2012 · Autostopem przez życie

Irańskiego życia ciąg dalszy.

← Wszystkie wpisy

Dzień 39

Wczoraj Sonia uprzedziła mnie, że nigdzie się raczej nie ruszymy, bo trzeba przygotować dom na przybycie gości. Miała racje. O 14 zjedliśmy obiad i zaczęły się wielkie przygotowania do wieczornej imprezy pożegnalnej.

obiad na podłodze

Osobiście nie chciałem się im plątać pod nogami, więc postanowiłem uaktualnić wpisy na blogu. Niby nic takiego, ale za każdym razem przygotowanie nowego wpisu zajmuje mi blisko dwie godziny, dlatego za każdym razem jak mam chwilę wolnego czasu, to staram się pisać.

W pewnym momencie zawołała mnie Sonia. Okazało się, że na couchsurfingu napisały do niej dwie polki z prośbą o nocleg. Oczywiście Sonia musiała odmówić, ale wyręczyłem ją w odpowiedzi pisząc w dość podniosłym tonie(coś o ranieniu ich gołębich serc itp.), że niestety nie ma takiej możliwości, ale jutro mogą się z nami wybrać stopem do Persepolis.

Około 16, jak jak już została ustalona kolejka pod prysznic, postanowiliśmy się przejść na spacer do pobliskiego parku. Lubię takie spacery, bo podczas rozmowy można się dowiedzieć naprawdę wielu ciekawych rzeczy.

Spacer w parku

Spacerując po parku naszą uwagę zwróciła awanturująca się kobieta z policją. Podeszliśmy bliżej i się okazało, że policja zatrzymała ją za spotykanie i nieodpowiednie zachowanie(czyt. trzymanie się za ręce) ze swoim chłopakiem w miejscu publicznym. I tutaj ciekawostka. Takie schadzki są zabronione przez prawo, ale młodzi radzą sobie w prosty sposób. W Iranie istnieją bardzo duże i liczne rodziny, więc najczęściej gdy policja kogoś złapie na takiej schadzce, to młodzi zapierają się, że są kuzynami. I w tym miejscu następuje krótki sprawdzian. Policjant zadaje pytanie o np. wiek czy też imię, któregoś z innych kuzynów i zatrzymana para musi po w ciągu kilku sekund jednocześnie odpowiedzieć na pytanie. W razie pomyłki grozi im albo chłosta, albo kara pieniężna.

A propos kuzynów, to też jest ciekawa sprawa. Otóż w Iranie całkiem popularne są małżeństwa w rodzinie. I to rodzinie najbliższej. Na przykład siostra Sonii wyszła za swojego kuzyna pierwszego stopnia, co nie dość, że jest w pełni legalne w Iranie, to jeszcze pochwalane, bo doprowadza do zacieśnienia więzi rodzinnych.

Po powrocie do domu szybki prysznic prasowanie jedynej porządnej koszuli jaką miałem na właśnie takie okazje i byłem gotowy na domówkę. W międzyczasie przyszedł do mnie ojciec Sonii i w wielkiej konspiracji zapytał "Pasza, do you drink whisky ?". W środku śmiałem się nieziemsko, ale odpowiedziałem w podobny sposób rozglądając się na boki i szepcząc "Only with ice sir!"

O 20 przyszedł Kijan, którego zaprosiła Sonia w trosce, że nie będę mógł z nikim innym się dogadać, bo znajomość angielskiego pozostałych członków rodziny pozostawiała wiele do życzenia.

Tak sobie stoimy i rozmawiamy. Ja w koszuli, która nawet po 20 min prasowania wyglądała jak psu z gardła wyjęta, a on w t-shircie. I wtedy przyszła Sonia z tatą odwaleni jak na bankiet. Ojciec garnitur, lakierki, krawat, a Sonia suknia wieczorowa. Spojrzeliśmy na siebie z Kijanem i głowę dam, że zrozumiał to samo co ja - wyglądamy jak flejtuchy i trzeba coś wymyśleć. Mieliśmy jeszcze chwilę, więc ja wyciągnąłem żelazko i wróciłem do prasowania, a Kijan biegiem wrócił do domu po koszulę.

O 21 razem wkroczyliśmy do salonu, gdzie wszyscy(nawet dzieci) byli w garniturach lub sukniach wieczorowych. Na początku była nieziemska stypa, ale z biegiem czasu, czy raczej ilością wypitego alkoholu, robiło się luźniej. Znajomi ojca Sonii poszli pić i rozmawiać do ogrodu, a młodzi zostali w domu. No i się zaczęły tańce jak w przedszkolu. Każdy się wygłupiał, podskakiwał, a całokształtu dopełniały irańskie przeboje i okrzyki "kelellelelelelele", które ponoć są typowymi okrzykami irańskimi, ale mi bardziej przypominały okrzyk bojowy Indian.

