Zerwałem się z samego rana i już o 6.30 siedziałem w tuk-tuku, który wywiózł mnie z plaży Ngapali do miejscowości leżącej na trasie w kierunku Yangonu. Wprawnie przeszedłem przez budzące się do życia miasto i grzecznie odmawiając każdemu kierowcy pytającemu się "taxi?taxi?", wydostałem się za miasto.
Już idąc wiedziałem, że łatwo nie będzie, bo w ciągu 30 minut marszu za miasto nie minęło mnie żadne auto. Wprawdzie wmawiałem sobie, że jest to spowodowane wczesną godziną, ale prawda jest taka, że jeśli coś się w Birmie dzieje na drodze, to tylko rano. Usiadłem sobie na murku i czekałem na cokolwiek jadącego w moim kierunku. Trasa była prosta. Do przejechania niecałe 100km prostą drogą do pierwszej większej miejscowości, a później kolejne 80 przez góry, a później maksymalnie 4 godziny drogi od Yangonu po nizinach.
Pierwszą maszyną, który pojawiła się tego dnia na drodze, była antyczna cysterna, z której wyskoczyło dwóch młodych kierowców. Jakimś cudem wcisnęliśmy się do środka razem z moimi plecakami i wspólnie ruszyliśmy w blisko 20 kilometrową przejażdżkę.
Po 45 minutach jazdy, dotarliśmy do miejsca gdzie nasze drogi się rozchodziły, wiec znowu zarzuciłem na siebie plecak i po przejściu kilkuset metrów, zatrzymałem się i wsiadłem w cieniu palmy, czekając na kolejne auto. Tragedii nie było, bo już po 20 minutach pojawiła się kolejna ciężarówka, ale tym razem z tych nowszych i w dodatku jadący prosto do Gwa, czyli jedynej większej miejscowości na całej trasie.
Rozsiadłem się więc w najlepsze i ruszyliśmy w trasę, która obfitowała w masę wybojów oraz mostów. Te pierwsze wymagają jedynie zwolnienia i kończą się ewentualnie podskakiwaniem na siedzeniu, ale mosty były gorsze. Otóż praktycznie każdy most na tej drodze był niczym innym jak dość dużą kładką zbitą z wielkich drewnianych beli, które jakimś cudem się trzymały, ale przez każdy kolejny przejeżdżaliśmy z duszą na ramieniu. Kłody cicho trzaskały, stękały i uginały się pod ciężarem kilkutonowego TIRa.
Nasza wspólna jazda trwała nieco ponad 3 godziny, w trakcie których nie minęło ani nie wyprzedziło nas żadne auto. Siedząc w wygodnej, klimatyzowanej szoferce byłem szczęśliwy, że udało mi się złapać stopa, którym pokonam połowę trasy. I wtedy bum. Nagle, za kolejnym zakrętem, zobaczyliśmy kilkanaście osób, które krzątały się na czymś co wcześniej było mostem, a obecnie była to po prostu masa chaotycznie porozrzucanych beli. Zatrzymaliśmy się i okazało się, że most się zawalił i jego naprawa zajmie prawdopodobnie około dwóch dni. Ręce mi opadły. Wracać nie ma jak, bo nic nie przejedzie i jedyną opcją był marsz w kierunku Gwa. Nie było co marudzić, więc podziękowałem swojemu kierowcy i ruszyłem przed siebie. I wtedy zaczął się najdłuższy do tej pory marsz podczas mojej wyprawy.
Od Gwa dzieliło mnie nieco ponad 40km, czyli racjonalnie rzecz biorąc, w najgorszym wypadku na dwa dni marszu. Wprawdzie słońce paliło okrutnie, ale marsz początkowo był bardzo przyjemny, bo bliskość morza sprawiała, że wiała przyjemna chłodna bryza. Szedłem więc przed siebie na zmianę śpiewając, odmawiając zdrowaśki lub planując to co muszę zrobić po powrocie oraz zastanawiając się co bym chciał w najbliższych kilku miesiącach osiągnąć.
