Dzień 1
Pierwsze, za co przepraszam, to za brak polskich znaków, ale niestety nie specjalnie mam możliwość ich ściągnięcia:) To mój pierwszy wpis, więc jak coś mam zmienić, dodać, odjąć, to piszcie w komentarzach i się dostosuję:) Zdjęcia wrzucę na dniach:)
Niedziela - dzień wyjazdu. Od 4 miesięcy przygotowywałem się, że 16 lipca chcę być już we Lwowie, więc aby być tam na czasu musiałem wyruszyć z Gdańska dzień wcześniej.
Pobudka o 9 rano, śniadanie z rodzinką i spisywanie wszystkich kontaktów oraz haseł, tak na wszelki wypadek. O 11 byłem już spakowany i jedyne, co pozostało do załatwienia, to pojechać do sklepu po markery i baterie, których nie zdążyłem kupić dzień wcześniej. Dzięki uprzejmości Taty, stopa zacząłem łapać aż w miejscu, gdzie kończy się Obwodnica Południowa. Znalazłem karton, pożegnałem się i zacząłem łapać. Pierwszy samochód już po 15 min. Czarne BMW. Pełen wątpliwości i lekko zdziwiony (takie auta z reguły nie zabierają autostopowiczów) wsiadam. Jak tylko otworzyłem drzwi, poczułem główny powód dobrego serca kierowcy. W powietrzu unosiła się woń skisłej wódki z domieszką świeżo otwartego piwa i dymu papierosowego. Okazało się, że jeden z pasażerów był dzień wcześniej na weselu i musiał podskoczyć do Gdańska na egzamin, a jego kumpel go podwoził. W sumie to wesoło i w porządku, ale wysadzili mnie w dość średnim miejscu. Musiałem łapać praktycznie na autostradzie, co nie jest łatwe. Na szczęście po 25 min zatrzymał się kolejny samochód. Mariusz z Mławy, zakochany w dziewczynie z Elbląga, były wojskowy, a obecnie zawodowy kierowca. Mega szczery i wesoły facet, którego drugą miłością była własnoręcznie złożona BMWica z 345 koniami pod maską. Wysadził mnie w Mławie, którą już kilkukrotnie odwiedzałem w przeszłości, ponieważ mieszka tam mój dobry kumpel ze studiów. Oczywiście zadzwoniłem do niego z pytaniem, czy podjedzie na chwilę pogadać. Mało tego, że przyjechał, to jeszcze wziął mnie do siebie do domu na imieniny taty. Po przyjechaniu okazało się, że Marcin jak to Marcin, słowa nie powiedział rodzinie, że mnie przywiezie, więc byłem dla nich sporym zaskoczeniem (Wszyscy twardo do końca utrzymywali, że była to miła niespodzianka). Zostałem przywitany iście po królewsku - udźcem i wódką, w takich ilościach, że byłem pod wrażeniem wytrzymałości mojego paska do spodni. Po którymś kieliszku z rzędu, Marcin rzucił hasło, że jedziemy spotkać się z Bartkiem, jego współlokatorem z Gdańska, z którym też już nie jedno przeszedłem. W międzyczasie okazało się, że Marcin załatwił mi transport do Warszawy z chłopakami, których poznałem rok wcześniej, odwiedzając go. Wszyscy się spotkaliśmy, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie z rejestracjami "WML" w tle i ruszyłem do stolicy z Barym i Małym.

Przed Warszawą korki takie, jakby połowa miasta wracała z wczasów nad morzem. Tak czy inaczej dotarliśmy o 21, a Polskiego Busa do Rzeszowa miałem dopiero o 24, więc Bary zaproponował, że podjedziemy do niego, a następnie zabierze mnie na tzw. pokazowe drift`ownie. Randez-vous odbywało się na parkingu przy lotnisku Chopina. Wyglądało to jak zlot wszystkich warszawskich "blachar" i mnóstwa chłopaków z dosłownie wylizanymi autami, którzy oglądali popisy kozaków, których stać na kilkukrotną wymianę opon jednej nocy. Abstrahując od tandetnej otoczki "Need for Speed" połączonej z lekką nutą polskiego prowincjonalizmu, naprawdę było tam kilku chłopaków, co równo palili gumę i pięknie ślizgali się na zakrętach.
Postaliśmy tam jakieś 30 min i Bary zawiózł mnie do centrum, skąd dostałem się na Wilanowską i wsiadłem do busa w kierunku Rzeszowa.
Dzień 2
Całą drogę przespałem. W Rzeszowie miałem godzinę czasu na przesiadkę w PKP, więc powtórzyłem sobie podstawy rosyjskiego. O 7.30 jestem już w Przemyślu, który sprawia dość przygnębiające wrażenie. Dworzec, który jest miejscem, przez które przewija się większość turystów, jest ładny i zadbany, ale już jego okolice to brud, syf i ubóstwo. Znalazłem busa do Medyki, uiściłem opłatę wysokości 2zł za bilet i po godzinie, jak się zebrał komplet pasażerów, ruszyłem.
Pierwsze, co mnie uderzyło, to mnóstwo "babuszek" z litrowymi butelkami wódki, którą przenosiły przez granicę na sprzedaż. Samą granicę przekroczyłem bez przeszkód i po 500m byłem na Ukrainie. Przeszedłem kolejne 500m, żeby odczepili się ode mnie nagabujący taksówkarze i zacząłem łapać. Po 10 min zgarnął mnie Ukrainiec na polskich "blachach". Mega w porządku facet, z którym praktycznie całą drogę przedyskutowałem o różnicach między Polakami a Ukraińcami, których według mediów jest sporo, a w rzeczywistości stanowią one po prostu nieodłączną część naszej historii, z którą musimy się pogodzić.

