Dzień 44
Z Michałem umówiłem się, że przyjdę po niego o 6.00 i przejdziemy się na miejsce, które wczoraj odkryłem z dziewczynami, żeby nagrać wywiad przy wschodzącym słońcu. Samo wstawanie było mega ciężkie, bo zegar biologiczny miałem zupełnie rozstrojony i zasnąłem dopiero o 2 w nocy, ale stawiłem się punktualnie.

Następnie poszliśmy owego miejsca. I nie było łatwo, bo każda uliczka wyglądała tak samo i dopiero po kilkunastu minutach trafiliśmy na miejsce. Idealnie na wschód słońca. Idealne miejsce i moment, żeby zapytać człowieka, który przemierzył świat autostopem, jakie są jego marzenia i definicja szczęścia.
Posiedzieliśmy i pogadaliśmy jeszcze o naszych austostopowych doświadczeniach, a gdy zaczęło się robić zbyt ciepło, ruszyliśmy na śniadanie. Po drodze zaszliśmy jeszcze zapytać dziewczyn czy też coś chcą, ale smacznie spały.
Z Michałem poszliśmy zjeść kebaba, a następnie się pożegnaliśmy z nadzieją ponownego spotkania w Pradze.

Wróciłem do hotelu, gdzie dziewczyny już się powoli zbierały i postanowiłem ustalić jaki plan na dzisiaj. A plan był ciekawy. Otóż od wczoraj wydzwaniał do nas jeden Irańczyk, który serdecznie nas zapraszał na wesele. Tak na wesele! I to nie na zasadzie - "jak chcecie to przyjdziecie", tylko "Mogę po Was przyjechać! Cała moja rodzina na Was czeka!". Dzwonił od 8 rano.
W końcu dziewczyny oddzwoniły i ustaliśmy, że "Weselnik" odbierze nas o 10. W międzyczasie spakowaliśmy manatki i generalnie po krótkiej niejasności okazało się, że rzeczywiście mieliśmy nocleg za darmo. Czekając na naszego kierowce zaszliśmy jeszcze na pocztę kupić znaczki na pocztówki.
W drodze zauważyłem ciekawą rzecz. Otóż wiele drzwi w mieście miało dwie kołatki w różnym kształcie. Okazało się, że zostały stworzone w celu zminimalizowania kontaktów damsko-męskich.Jedna była dla mężczyzn, a druga dla kobiet. Kołatki wydawały różne dźwięki i w ten sposób obecni w środku wiedzieli, kogo się spodziewać za drzwiami i kto powinien je otworzyć.

"Weselnik" - Ali okazał się być całkiem miłym facetem, na swój sposób śmiesznym i strasznie zakręconym. Mimo tego, że miał wesele, to przyjechał po nas osobiście ze swoją przyszłą żoną i zawieźli nas prosto do domu panny młodej.

A tam chciałoby się powiedzieć, że beton religijny. Wszystkie kobiety albo w czadorach albo w szczelnych hidżabach. Ciekawa odmienna po tych wszystkich "wyzwolonych" Irankach. Nie mniej jednak gościnność pozostała iście irańska.
Jak tylko przyszliśmy to oczywiście herbatka owoce i słodycze, z których słynie Yazd.

Kolejne miasto i kolejni faceci w dość ekspresyjny sposób okazujący swoją sympatie do mnie. Tym razem moim fanem okazał się być 30-letni kuzyn "weselnika", który ożenił się 6 lat temu z 16latką. Powiem szczerze, dość nieswojo się czułem jak "weselnik" trzymał rękę na moim kolanie, a jego kuzyn mnie obejmował. Jakby tego było mało, to widziałem rozbawione miny Weroniki i Sylwii, które siedziały naprzeciwko.

Tak czy inaczej po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni goście i wspólnie zjedliśmy obiad na ziemi. Byliśmy również świadkami ciekawego sposobu rozbawiania dziecka. Zabawa polegała na dosłownym przerzucaniu dziecka przez pokój w objęcia innego członka rodziny. Ubaw po pachy.

