Z Andrew umówiłem się dopiero na 9, bo chciałem się wyspać, ale już od 6 niespokojnie się kręciłem. Prawda jest taka, że już na tyle się przyzwyczaiłem do wstawania o świcie, że po prostu nie mogę spać dłużej.
Wstałem i wziąłem klasyczny zimny prysznic, a następnie wyszedłem przed hostel i czekałem na śniadanie. Żeby było śmieszniej, nie byłem jedynym na ulicy, bo w Birmie normą jest fakt wstawania bladym świtem, bo temperatura jest jeszcze znośna. Dopiero między 11 a 14 robi się tak nieznośnie gorąco, że wszyscy chowają się do domów i z reguły ucinają sobie krótką drzemkę.
O 7 śniadanie było gotowe i zasiadłem do niego z parą z Hiszpanii. Zaczęliśmy klasyczną rozmowę, której już mam po dziurki w nosie, czyli 'Skąd jesteś i gdzie byłeś?', a następnie wymieniliśmy kilka niezobowiązujących uwag i tematy się skończyły.
Śniadanie w Birmie zawsze jest wliczone w cenę pokoju i zawsze opiera się na tym samym. Dwa tosty, jajko, dzem i kawa 3w1, na punkcie której mają tutaj swira i piją ją wszędzie. Nie mam nic przeciwko, ale mimo, że na opakowaniu jak wół stoi 'wsyp do 250ml wrzącej wody i wymieszaj', to birmińczycy upodobali sobie picie jej z ledwo 100ml kubeczków przez co kawa jest po prostu paskudna.
W momencie gdy już miałem odchodzić od stołu, usłyszałem język polski. Odwróciłem się i zobaczyłem młodą parę. Lucjan i Justyna, bo tak się nazywali byli młodą parą, która postanowiła pojechać na podróż poślubną do Birmy. Usiedli razem ze mną i podczas rozmowy okazało się też podróżują po Birmie od blisko miesiąca i jako ostatnie miejsce wybrali Ngapali. Z tą różnicą, że planowali tam pojechać autobusem.
Nawet się nie spostrzegłem jak wybiła 9 i przed hostelem pojawił się Andrew. Stwierdziłem, że będzie fajniej jak się wybierzemy na zwiedzanie całą ekipą, ale zapytałem wpierw Andrew, a ten się zgodził.
Zapakowaliśmy się do niego do auta i jako pierwszy punkt odwiedziliśmy jego herbaciarnie, w której przygotowali dla nas chińskie przekąski oraz herbatę. Widać było, że nieco mu pokrzyżowałem plany, ale po mniej więcej 30 minutach przywykł już do towarzystwa Lucjana i Justyny i było spoko.
Na początku zabrał nas do swojego nauczyciela języka angielskiego, Thomasa, który akurat kończył zajęcia, ale był szczęśliwy, że jego uczniowie będą mieli okazję pogadać po angielsku z obcokrajowcami. Usiedliśmy, więc z praktycznie samymi dziewczynami i przez 20 min non stop rozmawialiśmy i ja dawałem lekcję geografii o tym gdzie jest Polska, Gdańsk i co tam ciekawego.
Następnie zapakowaliśmy się wszyscy do samochodu i pojechaliśmy podziwiać dwie rzeczy. Pierwszą był jedyny na świecie Budda w okularach. Ot tyle. Budda w okularach. Już dawno się wyleczyłem z podziwiania posągów Buddy, bo wszystkie wyglądają praktycznie tak samo i jedyne czym się różnią, to rozmiar, kolor i miejsce położenia. Drugi miejsce na trasie, to punkt widokowy, położony na drugim brzegu rzeki. Wspinaczka na niego zajęła nam blisko 20 minut, a widok z góry wcale nie był powalający, bo w znacznej części zasłaniały go nieprzycinane drzewa.
Gdy zeszliśmy dochodziła 13, więc z nieba lał się już niesamowity skwar. Plan na resztę dnia był niejasny. Lucjan i Justyna planowali pojechać do Ngapali busem o 17, więc najpóźniej o 16 musieli być w hostelu. Ja planu nie miałem, ale umierałem z głodu. Gdy Andrew planował co dalej Thomas opowiadał historie o zwyczajach, tradycjach i nieodkrytych rejonach Birmy. W pamięci najmocniej utkwiły mi dwie rzeczy. Pierwsze, to osławione już w Azji jedzenie psów. Czy je jedzą? Otóż w Birmie psy nie są czymś szczególnie popularnym do jedzenia, ale w niektórych jej częściach traktuje się je jako przysmak. Jednak aby pies był przysmakiem, to trzeba go odpowiednio przyrządzić, a to zajmuje ponad trzy dni. Na początku psa przywiązuje się do drzewa i przez dwa dni głodzi, nie podając ani wody ani jedzenia. Dopiero po dwóch dniach daje mu się surowy ryż, który wygłodzone zwierzę, pochłania łapczywie. Gdy już zje go wystarczająco dużo, to podaje mu się letnią wodę do picia. Jak można się domyśleć, ryż dość szybko pęcznieje we wnętrznościach psa, aż w końcu go zabija. Następnie wszystko się wyjmuje i odpowiednio przygotowuje.