Wysadził mnie 40km przed Lwowem, gdzie stałem kolejne 10 min i zatrzymał się tzw. "głuchy transport", czyli niespecjalnie rozmowny jegomość, który podwozi z nieznanych mi przyczyn. Tak czy inaczej o 11.30 byłem w centrum.
Z Olechem, który był moim hostem w mieście, umówiłem się na 18, więc miałem mnóstwo czasu na zwiedzanie. W pierwszej kolejności musiałem wykombinować miejsce dla mojego plecaka. Kilkugodzinna przechadzka z 29kg na plecach nie należy do przyjemności. Udało mi się dogadać w informacji turystycznej i ruszyłem na miasto. W planie miałem zostać dwa dni, więc pierwszego postanowiłem zwiedzić starówkę i wszystkie jej przyległości.

Lwów uważany jest za najpiękniejsze miasto Ukrainy. Mnie osobiście nie specjalnie urzekło. Owszem, starówka piękna i zauważalna jest podobna architektura do tej w Krakowie czy Sankt Petersburgu, ale wciąż mnóstwo budynków z odpadającym tynkiem czy też śpiących po rogach bezdomnych. Osobiście odwiedziłem wszystkie kościoły, cerkwie i katedry na starówce. Dodatkowo zwiedziłem Muzeum Farmacji, w którym można zobaczyć, jak wyglądały apteki blisko 300 lat temu. Sporo czasu spędziłem również, odpoczywając na deptaku obok Opery, gdzie chyba wszyscy starsi z miasta grali w szachy i warcaby, a dookoła nich gromadziły się tłumy obserwatorów.

O 18 czekałem w umówionym miejscu na Olecha. Zaczęło się niezbyt ciekawie, bo spóźnił się 20 min. Początkowo było miło i w porządku. Zabrał mnie na herbatę do knajpy swojego kumpla, gdzie chwilę z nim pogadałem, a później przyszła jego dziewczyna. Od tej chwili mogę na palcach jednej ręki policzyć, ile razy się do mnie odezwał. Czułem się jak niechciany przydupas. Mało tego. Popełniłem błąd i nie sprawdziłem zawczasu, gdzie dokładnie mieszka. Droga zajęła nam 20 min tramwajem, 30 min busem, a następnie 20 min na piechotę. Koniec świata i jeszcze dalej. Okazało się, że jego "dom" jest bardziej budynkiem w stanie surowym niż domem w pełnym tego słowa znaczeniu. W całości najbardziej urzekł mnie prysznic - czarny od włosów przyklejonych do wszystkiego łącznie z grzybem. Poszedłem się przejść po okolicy, która okazała się najzwyklejszą w świecie wioską. Jedynym plusem było położenie, zaraz obok obwodnicy miasta. Po powrocie do "domu" podjąłem decyzję. Nie wracam do Lwowa, bo szkoda czasu na dojazdy, tylko jadę zobaczyć Ternopil.

Zszedłem jeszcze do kuchni z próbą zagajenia rozmowy, ale kilkukrotne próby spaliły na panewce, gdyż Olech był zajęty malowaniem modeli samolotów, a jego dziewczyna czytaniem książki. "Gość w dom, Bóg w dom". Stwierdziłem, że nic na siłę i idę spać do pokoju, który okazał się ciemnią do wywoływania zdjęć.

Kolejny wpis opisujący następne dni już jutro:)
Przepraszam za błędy!


Pozdrawiam i życzę wspaniałych wrażeń!
a w ogóle to słyszałem, że jak ktoś chce zobaczyć prawdziwy posowiecki syf to powinien się wybrać do Lwowa właśnie, a nie do Mińska np. (trudno mi to zweryfikować, bo w obu miejscach nie byłem, poza tym może dzięki Euro coś tam się zmieniło na lepsze)
pozazdroscic wyprawy i powodzenia w dalszej czesci