Pierwsze 3 godziny opłynęły całkiem szybko i lekko, ale później zaczęło mnie dopadać zmęczenie marszem oraz słońcem. Dodatkowo dość dołujący był fakt, że nie mijało mnie kompletnie nic jadącego w moim kierunku. Jedne jednoślady, które pojawiały się na trasie jechały w przeciwnym kierunku. Dopiero mniej więcej po 20 kilometrach trafiłem do małej wioski, w której zaczepił mnie pewien jegomość. Oferował on podwózkę do Gwa, ale oczywiście za pieniądze. Pokazałem mu mój list autostopowy i zacząłem tłumaczyć, że "zero taxi" i "no money". Wydawało mi się, że wszystko zrozumiał, więc wskoczyłem z nim na motor i ujechaliśmy wspólnie około 4km, gdy zatrzymał się w jednym domostwie, żeby zatankować, a gdy skończył, kazał mi zapłacić. Na początku myślałem, że żartuje, ale gdy zaczął nalegać zrozumiałem, że robi mnie w konia i po ponownym pokazaniu listu, grzecznie odmówiłem i ruszyłem dalej.
Po minięciu tej maleńkiej miejscowości, na drodze w końcu zaczęło się coś dziać. Wpierw zatrzymały się obok mnie 4 skutery, które były wprawdzie zapakowane do granic możliwości, ale mimo to, próbowali się przepakować tak, żebym się zmieścił. Mniej więcej gdy już wszystko było gotowe usłyszałem dźwięk zbliżającej się ciężarówki. Szybko wyskoczyłem na środek drogi i ją zatrzymałem. Okazało się, że również jadą w kierunku Gwa, ale niestety, jak się okazało później, tylko w kierunku, a nie do samego miasta. Wyrzucili mnie dosłownie na środku pustkowia. Specjalnie się nie przejąłem, bo po szybkim rozeznaniu terenu okazało się, że nieopodal jest przyjemny strumyczek, w którym bez problemu będę mógł się wykąpać, po całym dniu.
Ale jak zwykle, gdy już byłem gotowy się rozbijać, nie wiadomo skąd pojawiła się trzyosobowa rodzina Birmańczyków. Zaczęli wypytywać czy mam problemy, ale po prostu wytłumaczyłem, że planuję tutaj spać. Wtedy rozpoczęli oponować i jednoznacznie pokazywać, żebym poszedł z nimi. Hotel ani Imigracyjni mi na tym pustkowiu raczej nie grozili, więc mimo, że padałem już na twarz i za mniej więcej 15 minut miało być już absolutnie ciemno, to wspólnie ruszyliśmy wąską ścieżką przez pola ryżowe.
Okazało się, że rodzina postanowiła zaprosić mnie do siebie do chaty. Była to typowy birmański dom, zbudowany na drewnianych palach i otoczonych bambusowymi ścianami. W środku jedno pomieszczenie z ścianką działową oraz miejscem na palenisko.
Mimo, że widać było, że jest to rodzina uboga, to poczęstowali mnie ryżem z surowymi jeszcze krewetkami oraz zupą. Następnie chwilę porozmawialiśmy oraz podarowałem im 3 rzeczy. Pierwszą była menażka, której nie użyłem ani razu, a im mogła się przydać. Drugie co to jedna z latarek oraz zapas baterii, bo w domu nie mieli elektryczności. Na koniec ich córce sprezentowałem ostatni globus, który mi został, ale żeby było śmiesznie, to nie chcieli go przyjąć, bo myśleli, że to GPS. Następnie pokazali miejsce do spania i z miejsca zasnąłem jak zabity. Dopiero rano uświadomiłem sobie, że sen bez uprzedniego spłukania potu, brudu i kurzu, był głupim pomysłem.




















Komentarze
Pod tym wpisem nie ma jeszcze komentarzy.
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.