"Znowu mam gorączkę." To była moja pierwsza myśl, gdy się rano obudziłem. Wczorajszy wiatrak w kafejce internetowej mnie rozłożył do końca i choroba wróciła ze zdwojoną mocą. Wziąłem prysznic, spakowałem plecak i pociągając nosem, opuściłem hostel.
Szybkim tempem pokonałem 5 kilometrów, które mnie dzieliło od wylotówki z miasta i po chwili na ostygnięcie, zacząłem łapać na Bangkok. Poszło dość sprawnie, ale niestety pierwszy koleś, z którym jechałem, miał odkręconą na maksa klimatyzacje i jazda z nim mnie po prostu zabiła. Gdy wyszedłem z auta po godzinnej jeździe, to aż mną telepało. Wziąłem dawkę uderzeniową aspiryny i modliłem się, żeby sprawnie dojechać do stolicy Tajlandii. I znowu miałem szczęście. Po 10 minutach zgarnęła mnie rodzinka jadąca bezpośrednio do centrum. Przemęczyłem się w kolejnym klimatyzowanym aucie i gdy dojechałem do Bangkoku, miałem już tylko jedno marzenie - dojść do hostelu, wziąć prysznic i walnąć się do łóżka.
Z miejsca gdzie mnie wysadzili, musiałem przejść kolejne 5 kilometrów do hostelu i w tym czasie zastanawiałem się co ludzie widzą w Bangkoku. Ot kolejne wielkie miasto, brudne i głośne, ale postanowiłem sobie, że oceniać je będę dopiero, gdy pójdę na spokojny spacer.
Przy płaceniu za hostel okazało się, że gdzieś mi się zawieruszyło 50zł, a to oznaczało, że na ostatnie dwa dni i drogę powrotną zostało mi równo 45zł Oznaczało to, że musiałem wziąć się za szczegółowe planowanie na co mogę sobie pozwolić, ale nie byłem nawet w stanie myśleć, więc po prostu walnąłem się do łóżka i spałem.
Kolejnego dnia nie było lepiej. Aspiryna się skończyła i nie miałem już na stanie żadnych środków na zwykłe, głupie przeziębienie. Z hostelu wyszedłem tylko dwa razy, żeby zjeść śniadanie i obiad, a całą resztę dnia po prostu się grzałem i spałem. I to jest aż przykre. Ostatnie dni podróży, Bangkok i aż się prosi o wielką imprezę w stylu Kac Vegas na koniec, a nie mam jak, bo jestem a) spłukany b) chory. Mało tego. Nawet po tym wpisie widzicie, że nie mam o czym pisać, bo było naprawdę słabo. Słaby mały hostel, wciśnięty gdzieś pomiędzy noclegownię dla bezdomnych i skwierczący kebab. A w samym mieście jedyne co uderzało, to gdy rano wychodziłem na śniadanie, ulice były puste. Gdy wracałem w to samo miejsce o 18, to aż się przejść nie dało pomiędzy tysiącami, często nawalonych, turystów
Mojego ostatniego dnia w hostelu, zaczęło się już wielkie odliczanie do powrotu do domu. Nie dni, a godziny, ale jak na złość czas wlókł się okrutnie. Na szczęście czułem się już dużo lepiej, ale i tak postanowiłem maksymalnie wykorzystać dobę hotelową i zostać w łóżku do południa. Dopiero wtedy ruszyłem się żeby pozwiedzać miasto. I powiem Wam tak - poza Wielkim Pałacem, do którego nie mogłem wejść, bo nie miałem kasy oraz "Wielkim Budda", to w Bangkoku nie ma kompletnie nic do zobaczenia, a miasto samo w sobie jest brzydkie.
Połaziłem po okolicy, poleżałem trochę w parkach i wróciłem do hostelu, gdzie zjadłem swój ostatni posiłek a ostatnie godziny zabijałem rozmawiając z innymi gośćmi. Jednym z nich był chłopak, który utknął tam na dwa tygodnie i potwierdził to co myślałem. Miasto nie jest znane z zabytków czy ładnych miejsc tylko z seks turystyki i niekończących się imprez. Praktycznie każdy pojawia się w Bangkoku na początku i na końcu swojej podróży po Azji, więc powód do zabawy jest niebanalny.
