Miałem już serdecznie dość deszczu. Od kiedy ruszyłem z kraju, codziennie deszcz. Jestem niemalże na 100% pewny, że podczas tegorocznej podróży widziałem już wszystkie jego odmiany. Od mżawki, poprzez przelotne deszcze, kapuśniaczek, ulewy do oberwania chmury. Po prostu po ludzku potrzebowałem słońca i odpoczynku.
Wstałem wcześnie rano i nerwowo obserwując pogodę, pakowałem manatki. Jeszcze wczoraj wieczorem poprosiłem Salima, żeby mi sprawdził jak się wydostać z miasta, bo to zawsze najtrudniejsza część, zwłaszcza jak ani google maps ani hithiwiki.org nie podpowiadają żadnych ułatwień. Na szczęście okazało się, że czysto teoretycznie, dam radę dostać się w okolice 'autostrady' dwoma autobusami. W praktyce musiałem się przesiadać 3 razy, bo raz się pomyliłem, a później ludzie mnie źle kierowali. Niestety Kazań mimo organizacji Uniwersiady, nie przygotował tak podstawowej rzeczy jaką są rozkłady jazdy oraz mapa linii autobusowych.
W końcu po 2 godzinach wydostałem się z miasta i zacząłem łapać. Pierwszy zabrał mnie zabawny i gadatliwy kierowca vana, ale niestety podjechałem z nim tylko 50km do większej stacji benzynowej, gdzie już z mocnym postanowieniem złapania konkretnego stopa, zacząłem pytać. Dużo mi nie trzeba było, bo już po pięciu minutach przekonywałem Wanię, żeby mnie podwiózł. Był on tak zwaną po autostopowemu, 'złotą strzałą'. Jechał z Sankt Petersburga do Władywostoku, czyli blisko 9000km. Z jednego końca Rosji na drugi. Zgodził się mnie podwieźć do Czelabinska odległego od Kazania o 900km. Pasowało mi idealnie, bo stamtąd już tylko 100km na granicę z Kazachstanem.
12 godzin w jednym aucie łączy ludzi. O ile na początku rozmawialiśmy na luźne tematy, to później zeszło jak zwykle na kobiet, samochody i dzieci. W końcu przyszedł czas głupawki i śpiewania. Mniej więcej po ósmej godzinie w końcu dostałem rozkaz zdrzemnięcia się, bo Wania jechał już w sumie 40 godzin i chciał, żebym później przegadał z nim najcięższy okres.
Irytujący był fakt, że ruszyłem w nadziei, że w końcu zobaczę słońce, a rym czasem padało coraz mocniej, a gdy nocą przekraczaliśmy Ural, termometr wskazywał tylko 8 stopni powyżej zera. W końcu o 5 rano zajechaliśmy na stację benzynową przed Czelabinskiem. Pożegnałem się z Wanią i dostałem od niego płytę z piosenkami, które śpiewaliśmy, po czym zacząłem myśleć co dalej. 5 rano, wciąż pada i do granicy 130km. Dobra, kima na siedząco i jedziez dalej - pomyślałem i poszedłem do cafe obok posiedzieć w cieple i zdrzemnąć się przez dwie godzinki.
Paskudnie męczący dzień autostopem, ale świadomość, że w Kazachstanie jest słońce i ciepło, dodawała mi sił.
Kolejny dzień zacząłem słabo. Przez dwie godziny miałem włączony tryb czuwania i za każdym razem jak słyszałem kogoś zbliżającego się w moim kierunku, to udawałem, że siedzę i zastanawiam się co wybrać z menu. Przez dwie godziny, śliniąc się od czasu do czasu do ściany, z którą zawarłem bliższą znajomość.
W końcu około 7 rano, gdy zaczął się większy ruch samochodowy, wyglądając jak zombie, stanąłem przy drodze, z trudem i bez nadziei podnosząc kciuk. Jeśli nic nie złapie przez 30min, to rozstawiam namiot i idę spać. - pomyślałem. Ale ledwo zmusiłem się do uśmiechu, a już obok mnie zatrzymało się auto, które już na pierwszy rzut oka wyglądało na obciążone. A dachu stół, krzesła i torby owinięte folią. W środku dwóch kolesi, a z tyłu klamotów, aż po sufit. Powiedzieli, że jak się zmieszczę, to mogę jechać z nimi. W takich sytuacjach nie ma opcji 'nie zmieszczę się'. Pierwsze dwie minuty potrzebowałem, żeby się wcisnąć. Kolejne dwie, żeby dopchali mi plecak na kolana, a ostatnią na domknięcie drzwi, które odmówiły współpracy. W końcu się udało! Siedzę z jedną nogą na siedzeniu, drugą normalnie. Z rękoma było trochę ciekawiej, bo jedną miałem za oknem, a druga wysoko za zagłówkami. Ktoś by mógł pomyśleć, że jest mi niewygodnie, ale ja byłem w raju. Plecak przesłaniał mi kierowców, więc pogadałem z nimi dwie minuty, oparłem głowę o plecak i momentalnie zasnąłem. Obudziło mnie dopiero trzaśnięcie drzwi. Otworzyłem oczy i jest! Granica! Kierowcy pomogli mi się wygramolić i pożegnali, a ja ruszyłem na piechotę. Przyznam szczerze, że się trochę stresowałem, bo nie zrobiłem rejestracji dla obcokrajowców, która jest obowiązkowa. W sumie pytałem się wielu osób, czy jest to niezbędne, ale każdy mówił, że nigdy nie robił, więc poszedłem ich śladem i też jej nie zrobiłem. Granicę przeszedłem bez większych problemów, a na kazachstańskiej było nawet śmiesznie, bo celnicy grali na komputerach w jakieś wyścigi i cieszyli się jak dzieci.
Jestem w Kazachstanie! I jest słońce! Szybko wymieniłem pieniądze i ruszyłem w poszukiwaniu stopa. Nagle słyszę donośne "K****, J***** KAZACHY!'. Odwracam się i patrzę na tablice rejestracyjne ciężarówki na poboczu 'WWA'. Nie przesłyszałem się. Rodacy! Podchodzę i zagaduję do pierwszego z brzegu czy gdzie jadą i czy mogą mnie wziąć. Byli chyba równie zaskoczeni jak ja, gdy ich usłyszałem. Pogadaliśmy dłuższą chwilę i okazało się, że jadą w 3 ciężarówki do Kostanaj, które jest odległe od granicy o 150km. Dla mnie super, bo nie miałem planów i po prostu postanowiłem jechać przed siebie.