Druga ciekawa rzecz, to mniejszości etniczne w Birmie, których jest blisko 180(sic!). Thomas opowiedział mi o jednym z plemion zamieszkującym kilka wysp na południowym wybrzeżu, którego przedstawiciele są wyjątkowo niscy (nie więcej niż 1m wzrostu) i całe życie spędzają na łodziach. Generalnie w Birmie jest jeszcze mnóstwo miejsc gdzie nie dotarły T-shirty czy latarki.
W końcu postanowiliśmy, że wracamy do miasta na lunchu(zawsze w południe wszyscy jedzą lunch). Lucjan i Justyna poszli do koreańskiej knajpy, a mnie Andrew wziął na najbardziej zróżnicowany obiad jaki kiedykolwiek jadłem.
Poszliśmy do niczym niewyróżniającej się knajpy, gdzie zamówił tyle dań, że nie mieściły się na stole. Generalnie jedzenie w Birmie, to po po prostu bufet, podczas którego wybiera się to co chce się zjeść z ryżem, a królują mięsa, warzywa i ryby.
Po obiedzie zostałem odstawiony do hostelu i umówiłem się, z Andrew, że wróci po mnie o 16 i pójdziemy na kawę. Nie chcąc tracić czasu poszedłem prosto do kafejki internetowej, gdzie wziąłem się za szukanie hostelu w Ngapali, ale grubo się rozczarowałem. Najniższe ceny oscylowały w okolicach 60$ za noc z uprzednią rezerwacją. Postanowiłem się tym nie martwić i zobaczyć co będzie jak dojade na miejsce.
Po powrocie do hostelu zaskoczony zobaczyłem, że ani Lucjan ani Justyna nie kwapią się do pakowania. Okazało się, że z powodu zamieszek między buddystami i muzułmanami odwołali busa, a kolejny planowany jest dopiero jutro o 18. Było to dla nich sporym problemem, bo mieli już wszystko z góry opłacone, a przejazd przez góry, mimo niecałych 200km, zajmował 12h. Nie mieli wyjścia musieli jechać stopem.
Szybka zmiana planów i po kawie z Andrew zabraliśmy się wszyscy na obiad, a później na jego lekcje angielskiego, gdzie się wygadałem za wszystkie czasy, a obecna tam grupa dawała mi możliwość pytania się o wszystkie rzeczy związane z Birmą, ale dużo by o tym pisać, więc będę opowiadał na prezentacjach;)
Po lekcjach podskoczyliśmy jeszcze puścić lampion, a następnie wróciliśmy do hostelu, gdzie Andrew zaproponował, że nas jutro o 6.00 wywiezie na wylotówkę.
Dzień 87 - Stopowanie
O 6 rano, tak jak zaplanowaliśmy byliśmy już przed hostelem czekając na Andrew. Siedzieliśmy sobie wspólnie na ławeczce, gdy nagle zobaczyliśmy dwie turystki. Zagadaliśmy i okazało się że też jadą do Ngapali. My się uśmialiśmy, bo myśleliśmy, że pojadą z nami stopem, a one, że weźmiemy z nimi taxi i się podzielimy kosztami. W końcu ustaliliśmy, że za takse trzeba zapłacić 200$, więc ja tylko parsknąłem śmiechem i zapytałem skąd są, ale gdy odpowiedziały, że ze Szwajcarii, to wszystko stało się jasne. Nie mniej jednak Lucjan i Justyna nakręcili się już na stopa, więc dziewczyny zostały same z 200$, a my pojechaliśmy na wylotówkę.
Tam pożegnaliśmy się z Andrew i ustaliliśmy, że oni łapią pierwsi, bo to im się śpieszy, a nie mi. Po 10 minutach machania kciukiem, uchahana młoda para siedziała już na pace pick-upa. Kolejne osoby zarażone autostopem.
Gdy już odjechał, przesunąłem swój plecak bliżej środka jezdni i czekałem, bo ruchu nie było, a jak już coś jechało, to z reguły zdezelowany gruchot. Wiem, nie powinienem wybrzydzać, ale wszyscy jak jeden mąż powtarzali, że droga do Ngapali jest najgorszą drogą w Birmie, więc chciałem ją spędzić w jako takim komforcie. Ot zboczenie kogoś kto się już trochę stopem najeździł.
Po 40 minutach bezowocnego stania i odmachiwania wszystkim jadącym w przeciwnym kierunku, pojawił się lekko przerażający właściciel hostelu, w którym nocowałem. Jakimś cudem dowiedział się, gdzie pojechaliśmy i przyjechał na wylotówkę na swoim skuterze. Okazało się, że chciał nas poinformować, że dwie dziewczyny jadą taxi i możemy jechać z nimi. Wytłumaczyłem mu, że Lucjan z Justyną już dawno pojechali za darmo, a ja mam taki plan w niedalekiej przyszłości. Na początku nie wierzył, ale później pokazałem mu swój list i uśmiał się przednio, aż w końcu zaproponował, że za 5$ mogę jechać z dziewczynami. Jak mu odmówiłem, to się zdziwił i tłumaczył, że one płacą po 100$ na głowę. Uśmiechnąłem się tylko i odpowiedziałem, że nawet jakby chciał 1$, to bym nie zapłacił, bo mam złotą regułę, że przez całą podróż nie zapłacę ani grosza za transport autem. Uśmiał się jeszcze bardziej i zgodził się, żebym jechał za darmoche.