W końcu o 23 przyjechał bus na lotnisko, więc wsiadłem i równo o północy rozłożyłem się z bagażami pod ścianą terminalu. Wtedy zaczęło się wielkie czekanie na samolot, który planowo miał odlecieć o 9 rano. Zrobiłem sobie twarde postanowienie, żeby nie spać i się spróbować przestawić na polski czas, ale łatwo nie było. Nie miałem specjalnie nic do roboty, więc po prostu wypisywałem pocztówki i chodziłem to w jedną to w drugą. Najbardziej irytujące były wszechobecne zegary, które mnie tylko informowały, że czas praktycznie stanął w miejscu. Dopiero o 5 otworzyli bramki i mogłem ruszyć dalej.
Nadałem plecak i poszedłem zwiedzać kolejne hale, sklepy i ławki. Każde następne 15 minut odhaczałem i liczyłem dalej. W końcu o 9 wszedłem na pokład norweskiego Dreamlinera i czekałem. Bałem się trochę, że będzie komplet, ale obok mnie miałem wolne miejsce, a dwa siedzenia dalej usiadł miły, starszy pan, z którym chwilę porozmawiałem. Żeby było śmieszniej odezwał się do mnie pierwszy i skomplementował moją brodę, która po ponad 3 miesiącach bez golenia, wyglądała już naprawdę imponująco. Zapytał się skąd na nią pomysł, więc powiedziałem mu, że dość długo podróżowałem i miałem kaprys niegolenia się. Gdy zapytał się gdzie podróżowałem, to tylko uśmiechnąłem się pod nosem i odpowiedziałem mu, że 15 lipca ruszyłem z Gdańska i jechałem autostopem przez Litwę, Łotwę, Rosję, Kazachstan, Kirgistan, Chiny, Laos, Tajlandię i Birmę, że widziałem Plac Czerwony, bezkresne lasy Rosji i kazachskie stepy, że przez kilka dni samotnie chodziłem w okolicach Tien-szan, że widziałem Wielki Mur Chiński i Terakotową Armię, że skakałem z wodospadów w Laosie i uciekałem przed uzbrojonymi Azjatami, że byłem nauczycielem angielskiego w sierocińcu dla dzieci uchodźców Birmańskich oraz że widziałem Złotą Pagodę w Yangonie i zachód słońca nad tysiącami świątyń w Bagan, że dojechałem na granicę z Indiami, ale mnie cofnięto i wylądowałem na przepięknej tropikalnej plaży, a po 3 miesiącach postanowiłem wracać i oto siedzimy obok siebie. Facet tylko się uśmiechnął i skwitował, że jestem niezłym podróżnikiem. Również się uśmiechnąłem i pozwoliłem sobie go poprawić "Nie jestem podróżnikiem, proszę Pana. Jestem autostopowiczem. Autostopowiczem z Polski"
Wprawdzie, to ostatni wpis z podróży, ale jeszcze jutro przygotuję mały "Epilog" o samym powrocie do rodzimego Gdańska:)














choć jak czytam Cię pobieżnie to cicho wierzyłam, że będziesz wracał także autostopem, choć z drugiej strony choroba w Azji to pewnie niezbyt komfortowa sprawa.
Pozdro
Julka
Znalazłem przypadkiem twój blog dwa dni temu, ale powiem tak - z Polski do Kirgistanu i końcówka od Birmy są przeczytane. Cukierek odpakowany :) A Chiny są jak proszek z Zozoli - już nie mogę się doczekać :D Bomba, po prostu bomba.
Marzyłem o pieszej wędrówce, ale gdzieś, jakoś, kiedyś to marzenie się zatarło; tym niemniej twoja historia odgruzowuje mój plan. Na razie celem jest przeanalizowanie wszystkiego co dotychczas cię spotkało i rozsądne przygotowanie się, a dalej? Zobaczymy :)
Dziękuję za to, że wszystko opisałeś. Szerokości, bezpiecznego lotu i do przeczytania.
Szacunek za to, że nie robiłeś tego tylko dla siebie, ale też dla tych dzieciaków :)