2015 · Autostopem przez życie

Jachtostop na Wyspach Kanaryjskich

← Wszystkie wpisy

Wiedziałem, że jeśli nie zerwę się pierwszy i nie przygotuje śniadania dla reszty, to przed 12 nikt tego nie zrobi, dlatego już o 8.30 śniadanie było gotowe na stole, a o 9 jacht był gotowy do wypłynięcia. Adam zapytał jeszcze Francois`a, czy będzie o 12 na jachcie, żebyśmy mogli bez problemu odpłynąć i poszliśmy ściągnąć aktualną pogodę. Było dobrze, ale gdy wróciliśmy na jacht dwadzieścia minut po dwunastej, to jak zwykle trzeba było jeszcze wypić, pośmiać się „zrobić obiad” i dopiero wtedy można płynąć. Francuzom, to pasowało, bo sami chcieli wyjść na miasto, więc się umówiliśmy, że wrócą o 15 i wtedy będziemy wypływać. O 15 Adam miał popołudniową drzemkę, więc, gdy obudził się o 17 padało i wiało, więc nie było sensu wychodzić.

W końcu, gdy na zegarach wybiła szósta niebo na moment się przetarło i padło upragnione hasło – WYPŁYWAMY!

Z pomocą załogi kutra z jednej strony i Feldoe z drugiej, zrzuciliśmy cumy i ruszyliśmy w kierunku wyjścia z portu. Jak zaczęliśmy zbliżać się do końca falochronu, zaczęło lać i wiać. W myślach, tylko przeklinałem nasze poranne ślamazarstwo, bo do południa mieliśmy dobrą pogodę, a później wszystko szlag trafił.

- Kamizelki! Wszyscy! I powpinać się od razu – krzyknął Adam – Będzie wiać i bujać!

Wtedy rozpoczęło się najgorsze wyjście z portu jakie póki co mam na koncie.

Gdy patrzeliśmy na prognozy nie wyglądało to źle. W porównaniu do sztormu sprzed dwóch dni, fale zmalały z 7,5m do niecałych 4,5-4m , a wiatr zelżał z 50 węzłów do 20-25 w porywach. Jedynym problemem był kierunek fal, które dopychały łódkę w kierunku portu. Pierwsze trzydzieści minut wychodziliśmy na silniku, wspinając się na kolejne fale przy trzech tysiącach obrotów. Gdy tylko łódka z trudem wspięła się na ich szczyt, to z hukiem opadała rozbryzgując niższe partie fal lub zjeżdżała niczym surfer.

Miałem nieco szczęścia, bo przed wypłynięciem dostałem wachtę od północy do czwartej nad ranem, więc miałem prawo pójść się zdrzemnąć zwłaszcza, że trzy osoby w kokpicie wystarczały w zupełności. Gdy tylko się w miarę oddaliliśmy od falochronu, zszedłem do swojej koi i padłem na plecach jak długi. Pięć minut leżenia i już wiedziałem, że nie będzie mi dane przetrawić kurczaka w sosie własnym z ziemniakami, którego jedliśmy na obiad. Zerwałem się z łóżka i obijając o wąskie przejścia, dopadłem do zepsutej toalety i w trzech potężnych zrzutach pozbyłem się jasnobrązowej papki. Gdy już stwierdziłem, że nic więcej z siebie nie wycisnę, splunąłem i klnąc wróciłem do łóżka. Choroba morska bynajmniej nie planowała pójść w zapomnienie. Wróciła ze zdwojoną siłą.

Początkowo myślałem, że zasnę, ale już po chwili wiedziałem, że nie ma nawet takiej opcji. Dziób łodzi, w którym znajdowała się moja koja dosłownie skakał. To w prawo, to w lewo, to do góry, to na dół. O ile udało mi się unieruchomić ciało tak, że nie latałem po zielonym materacu na boki, to na ruchy w pionie nie mogłem nic poradzić. Przez cztery godziny leżenia czas umilałem sobie odliczając od jednego do pięciu. Jeśli wspinanie na falę trwało mniej niż trzy sekundy, to jedynie moje wnętrzności przemieszczały się o jakieś pół metra w pionie. Oznaczało to, że w chwili, gdy łódka zaczynała opadać, mój brzuszek wyglądał jak wielki balon, żeby chwilę później, z całym impetem wcisnąć się w dół dociskając kręgosłup. Jeśli wspinanie trwało dłużej niż trzy sekundy, to istniało duże prawdopodobieństwo, że za chwilę, gdy dziób ponownie zacznie opadać, osiągnę stan lewitacji i uderzenie całym ciężarem w twardą koje. Może i byłoby to wszystko całkiem zabawne, gdyby nie fakt, że każdą chwilę spędzałem na głębokim oddychaniu, żeby nie daj Boże nie schaftać się w miejscu gdzie spałem.