Oczywiście wszyscy zawzięcie próbowali mnie upić czymś co według nich i osoby, która im to sprzedała było "whisky", ale średnio im to wychodziło, a sami z biegiem czasu padali jak muchy. Tak czy inaczej robiło się wesoło i w końcu dałem się na mówić na skakanie, "kelellelee" i "Aha boogu" i inne śmieszne tańczenie pod pachy itp.

Tańce

Po 30 min od włączenia trybu "impreza-beka" nie miałem spokoju. Ze wszystkich stron "Mister Pasza, come here!", "Mister Pasza, wanna smoke szisza?!", "Drink mister Pasza, drink!". I tak do rana. Było śmiesznie.

Jeden z weselników, kuzyn Sonii, strasznie mnie polubił i non stop chciał ze mną tańczyć i śpiewać. Niestety nasz kontakt ograniczał brak jego znajomości angielskiego, dlatego pomagała mu Sonia. Ale robiła to dość dowcipnie.

W pewnym momencie zapytałem się jej czy jej kuzyn jest gejem, bo non stop mnie obejmuje, klepie w sposób, który w Europie byłby postrzegany jako podrywanie. Jak się jej zapytałem, to śmiała się okrutnie, ale zaprzeczyła, informując, że kuzyn ma żonę i dzieci. Nie mniej jednak poinformowała kuzyna o moich spostrzeżeniach i ten się tak przejął, że postanowił mi to wszystko wyjaśnić po angielsku. Poprosił więc Sonię, żeby powiedziała mu po angielsku "Nie jestem gejem", ta uczynnie przetłumaczyła "I am very gey and i like your ass". Jej kuzyn cały szczęśliwy podbiegł do mnie i dosłownie to wykrzyczał. Ja mało co się nie oplułem, a Kijan siedzący obok ze śmiechu zaczął się krztusić. Sonia podobnie.

Dzień 40

Osobiście wstałem już o 10, ale w domu panowała kacowa cisza, przerywana jedynie westchnięciami i odgłosem gniecionej plastikowej butelki z wodą.

Sonia zwlekła się z łóżka dopiero o 13 po moim lekkim ponagleniu, bo chciałem mieć pewność, że tym razem uda mi się zobaczyć Persepolis. W między czasie pojawił się Kijan i co dziwne, zaczęła do nas wydzwaniać Sahar z przypomnieniem, że obiecaliśmy jej, że zabierzemy ją ze sobą. Z dziewczynami z Polski umówiliśmy się, że dojadą do nas busem i spotkamy się na miejscu.

Wyskoczyliśmy taksówką na obrzeża miasta i zaczęliśmy łapać. Dwie dziewczyny i dwóch chłopaków. Złapanie stopa dla takiej ekipy nie należy do prostych zadań chyba, że się oszukuje. Oczywiście machały dziewczyny, a ja z Kijanem usiedliśmy sobie na chodniku i czekaliśmy. Po dwóch minutach mieliśmy stopa. Mina kierowcy, gdy po dwóch dziewczynach wskoczyło do auta jeszcze dwóch facetów, mówiła wszystko. Zadowolony to on nie był. No ale 60 km to tylko parę minut, więc jakoś przecierpiał i wyrzucił nas pod samą bramą.

O Persepolis chyba każdy słyszał. Potężna siedziba królów starożytnej Persji, którą spalił Aleksander. Generalnie historycy kłócą się o to czy spalił to specjalnie czy może był to wypadek, ale nie zmienia to faktu, że zniszczył coś pięknego. Persepolis nawet jako ruiny robi imponujące wrażenie. Pałac jest zbudowany na powierzchni, która odpowiada ponad trzem pełnowymiarowym boiskom piłkarskim, z czego 1/3 zajmował skarbiec. Z ciekawostek - Aleksander potrzebował ponad 3000 wielbłądów, żeby wywieźć wszystkie skarby Persepolis.

Brama wejściowa

Gdy odpoczywaliśmy w cieniu, to sobie tak rozmawialiśmy z Sonia, Kijanem i Sahar, że wyprawa z Macedonii do Iranu w tamtych czasach to było coś niesamowitego. Już pomijam sam czas podróży, ale zaopatrzenie potężnej armii w wodę i jedzenie na tych pustynnych terenach to naprawdę wyzwanie.

Persepolis

W końcu dołączyły do nas Sylwia i Weronika dziewczyny z Polski, z które skontaktowały się z nami dzień wcześniej. I poświęcę trochę miejsca na opisanie każdej z osobna, bo kolejny tydzień spędziliśmy podróżując razem autostopem po Iranie.