Po obiedzie "weselnik" podjął decyzje o przetransportowaniu nas do domu innego członka rodziny. I tym samym trafiliśmy do kogoś kogo imienia nie pamiętam, ale naszego głównego opiekuna pozwoliłem sobie nazwać "kamerdynerem" ze z względu na jego wiecznie wyprostowane plecy i opanowanie.
Mieszkanie do którego trafiliśmy było nie dość, że duże, to jeszcze urządzone na bogato i ze smakiem. Mogliśmy się tam wykąpać w iście królewskich warunkach i przygotować do wesela. W moim przypadku przygotowania ograniczyły się do wyprasowania ciuchów, a dziewczyny musiały się przebrać w ubrania, które dostarczyły im ciotki "weselnika". Było śmiesznie, bo o ile Weronika miała szczęście co do wyboru, to Sylwia musiała przyodziać delikatnie mówiąc pstrokaty gorsecik i spódnicę.
Pozwolę sobie jeszcze napomknąć o rozmowie jaką prowadziłem z Sylwią, "Kamerdynerem" i "Zgredkiem". Generalnie rozmawialiśmy o różnicach miedzy ludźmi z innych krajów i Sylwia powiedziała coś co mi utkneło w pamięci. Otóż zwróciła uwagę, że owszem, gdy się spotykamy tak jak teraz, to wszyscy wydajemy się być tacy sami, mimo różniących nas religii, tradycji i historii. Jednak istnieje coś takiego jak trzy stopnie poznania danej kultury i na każdy kolejny wchodzi się po jakimś czasie obcowania z daną kulturą. O ile na tym najniższym ograniczającym się do krótkotrwałego kontaktu ludzie mogą wydawać się tacy sami, to na kolejnych różnice stają się coraz bardziej widoczne. W ogóle Sylwia wcześniej też mi zaimponowała na sposób w jaki nikt nigdy mi nie zaimponował. Prowadziliśmy jakąś całkiem normalną rozmowę, a ona w jednej wypowiedzi użyła słowa "martyrologia" i "mesjanizm". Szał.
Cały dzień żyłem myślą, że wesele okaże się czymś ciekawym i wartym zobaczenia, ale okrutnie się rozczarowałem.
Wyobraźcie sobie, że na tradycyjnym irańskim weselu kobiety i mężczyźni świętują osobno. I nie mam tu na myśli osobnych stołów, ale osobną salę bez możliwości transferu osób. Jedynym mężczyzną, który może odwiedzić kobiety jest pan młody oraz jego ojciec.
Kolejną rzeczą jest absolutny brak zabaw. Wesele u mężczyzn ogranicza się do jedzenia i rozmów. U kobiet ponoć są tańce i śpiewy, ale Weronika i Sylwia zrelacjonowały, że u nich też była stypa.
Jedzenie też jest inne. W pierwszej kolejności na stole lądują słodycze (które są tutaj przepyszne), później sałatki, a dopiero na koniec kurczak i ryż.