Następnego dnia z rozbawieniem stwierdziłem, że choroba morska dopadła również Michała, który do tej pory się jej opierał, a dzień później Adama  diarrhoea. Jedyną osobą, która się uchowała od jakichkolwiek dolegliwości była Basia. Jednak, żeby nie było jej za dobrze, to miała na pokładzie trzech umierających i marudzących facetów. Plusem wszystkiego było to, że nie trzeba było gotować. Dla siebie i dla Michała przygotowałem ryż zalany kisielem, a Basia robiła dla Adama osobne jedzenie. Drugą sprawą był fakt, że trzy dni, które zajęło nam dopłynięcie z Safi na Wyspy Kanaryjskie były przyjemnie ciche.

Bandera musi być

Bandera musi być

Słoneczne Kanary

Słoneczne Kanary

Kapitan podjął decyzję, że w pierwszej kolejności płyniemy na La Graciose – najmniejszą, a jednocześnie zdaniem wielu, najpiękniejszą wyspę na archipelagu, zamieszkaną jedynie przez sześciuset mieszkańców i reklamującą się jako ostatnie w Unii Europejskiej miejsce bez asfaltu.

Pierwsze wrażenie było nijakie. Michał nawet trafnie podsumował, że okolica wygląda podobnie do żwirowni w Iławie. Z tą różnicą, że tam drzew więcej. Ot tyle co dwa wzgórza pochodzenia wulkanicznego i gdzie nie sięgnąć wzrokiem – piasek.

Michał i żwirownia

Marina, do której zacumowaliśmy była położona w największym „mieście” wyspy, które było zabudowane w całości pomalowanymi na biało domami z niebieskimi okiennicami.

Wejście poszło nam całkiem sprawnie. Prawie równie sprawnie jak rozpracowanie na śniadanie ostatniej butelki marokańskiej whisky

Słońce takie upalne

Słońce takie upalne

Kapitan i drugi oficer

Kapitan i drugi oficer

Oczywiście zaraz  po wejściu zaczęliśmy robić plany, co chcemy dzisiaj zrobić. Jak zwykle było ambitnie -  wypożyczyć rowery, pojeździć po wyspie, wykąpać się w oceanie, zjeść coś na mieście itp. Itd. Skończyło się prawie jak zwykle. Po odwiedzeniu kapitanatu i załatwieniu formalności związanych z pobytem, wróciliśmy na łódkę, żeby wziąć ciuchy do pływania i śmignąć na plażę. Zajęło nam to więcej czasu niż powinno, do portu weszła druga łódź z Polakami na pokładzie, których kapitan przyszedł się przywitać. A jak jeden kapitan trafił na drugiego, to przez dwie godziny debatowali na temat łódek i licytowali się na temat tego kto wie więcej. Korzystając z okazji uciąłem sobie drzemkę, a gdy się obudziłem, razem z Michałem poszliśmy na plażę.

"Happyhours"

„Happyhours”

Marina

Marina

Tak naprawdę dopiero wtedy zacząłem czuć atmosferę wysp. Piękna słoneczna pogoda, czysta, piaszczysta plaża i cisza. Jeśli dodamy do tego słoną morską wodę, która wyżarła cały brud nagromadzony na skórze przez dwa tygodnie i prysznic po wyjściu, to mamy receptę na idealne popołudnie.

Kanaryjskie blokowisko

Kanaryjskie blokowisko

Turysta

Turysta

Plaża

Plaża

Gdy skończyliśmy, podskoczyliśmy do jednej z trzech knajp, gdzie siedział Adam z Basią i zamówiliśmy sobie po pizzy. Nasi kompani byli coś nie w sosie, więc zmyli się chwilę po tym jak przyszliśmy, a gdy wróciliśmy na łódkę spali w najlepsze. Michał, któremu zostały ostatnie dni urlopu, nie zamierzał tracić czasu na spanie dlatego postanowiliśmy przejść się po okolicy.

