O 6 byłem już spakowany i gotowy, ale nic nie jechało. O 6.30 obudził się lekko spanikowany Imigracyjny, który był święcie przekonany, że postanowiłem znowu ruszyć do Tamu. Zaczął mi tłumaczyć, że dzisiaj najbliższe auto będzie jechało dopiero o 9 i nic poza tym, bo jest niedziela.
O ile wcześniej dzień tygodnia nie miał znaczenia, to znowu byłem w regionie zdominowanym przez chrześcijan. Tak jak w całej Birmie, ludzie są tutaj bardzo wierzący i przestrzegający zasad religii, dlatego w niedzielę dosłownie nikt nie pracuje, a jedyny otwarty bar jest prowadzony przez rodzinę buddystów.
Na początku postanowiłem spróbować i połapać coś do 8, ale było kompletnie cicho. W końcu Imigracyjny namówił mnie na śniadanie podczas, którego zjedliśmy coś w stylu racuchów, popiliśmy kawą i ucięliśmy sobie miłą rozmowę.
Otóż okazuje się, że wczoraj znikł z posterunku, bo po 21 droga jest zamknięta dla cywili, a my jakimś cudem jeszcze na niej byliśmy. Dodatkowo nie spodziewał się żadnych cudzoziemców, bo poza Hindusami, tacy tu się nie pojawiają.
Było miło, więc z ciekawości zapytałem na ile jest możliwe przekroczenie granicy bez pozwolenia. Odpowiedział, że formalnie nie jest to możliwe, bo do każdy obcokrajowiec przekraczający granicę musi być wykreślony z listy obecnych w kraju. Jeśli np. zapłaciłbym za nielegalne przekroczenie granicy, to trafiłbym na listę zaginionych i uruchomiłbym biurokraryczną lawinę sprawdzania kto zawinił i gdzie, bo jest to dość proste do ustalenia. W każdym mieście muszę się rejestrować, a dodatkowe posterunki kontrolne na drogach po prostu uniemożliwiają nagłe zaginięcie bez śladu.
Natomiast legalna opcja, to po prostu załączenie do kserokopii paszportu opuszczającego kraj, pozwolenia o przekroczeniu granicy w Tamu.
Po śniadaniu wróciliśmy "na posterunek" ale do 9 ciągle nic nie jechało i powoli zacząłem się stresować, bo jeśli dzisiaj nie zdążę na łódź, to będę uziemiony w Kalewa na cały dzień. Dla zbicia czasu pogadałem trochę z jednym mnichem, który mimo kiepskiej znajomości angielskiego zaczął mi tłumaczyć, że nie miał możliwości rozmawiać po angielsku od 15 lat.
Na szczęście o 9.45 usłyszeliśmy silnik maleńkiego busika, którego kierowca, nie dość, że wziął mnie za darmo, to jeszcze pozwolił załadować się na dach.
Na początku pomysł wydawał się super, ale po 30 minutach jazdy, a właściwie walki o przetrwanie na masie siatek i walizek, miałem dość. Położyłem się plackiem na środku, przewiązałem się w pasie sznurem i leżałem, klnąc na poparzenia słoneczne z dnia wczorajszego, które paliły do żywego za każdym kolejnym obtarciem.
Nie mniej jednak jazda miała swój urok. Tumany kurzu, wyboje i wyrwy w drodze, a ja na dachu obwiazany lina w pasie, wśród toreb, siatek i worków.
W Kalewa ledwo zeskoczyłem z dachu, a już powitał mnie kolejny imigracyjny, który miał za zadanie upewnić się czy na pewno wejdę na łódź. Normalnie bym się zirytował z powodu zbytniej kontroli, ale okazało się, że facet specjalnie dla mnie kazał czekać kapitanowi 45 min.
Wytargowałem cenę z transport 3$ i rozłożyłem się wśród pasażerów.
Rejs miał trwać 12 godzin, więc miałem mnóstwo czasu na pisanie i myślenie co dalej. Na początku postanowiłem napisać dłuższego posta, a następnie sprawdzić przewodnik i to co warto jeszcze w Birmie zobaczyć.
Największym problemem był czas. Początkowo miałem wracać samolotem z Indii, ale Indie nie wypaliły, więc trzeba było wykupić lot z Bangkoku. Planowany powrót 31 października. Ani dużo czasu ani mało. Dlatego musiałem dokładnie sprawdzić ile będę potrzebował czasu na przedostanie się do poszczególnych części Birmy i Tajlandii. Jednego byłem pewny - potrzebowałem wakacji od podróżowania, więc kolejne miejsce przeznaczenia wybrałem dość szybko. Plaża Ngabali, zachwalana przez mój przewodnik wydawała się być miejscem, gdzie w końcu poleżakuję nic nie robiąc. Ale że tak miało nie być, to okazało się dopiero później.
Do Monywa dotarliśmy dopiero o 3 w nocy, więc wskoczyłem na jeden z motorów i wróciłem do hotelu, w którym nocowałem 2 dni temu. Na wejściu czekała mnie niespodzianka. Okazało się, że dała o sobie znać moja natura ciapciaka i przez przypadek, przy ostatniej wizycie zostawiłem dwie rzeczy. Pierwsza okazały się być moje okular, których braku nawet nie zauważyłem ( w tym momencie aż słyszę komentarz rodziców czytających to), a druga rzeczą to nieotwarte piwo (kometarz kumpli zbędny).
Nie mniej jednak piwo się nie zmarnowało i po gorącym prysznicu spałem jak dziecko z planem nie opuszczenia łóżka aż do końca doby hotelowej.
























Komentarze (1)
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.