaliśmy się, bo na drodze pojawił się żołnierz z latarką. W tym momencie żołądek skurczył się i instynktownie wyczułem, że to koniec.
Oczywiście ktoś mógłby pomyśleć, że będzie groźnie, ale wbrew pozorom było raczej spokojnie. Żołnierz był tak zaskoczony, moim widokiem, że przez chwilę się na mnie patrzył z otwartymi oczyma i dopiero po chwili odezwał się, kazał czekać i zniknął w ciemnościach. Minutę później wrócił z wyraźnie zaspanym przełożonym, który poprosił mnie o pozwolenie, ale po prostu zgrywałem głpa i pokazałem paszport, a moja przepustka do granicy miała być wbia już w paszporcie wiza do Indi. Wtedy zaczęły się telefony. Po kolejnych 5 minutach dookoła nas było już mniej więcej 15 żołnieży, którzy z zaciekawieniem przyglądali się całemu przedstawieniu. W końcu oficer wytłumaczył mi łamanym angielskim, że muszę się cofnąć do Khampat i zaliczyć tamten punkt kontrolny, ale nie odpuszczałem. Tłumaczyłem, że jest późno i muszę nocować w hotelu w Tamu i że nie mam jak wrócić i generalnie robiąc wszystko, żeby puścili mnie jeszcze te ostatnie 15km, I znowu telefony i dzwonienie, ale w końcu zaczęli mnie przepraszać i mówić, że bardzo im przykro, ale nie mogą. Bardzo chętnie za to będą mnie odtransportują wstecz.
Wtedy już wiedziałem. Porażka. Jeśli wojsko mnie nie puściło, to z pewnością nie zrobi tego imigracyjny. Załadowałem się więc na skuter jednego z żołnierzy i zawróciliśmy do Khampat.
Gdy ponownie pojawiliśmy się w punkcie imigracji dalej nie mogliśmy znaleźć oficera, więc pojechaliśmy do centrum wioski i znaleźliśmy go w barze w najlepsze bawiącego się nad szlanką "Royal Whisky". Gdy nas zobaczył uśmiechnął się tylko izaprosił do stolika. I znowu pomyślałby kto, że jeden drugiego ochrzani, że zaniedbał obowiązków, ale oni po prostyu w najlepsze usiedli i zaczęli spokojnie rozmawiać. Po chwili Imiracyjny przeszedł na angielski i zaczął mnie wypytywać o pozwolenie, a dalej rozmowa miała taki sam przebieg jak z wojskowymi. Nimozliwe. Przymajmniej do 2015 roku.
Po 20 minutach pożegnałem się z Wojskowym i z Imigracyjnym poszliśmy do jego domu, gdzie zaległem na drewnianej podłodze i zacząłem myśleć.
Nie wiem czemu, ale nie byłem ani trochę smutny. Ktoś pewnie skwituje "A, nie dojechał do Indi, ciota!", albo "Przecież było wiadomo od początku, że to niemożliwe" i mają trochę racji. Nie udało się, ale byłem na swój sposób z siebie zadowolony. Dotarłem daleko, nie było prosto, sprawdziłem wszystkie opcje i na własnej skórze się przekonałem, że póki co po prostu nie da rady. Czy żałuję, że się nie udało? Jasne. Dojechać do Indii stopem z Gdańska, to już osiągnięcie, za które (przyznaję się!) myślałem sobie, że jak wyróżnienia na Kolosach nie dostanę, to je sobie sam wystrugam, ale byłem pyszny i dostałem nauczkę. Wpierw ciężka, kilkudniowa droga, a później cmoknąłem przysłowiową klamkę. Podróż uczy pokory, a prawda jest taka, że czasami mam z nią problem i znajomi żartują, że z moim ego, to się nie mieszczę w pokoju. Ktoś mądry powiedział mi kiedyś, że "człowiek ma w życiu dwa wyzwania. Pierwsze, to pokonać swoje słabości, a gdy już to się uda, to poskromić swoje ego". Dostałem lekcje i lekcje tą zapamiętam na długo.
Następnego dnia okazało się jeszcze, że obszar Indii, który miałem przejeżdzać, nawiedził najpotężniejszy od 100 lat cyklon, więc koniec końców, to mi się poszczęściło.
P.S. Przepraszam za brak wpisów w ostatnim czasie, ale odwiedzałem ostatnio obszary, w których nie ma prądu, a ludzie często o internecie nawet nie słyszeli:)

















Jak patrzę na mapę, na to ile udało Ci się przejechać to naprawdę jestem pod wrażeniem.
Kiedyś znalazłam cytat Wojtka Dąbrowskiego - "Wciąż jest w świecie tyle do zobaczenia... Wiem, że gdzieś tam, u krańca mojego szlaku czeka jeszcze na odkrycie ten mój ostatni i równie fascynujący, ósmy kontynent - miejsce, gdzie spotykają się wszystkie szalone obieżyświaty. Jest coraz bliżej... Ale tam mi na razie niespieszno - na siedmiu kontynentach mam wciąż jeszcze tyle do odkrycia..." i Ty jesteś jednym z takich szalonych obieżyświatów! :) Najlepsze dopiero przed nami! Ciekawa jestem w którym kierunku się udasz następnym razem!
Pozdrawiam!