Osobiście jedną i drugą określiłbym mianem "równej babki". Po pierwsze przygotowane i obeznane z ryzykiem jakie stwarza podróżowanie kobiet po krajach bliskiego wschodu. Obie miały obrączki i listę niezbędnych słów takich jak "Mam męża i jestem cnotliwą chrześcijanką". Dodatkowo były niesamowicie zaradne już pomijam takie rzeczy jak twarde negocjacje z naciągaczami, ale na przykład poradziły sobie z problemem codziennych kąpieli wykorzystując ubikacje turecką.

Weronika i Sylwia

I tutaj czas na opis dość wstydliwej, ale zarazem śmieszniej rzeczy, jaką są ubikacje tureckie. Część z Was mogła się z nimi spotkać podczas wizyt w Turcji czy też jakiś zapadłych dziurach w górach. Generalnie jest to dziura w ziemi z miejscem na nogi. Obok tej dziury na ścianie zawsze jest kran z podczepionym wężem, ale już papieru toaletowego to nigdy nie widziałem. I teraz zacząłem sobie zadawać pytanie - "Czy ze mną jest coś nie tak, jeżeli za każdym razem na dłuższe posiedzenie, biorę ze sobą papier?". Wyglądało na to, że albo nie używają papieru, albo tyłki każdorazowo podmywają sobie tym wężem. Ryzyko lewatywy całkiem prawdopodobne, ale wszystko bardziej higieniczne, to prawda.

Tak czy inaczej dziewczyny właśnie tego węża używały do kąpieli, gdy byliśmy w trasie. Tym samym w jednym miejscu można było wszystko załatwic na raz. Genialne!

No ale wracając do dziewczyn. Obie studentki psychologii z Uniwerku Jagiellońskiego. Weronika(24) i Sylwia(23) podróżowały autostopem po Bliskim Wchodzie już trzeci raz, dlatego się dogadywaliśmy. Jak ktoś chciał spokoju, to po prostu sobie szedł gdzieś dalej i miał spokój. Jak ktoś komuś dogryzał, to się z tego śmialiśmy, a nie obrażaliśmy itp. Spędziłem z nimi cały tydzień podróżując i obyło się bez spinek, za to z setką przygód. W sumie jedynym problemem był mój plecak, który ważąc ponad 30kg był dość uciążliwym elementem przy pakowaniu się w trójkę do aut, ale dziewczyny dzielnie to znosiły. Dziewczyny, jeśli to czytacie, to jeszcze raz przepraszam za niego!: )

Po przegadaniu tego jakie mamy plany ustaliliśmy, że Sonia, Kijan i Sahar zostają na dole, a my w trójkę wspinamy się na góry, żeby zobaczyć panoramę Persepolis o zachodzie słońca.

Dziesięć minut wspinaczki w sandałach(i w przypadku Sylwii w klapkach) dotarliśmy na szczyt wzniesienia, u podnóża, której położone było miasto. Tam czekając na zachód,przez 40 min rozmawialiśmy o naszych przygodach, doświadczeniach i planach na przyszłość.

Persepolis o zachodzie słońca

O 19 spotkaliśmy się wszyscy przy wyjściu i postanowiliśmy wspólnie wracać do Shiraz.

Po drodze byłem jeszcze świadkiem powalającej znajomości języka angielskiego przez lokalnych przedsiębiorców, a mianowicie tych, którzy oferowali konne przejażdżki. Jeden z nich podjechał do mnie i zapytał "wanna ride my horse?"

Pierwszym stopem spod Persepolis okazał się pick-up, na którego bez problemu się wszyscy załadowaliśmy, ale później już było trudniej.

Na pick-upie

Postanowiliśmy się rozdzielić. Ja pojechałem z Sonią i Sahar, a Kijan z Sylwią i Weroniką. Oni złapali pierwsi stopa i myśleliśmy, że zobaczymy ich dopiero w Shiraz, ale okazało się, że spotkaliśmy ich pare kilometrów dalej, ponieważ podobnie jak nas, ich kierowca zawiózł ich tylko na wylotówkę. I znowu stoimy w sześć osób, zastanawiając się, co robimy dalej, bo już ciemno. Na szczęście Kijan zaczepił kierowcę ciężarówki i ten zgodził się nas zabrać na pace aż do miasta. Tym samym pierwszy raz w życiu jechałem stopem na pace ciężarówki.

Pierwszy stop na pace ciężarówki

Podczas podróży nie dość, że śpiewaliśmy, to jeszcze postanowiliśmy pojechać do parku, żeby porozmawiać i spotkać się z Odelem oraz hostem Sylwii i Weroniki.

Na miejscu okazało się, że Sahar zaprasza nas na domówkę jakiś swoich znajomych, ale ani Sonia ani Kijan nie wyrazili zainteresowania tą opcją, dlatego po godzince spędzonej w parku rozjechaliśmy się do domów.

Jutro kolejny wpis poświęcony podróży do Yazd oraz noclegu w domu chłopaka aresztowanego za Couchsurfing; )

Komentarze (1)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.