Najśmieszniejszy w tym wszystkim jest fakt, że wesele, na które jest zaproszonych 400 gości uważa się tutaj, za średnie. Standardem są wesela na co najmniej 500 osób.
Wesele(a raczej darmowa wyżerka) trwa około 3 godzin i kończy się w momencie, gdy zjesz już wszystko co miałeś do zjedzenia. Wtedy wszyscy wychodzą, a Państwo młodzi zostają z długami za kolacje dla kilkuset osób.
Dodatkowo w męskiej części nie pojawia się panna młoda.
Nie mniej jednak postanowiłem skorzystać z okazji i pociągnąć za język chłopaków i dowiedzieć się czegoś więcej o życiu. I najśmieszniejsze jest, to że kobiety mimo, że nie mają praw w życiu publicznym, to w domu sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Wszyscy faceci, z którymi rozmawiałem potwierdzili, że w domu rządzi kobieta i nie ma zmiłuj.
Generalnie to oni mieli więcej pytań do mnie niż ja do nich. Pytania były w sumie banalne typu " Czy to prawda, że dziewczyny podrywa się w klubach, gdzie wszyscy piją alkohol" itp. Ale jedno rozbawiło mnie nieziemsko. Chłopaki wzięły mnie na bok i nieśmiało zapytali czy skoro mam blond włosy na głowie i na rękach, to czy wszędzie są one takie same? Dyplomatycznie odpowiedziałem, że "są czarne tam gdzie słońce nie dociera"
Po wyjściu z wesela porównaliśmy nasze wrażenia z wesela i poszliśmy do domu, gdzie o 24 już wszyscy grzecznie spali.
Dzień 45
o 9 zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy kombinować co tu zrobić, żeby nasi gospodarze odwieźli nas do centrum. Klasyczna zagrywka - Czy są stąd jakieś autobusy do centrum? - Nie ma, ale przecież możecie wziąć taxi - Taxi jest dla nas za drogie. Po prostu się przejdziemy. Przecież to tylko 5km, a my mamy takie lekkie plecaki.
Zawsze działa.
Zostaliśmy podrzuceni w okolice naszego hotelu, gdzie postanowiliśmy popytać o nasze rzeczy (każdy z nas coś zostawił u Balala), które miał nam ktoś podrzucić do hotelu. Okazało się, że musimy poczekać i rzeczy będą w innym hotelu, więc po prostu położyliśmy nasze bagaże i ucięliśmy sobie drzemkę.
Popołudniu ruszyliśmy na autobus. W sumie mieliśmy trzy przesiadki i w końcu po godzinie dotarliśmy na wylotówkę, gdzie zaczęliśmy łapać. Planowo chcieliśmy dojechać na pustynię jeszcze dzisiaj, ale zaliczając po drodze Chack-chack, czyli święte miejsce zoroastrian.

No i się zaczęło. Pierwszy autostop, drugi, trzeci na pick-upie i wylądowaliśmy na trasie do Chack-Chack. Był tylko jeden problem - nie jechało tam absolutnie nic, więc postanowiliśmy iść. po mniej więcej 30 min usłyszeliśmy samochód, więc zaczęliśmy machać i się udało.

Na miejscu zrozumieliśmy czemu nikt tu nie jechał. Okazało się, że droga prowadzi tylko i wyłącznie do tego miasta-świątyni, a tam na stałe mieszkał tylko jeden mnich.
O ile nasz kierowca z żoną poszli w kierunku świątyni, to ja postanowiłem się powspinać, żeby zrobić zdjęcia z jakiś fajnych miejsc. I w sumie na wspinaczce straciłem dobrze ponad 40 min, aż kierowca zaczął się niecierpliwić, ale było warto.

Postanowiłem jeszcze napełnić butelki z wodą, więc podbiegłem szybko w kierunku świątyni, gdzie mnich nie dość, że nalał mi wody, to jeszcze dał mi klucz, żebym samodzielnie zobaczył święte miejsce, które okazało się jaskinią z ustawionymi miskami, w miejscach gdzie kapała woda.
Po 30 min znowu staliśmy na drodze, ale tym razem już w kierunku pustyni. I znowu łapanie stopa dość łatwe. Rodzinka, która nas zabrała nie dość, że podjechała po nas na wstecznym po przejechaniu kilkuset metrów, to jeszcze zaprosiła do siebie na kolację i na noc.
Ich dom okazał się być jednopokojowym mieszkaniem, z kuchnią, przedpokojem i ogrodem, po którym latały kury i gęsi. Przez cały wieczór oglądaliśmy jakąś telenowelę turecką, z irańskim lektorem, przerywaną non stop reklamami pasty do zębów.

Na kolację dostaliśmy tuńczyka z puszki podsmażanego na patelni z ryżem, który okazał się zaskakująco smaczny.
o 23 już spaliśmy.



BTW smażony tuńczyk z ryżem - myślałem, iż to wynalazek Koreańczyka, z którym mieszkałem w akademiku ;) później jeszcze wymyślił, że na patelnię można dorzucić jajka