Turysta vol.2

Turysta vol.2

La Graciosa nie jest wyspą gdzie jest wiele do oglądania. Gdy po godzinie przeszliśmy wszystko wzdłuż i wszerz, stwierdziliśmy, że kupimy sobie butelkę dobrego alkoholu i resztę wieczoru spędzimy rozmawiając patrząc na zachodzące nad portem słońce. Jak usiedliśmy o 17 tak skończyliśmy dopiero po północy. Wprawdzie Basia i Adam dołączyli do nas dopiero po 22, ale wcześniej zrobiła to Niemka, która na wyspy przyleciała ze swoim psem i że też nie znała nikogo, to się do nas dosiadła.

Szlachta się bawi

Szlachta się bawi

Zachód

Zachód

Niemka i pies

Niemka, pies i kubeczkiem

Kolejny dzień i znów – deja vu. Mieliśmy wypłynąć, jak tylko się obudzimy, a z portu wyszliśmy razem z zachodzącym słońcem. Tym razem głównym powodem był fakt, że Adam nie czuł się najlepiej. Mi osobiście latało i powiewało czy na wyspie zostaniemy dzień dłużej czy nie, ale byłem pełen podziwu dla cierpliwości Michała, który za 4 dni miał wracać, a od Teneryfy, z której odlatywał dzieliło nas jeszcze ponad 300 mil.

Po dwudziestu czterech godzinach od wypłynięcia zapadła decyzja, że skoro mamy takie pomyślne wiatry, to uda się wejść na dwie lub trzy godziny do Las Palmas na Gran Canarii, żeby Michał też tam coś zobaczył i zwiedził.

Oczywiście zamiast szukać jakiegoś miejsca z boku, to zacumowaliśmy niemalże na wejściu do portu, więc było oczywiste, że albo to miejsce jest zarezerwowane, albo nie można się tam zatrzymywać. I tak właśnie było. Ponton do którego dobiliśmy był zarezerwowany dla stałych bywalców. Wprawdzie chcieliśmy się zatrzymać tylko na dwie godziny, więc Adam i Basia poszli do kapitanat, żeby się dowiedzieć co i jak.

Gran Canaria

Gran Canaria

Wejście do portu

Wejście do portu

- O co zakład, że nigdzie stąd nie wyjdziemy? – zapytał retorycznie Michał

Nie myśląc wiele, zrobiliśmy sobie po drinku i czekaliśmy aż wróci reszta, żeby powiedzieć nam to, co już wiedzieliśmy. Zajęło im to blisko półtorej godziny, więc decyzja mogła być już tylko jedna – wypływamy.

Wejście i wyjście z portu, wraz z cumowaniem i powrotem na poprzedni kurs, zajęło nam w sumie cztery godziny. Gdyby do tych czterech godzin dodać jeszcze sześć, które zmarnowaliśmy nic sensownego nie robiąc na La Graciosie, Michał miałby dodatkową noc na Teneryfie.

Choinka

Choinka

Moja wachta rozpoczynała się o dwudziestej, więc chwilę po tym jak wyszliśmy z portu. Zapinając kurtkę aż po samą szyję, rozsiadłem się wygodnie w kokpicie i obserwowałem mijaną przez nas na lewej burcie Gran Canarię. Mijaliśmy ją w odległości nie większej niż 10 mil, więc widok był spektakularny. Szczyt wyspy był zasnuty chmurami, ale jej dolne partie, które zajmowało Las Plamas, były widoczne jak na dłoni. Widok o tyle niesamowity, że wszystkie światła miały jednolity, ciemnopomarańczowy kolor, co w połączeniu z nieprzeniknioną ciemnością dookoła, wyglądało jak wrząca lawa, która spływa ze szczytu wypełniając każde wgłębienie, a pozostawiając nietknięte jedynie co bardziej niedostępne granie.

- Być może będę musiał tu wracać – pomyślałem, wiedząc, że to właśnie wyspa, którą opuszczamy jest największą stacją postojową dla wszystkich, którzy planują przekroczyć Atlantyk.

Na Teneryfę dopłynęliśmy równo ze wschodem słońca.

Serce góry

Wschód na Teneryfie

Jeśli się wpis podobał, to będę wdzięczny za wsparcie akcji „Autostopem dla hospicjum” :)
Wprawdzie za nami święta i sylwester, więc większość jest kompletnie spłukana, ale może po wypłacie ktoś się szarpnie i wesprze młodych podopiecznych dowolną kwotą? Jeśli nie to będę wdzięczny za udostępnienie chociażby linku do akcji – Autostopem dla hospicjum

Komentarze (5)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.