2013 · Autostopem przez życie

Dzień 82 - ładowanie baterii

← Wszystkie wpisy

Wczoraj guru wioski powiedział mi jasno - "Do Kalewa nie dojedziesz. Musisz wziąć łódź". Nie miałem wyjścia i musiałem się cofnąć do Monywa, które było odległe od Taize o około 200km.

Chciałem wstać jak najszybciej, żeby jak najdłużej maszerować w chłodzie, ale gdy rano się obudziłem, to wiedziałem, że nie ma mowy o jakimkolwiek chodzeniu. Ramiona i biodra bolały po prostu nieziemsko, O ile ruszać się mogłem spokojnie, to gdy w końcu zarzuciłem plecak na siebie, aż stęknąłem z bólu. Ramiona piekły jak diabli.

Wyszedłem przed hostel i po przejściu kilkuset metrów miałem dość. Mimo dodatowego podkoszulka, zrulowanego na ramionach, to nie dało się iść. Rzuciłem plecak na ziemię i usiadłem praktycznie na środku drogi, czekając na jakiekolwiek auto.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po 6 w końcu pojawił się na horyzoncie spory terenowy samochód i po krótkiej rozmowie z kierowcą, ustaliliśmy, że jedzie do Monywa. Usiadłem z tyłu i mimo, że na początku próbowałem podtrzymać rozmowę, to  w końcu zasnąłem i kierowca obudził mnie dopiero w centrum miasta. Normalnie aż mi było wstyd, ale przeprosiłem i wytłumaczyłem, że miałem wczoraj ciężki dzień i zdecydowanie za mało snu.

Rozejrzałem się dookoła i po chwili namysłu postanowiłem znaleźć pierwszy lepszy hotel, w którym obsługa pomoże mi ogarnąć kiedy jest najbliższa łódź do Kalewa oraz ile kosztuje.

Daleko nie zaszedłem, bo już po 2 minutach drogi przez mękę z moim plecakiem, zobaczyłem luksusowo wyglądający hotel. Wszedłem do środka i po rozmowie w recepcji okazało się, że najbliższa łódź jest dopiero jutro o 3 w nocy. Oznaczało to, że mam cały dzień w miejscie. Z ciekawości zapytałem się ile kosztuje noc w ich przybytku i okazało się, że 15$. W sumie miałem tam spędzić cały bity dzień, więc stwierdziłem, że mogę sobie pozwolić na odrobinę luksusu zwłaszcza, że padałem ze zmęczenia.

Poszedłem z boyem hotelowym do swojego pokoju i oniemiałem.  Już pomijam fakt, że przed wejściem dwie kobiety szorowały na podłodze plamki, których tam nie było, to miałem własny prysznic, telewizor i klimatyzację. Grzecznie podziękowałem i po zrzuceniu z siebie plecaka po prostu padłem na łóżko. Była dopiero 9 rano, więc, miałem czas na drzemkę i to był dobry pomysł, bo gdy obudziłm się o 11 miałem już siłę funkcjonować.

OLYMPUS DIGITAL CAMERADzisiaj do załatwienia miałem dwie rzeczy. Pierwsza, to odwiedzić biuro imigracyjne, żeby się wypytać o szczegóły drogi do Tamu, a druga sprawa, to załatwić bilet na łódź do Kalewa.

Na pierwszy ogień biuro imigracyjne, które mieściło się na drugim końcu miasta, więc musiałem wziąć taxi. Pisząc taxi w Birmie mam na myśli motor, którym można dojechać praktycznie wszędzie za równowartość 1zl. Trzeba tylko uważać, bo często nacinają nieświadomych turystów. Zawsze przed wyjściem sprawdzam trasę jaką powinnien jechać i jaka to jest odległość. Z reguły dystans do 5km kosztuje właśnie około 1zl.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W biurze imigracyjnym powitali mnie z otwartymi ramionami i powiedzieli coś co mnie bardzo ucieszyło "Możesz dojechać do Indii bez pozwoleń, ale droga jest zalana, więc musisz wziąć łódź". Jak wychodziłem z budynku, to normalnie skakałem z radości, bo przy odrobinie szczęścia jest szansa, że już jutro będę na granicy. Wróciłem do miasta i skierowałem się prosto na nadbrzeże, gdzie miałem zamiar kupić bilet. W hotelu powiedzieli mi, że kosztuje 18$, ale aż mi się wierzyć nie chciało. Po krótkim poszukiwaniu łodzi płynącej do Kalewy znalazłem skromne stoisko z biletami i zaczęliśmy dobijać targu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oczywiście zaczęli od 18$, ale po kilku minutach rozmowy, kalambur, żywej gestykulacji i powtarzania "5$! Me happy and you happy", stanęło na 8$ i miejscówce w najgorszym możliwym miejscu, czyli przy silniku i na ziemi. Zdawałem sobie sprawę, że lokalni płacą mniej więcej 3$, ale i tak udało mi się zbić ponad 50% ceny, więc byłem z siebie dumny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z cudowną świadomością, że załatwiłem już wszystko, przyszedł czas na najlepszą rzecz, czyli jedzenie. Wszedłem do baru zaraz obok hotelu i spałaszowałem dwie porcje smażonego ryżu z warzywami i wieprzowiną. Gdy właściciel zaproponował mi piwo, to również nie mogłem odmówić. Następnie kierunek hotel i prysznic, po którym znowu zaległem spać na 2h.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Obudziłem się o 15 i o dziwo znowu byłem głodny, więc znowu ten sam scenariusz. Poszedłem do tego samego baru i ku rozbawieniu obsługi zamówiłem dwa kolejne dania. Dla odmiany ryż z młodym bambusem i birmińskie frytki. Właściciel znowu zaproponował piwo, ale stwierdziłem, że za tą samą cenę będę miał w spożywczaku dwa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z pełnym brzuszkiem wybrałem się do spożywczaka, gdzie poza piwem, kupiłem czekoladę o której marzyłem od kilku tygodni, ale nigdzie nie mogłem jej znaleźć. Zapłaciłem za nią majątek, jak na birmińskie warunki (7zl), ale gdy wróciłem do hotelu, wziąłem kolejny gorący prysznic i usiadłem na łóżku mając przed sobą dwa piwa, czekoladę i masko orzechowe, to cieszyłem się jak dziecko.  Do pełni szczęścia odpaliłem jeszcze HBO z angielskimi napisami i zmarnowałem resztę dnia bycząc się na łóżku i lizać przysłowiowe rany po wczorajszej masakrze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wiem, że nie mam się czym chwalić, ale nie miałem nic innego do roboty, bo sama Monywa jest miastem, w którym nie ma nic do zobaczenia i specjalnie się nie różni od pozostałych, które już w Birmie widziałem. Tak więc spędziłem dzień jedząc, pijąc, drzemiąc i pijąc.

Planowo poszedłem spać o 20, bo łódź do Kalewa odpływała o 3, więc musiałem wyjść z hotelu o 2.30, żeby spokojnie zdarzyć. Jutro ostatnia prosta.

W jutrzejszym poście o drodze do Tamu, rejsie łodzią i czemu gaz pieprzowy po raz kolejny uratował mi tyłek.

Komentarze (3)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.