Wskoczyłem do pierwszej ciężarówki i ruszyłem. Chłopaki okazali się być pocieszną ekipą, ale zdecydowanie za często używającą przekleństw, nawet jak dla mnie. Gdyby je wszystkie wyciąć z ich rozmów, to pewnie większość czasu siedzieli by w ciszy.
Kostanaj okazał się być zwykłym miasteczkiem, ale wystarczająco dużym, żeby dorobić się pokaźnych rozmiarów, własnego rynku, kilku hoteli i restauracji.

Ustalilem listę priorytetów - internet, jedzenie, kapiel i odpoczynek. Pierwsze dwa cele osiągnąłem w centrum. Za 20zł zaopatrzylem się w pakiet 500mb internetu i za kolejne 10 zjadłem pozadny obiad. Najedzony i szczęśliwy ruszyłem w kierunku rzeki, gdzie planowalem spędzić noc. Jednaknza nim tam dotarłem byłem kilkukrotnie zatrzymywany przez mieszkańców z prośbą o zdjęcie, a raz jedna kobieta zaczęła ze mną rozmawiać i poprosiła, żebym poglaskal jej syna, bo chce, żeby wyrósł jak chlopaki w Polsce. Rzeka nie wyglądała zachęcająco, ale ludzie się kapali, więc stwierdziłem, ze jak oni mogą, to ja też. Szybko rozbilem namiot, żeby wysechl i wskoczylem do orzezwiajaco zimnej wody. Dryfowalem dobre 10 min, a gdy wyszedłem zaleglem na karimacie i zgonowalem do wieczora.
Obudzilem się dopiero około 20 i pewnie spalbym dalej gdyby nie głód, który zaczął mi wiercic dziurę w brzuchu. Rozejrzalem się do okola i zauwazylem, że mimo późnej pory ludzi raczej przybyło niż ubyło. Wstalem i otrzepujac się z piasku zacząłem ogarniac ludzi obok. Nie więcej jak 30m od mojego namiotu zatrzymały się dwa auta z młodymi chłopakami, więc podszedłem do nich i zapytałem czy gdzieś tutaj jest jakiś sklep spożywczy. Zwykłe pytanie przerodziło się w dłuższą rozmowę. Przypadek chciał, że jednemu z nich urodził się syn, więc spotkali się nad rzeką, żeby się napić i zjeść. Oczywiście poczęstowali i jednym i drugim.
W końcu postanowili, że nie ma opcji, żebym spał w namiocie i zaproponowali, żebym pojechał do ich warsztatu gdzie pracują i będę mógł spać w biurze. Najciekawszy jest fakt, ze jeden z nich jest policjantem i bez skrupułów pił i prowadził, bo na zmianie byli jego znajomi.

Gdy dojechalismy na miejsce, oprowadzili mnie i stwierdzili, ze jednak wygodniej mi będzie w domu jednego z nich, więc noc spędziłem w normalnym łóżku śmiejąc się z dzisiejszej przygody







Komentarze
Pod tym wpisem nie ma jeszcze komentarzy.
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.