Gdy podjechał pick-up z dziewczynami, wskoczyłem na pake i na pytanie siedzących w szoferce dziewczyn 'Ile zapłaciłeś?' odpowiedziałem tylko pokazując 'zero' na palcach, a następnie rozłożyłem sobie karimate i położyłem się z planem przespania trasy.
Oczywiście okazało się to niemożliwe, bo po pierwsze większość czasu spędziłem wisząc w powietrzu po kolejnych wybojach, a później dziewczyny sobie uświadomiły, że z tyłu jest wygodniej, więc nie miałem serca i oddałem im karimate, bo miały za sobą wyjątkowo ciężką noc.
Jazda trwała blisko 10 godzin, w trakcie których zacząłem się niepokoić o Lucjana i Justynę. Otóż na trasie były dwa punkty imigracyjne, na których spisywali paszporty, ale ani na pierwszym ani na drugim nie widziałem ich danych, a przecież ruszyli godzinę przede mną. Na trasie ich nie widziałem, a zgubić się było ciężko, bo to była tylko jedna prosta droga. Z ciężką świadomością, że mogłem im zepsuć miesiąc miodowy, jechałem podskakując na każdym wyboju.
Dwie Szwajcarki, Tess i Christine, były nauczycielkami historii i geografii w liceum w Zurychu, ale widać było między nami przepaść. One nazywają się 'Backpackerami', bo jeżdżą tylko autobusami, a dopiero jak im się nie chce, to biorą samolot i latają z miasta do miasta. Dla mnie to abstrakcja, a słowo backpacker już dawno zostało zdewaluowane i powiedziałby, że nie jest to nic innego niż indywidualny turysta. Z tą różnicą, że ma plecak, a nie walizkę.
Do Ngapali dojechaliśmy w ulewnym deszczu, który sprawił, że ostatnią godzinę siedziałem w kałuży trzymając plecaki na kolanach, żeby specjalnie nie przemokły, ale w pewnym momencie wjechaliśmy w ścianę wody i po minucie mokre było już wszystko i wszędzie. Gdy wyskoczyliśmy, to się okazało, że dziewczyny nocują w hotelu gdzie płacą 120$ od głowy, więc pożegnaliśmy się z planem powtórnego zobaczenia na kolacji i ruszyliśmy w swoje strony. One do hotelu, a ja na plażę.
Biwakowanie na plaży w ciepłych krajach wcale nie jest takie proste jakby mogło się wydawać. Powody są trzy. Pierwszy to masa hoteli, których prywatne plaże i ochroniarze skutecznie uniemożliwiają nocleg na dziko. Druga sprawa, to lokalni. Jak się kończą hotele, to z reguły zaczynają się domy lokalnych mieszkańców, którzy jak widzą obcokrajowca poza strefą hoteli, to niezmiernie się ekscytują. Trzecią i najmniej oczywistą sprawą są pływy. Rozbijając się o 17 nie mam pojęcia dokąd będzie sięgał przypływ w pełni, a nie chciałbym się obudzić w wodzie.
Na szczęście mniej więcej po 20 minutach marszu znalazłem optymalne miejsce. Małe podwyższenie terenu położone między dwoma hotelami oraz wioską rybacką. Wszystko sprawiało wrażenie ziemi niczyjej, więc zacząłem się rozbijać. Oczywiście po chwili pojawili się lokalni, ale pomogli mi rozbić namiot i hamak poczym się ulotnili, a ja zacząłem podsumowanie strat. Wszystko było mokre, każda koszulka, pocztówki, kartki, liny. Dosłownie wszystko, więc postanowiłem sobie, że jak do jutra wszystko mi nie wyschnie, to się szarpnę na jedną noc w hotelu.
O 18.30 poszedłem na spotkanie z Szwajcarkami i wspólnie poszliśmy na kolację. Oczywiście wybrały drogo wyglądający lokal, ale tragedii nie było i za wszystko co zamówiłem do jedzenia, zapłaciłem 4$.
Podczas jedzenia byłem świadkiem prześmiesznej sprzeczki o to czy będą spały z włączoną klimatyzacją czy raczej przy otwartym oknie.
Po kolacji postanowiłem przejść się do hotelu moich polskich znajomych i zobaczyć czy się już pojawili. Okazało się, że nie, ale dzwonili do obsługi, że po prostu pojawią się rano, więc zostawiłem im wiadomość i wróciłem do siebie, gdzie patrząc na księżyc wyłaniający się spomiędzy palm, zasnąłem na hamaku.





















Komentarze
Pod tym wpisem nie ma jeszcze komentarzy.
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.