Moim domem na najbliższe dwa tygodnie został jacht o lekko tandetnej nazwie „HappyHours”. Był to jacht liczący dwanaście metrów długości, kolejne cztery szerokości i ożeglowanie o powierzchni 77m2. Na jego pokładzie mieściły się cztery podwójne kabiny, dwie łazienki oraz kambuz. Nie będę Was zanudzał dokładnymi specyfikacjami łodzi, bo nie są one niezbędne, żeby zrozumieć jedno – była to sporych rozmiarów, jak dla chłopaka, który przywykł do Mazur, łajba. Zwłaszcza, jeśli dodamy do tego fakt, że na Wyspy Kanaryjskie płynęliśmy jedynie w czwórkę, więc każdy z nas miał dla siebie sporo miejsca.
Plan podróży był dostosowany do prognozy pogody, którą Adam ściągnął przed wypłynięciem. Jej najistotniejszą częścią był kierunek i prędkość wiatru oraz wysokość fali. To, czy padało było sprawą drugorzędną.
Nie inaczej było na początku żeglugi w kierunku Kanarów. Pierwsze trzy dni rejsu zapowiadały się raczej spokojnie, ale kapitan postanowił, że wypłyniemy w głąb Atlantyku odchodząc od wybrzeża Afryki z dwóch powodów. Po pierwsze, około 60 mil od lądu miały wiać korzystniejsze wiatry, które znacząco przekładały się na czas potrzebny do pokonania dystansu dzielącego nas od Wysp Wiecznej Wiosny. Drugi powód był dużo istotniejszy. Wejście na Morze Śródziemne jest swojego rodzaju wąskim gardłem przez które, w obu kierunkach, przeciskają się setki kontenerowców, jachtów oraz wszelkiego rodzaju inne jednostki pływające. Dodajmy do tego jeszcze hiszpańskich rybaków, którzy bliżej lądu zarzucają sieci i wyjdzie nam przepis na kilka godzin żeglowania w maksymalnym skupieniu. Właśnie dlatego Adam podjął decyzję o możliwie najszybszym oddaleniu się od wybrzeża.
Jak tylko minęliśmy geograficzną granicę Atlantyku, Basia, dziewczyna Adama, wzięła kartkę i wszyscy razem usiedliśmy, aby rozpisać wachty na najbliższe trzy dni. W tym momencie wiem, że system był zrobiony kretyńsko. Jednak wtedy wydawał mi się naprawdę sensowny. Całość polegała na tym, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony tym, że ma więcej niż inny wacht w środku nocy. Adam jako kapitan ich nie pełnił, więc to zadanie przypadło do podziału między mnie, Basię i Michała. System był prosty. Mieliśmy dwu i czterogodzinne wachty. Od 16-20, 20-0, 00-04, 04-08, 08-12, a później 12-14, 14-16. Problem z tym systemem polegał na tym, że organizm nie mógł się przyzwyczaić do ustalonych godzin snu, więc wiecznie ktoś chodził niewyspany.
Z Gibraltaru wypłynęliśmy około 14 i pierwsze dwie godziny, poza obserwowaniem mijających nas jednostek, rozmawialiśmy. Już na początku dotarło do mnie, że owszem złapałem jachtostop na Wyspy Kanaryjskie, ale tak naprawdę przez najbliższe dwa tygodnie będę zamknięty na małej przestrzeni z ludźmi, których w ogóle nie znam.
Starając się nie być nachalny, powoli zacząłem dopytywać co robią i czym się zajmują, ale rozmowa niespecjalnie się kleiła. Nie dlatego, że nie szło się dogadać, ale powoli czułem, że zapomniana od dłuższego czasu choroba morska, powoli zaczyna o sobie przypominać. Udało mi się ustalić, że Adam i Basia czarterowali jacht od znajomego. Miesiąc temu wyruszyli z Grecji i planują podróżować przez najbliższe pół roku. Oczywiście w normalnych warunkach byłyby to horrendalne pieniądze, ale wpadli na pomysł, żeby rejs podzielić na dwanaście etapów i sprzedawać je osobom takim jak Michał. Na tamtą chwilę udało mi się jedynie ustalić, że ten sympatyczny facet znalazł ogłoszenie „HappyHours” w Internecie i dołączył do Basi i Adama w Maladze. Gdy udało mi się posegregować te kilka faktów w głowie, miałem już dość rozmowy i myśli zaczęły krążyć wokół powtarzanych jak mantra zdań – „No przecież sie nie zrzygasz. Toć straszna wiocha. No nie ma takiej opcji.”
Gdy o 16 Basia rozpoczęła swoją wachtę, Adam zapytał mnie, czy chcę się zapoznać z systemem lokalizacyjo-odbiorczo-nadawczym AIS. Mimo tego, że czułem, że zejście pod pokład może nie być najlepszym pomysłem, zacisnąłem zęby i zszedłem do kambuzu, gdzie znajdował się komputer z systemem do opanowania.
W zasadzie nie było to nic trudnego. Po prostu odpalona na kompie mapa, na której trójkątami były oznaczone jednostki posiadające taki sam system jak my i znajdowały się w odległości do 30 mil od nas. W centrum mapy migał czerwony trójkąt dookoła którego znajdowało się kilka okręgów. Tym trójkątem było nasze „happyhours” a okręgi oznaczały odległość od naszej łodzi. Cały myk polegał na tym, żeby w czasie wacht schodzić do kambuzu i sprawdzać, czy jakicheś inne statki, poza naszym, znajdują się w okolicy, a jeśli tak, to czy mamy z nimi kurs kolizyjny, czy nie. Dosłownie w dwie minuty, w czasie których kapitan tłumaczył mi działanie systemu, poczułem, że albo wyjdę na zewnątrz, albo mój rejs rozpocznę od sprzątania tego co zjadłem na śniadanie.
Szybko przecisnąłem się do kokpitu i lekko zataczając usiadłem, łapiąc jedną ręką kabestan. Musiałem być już naprawdę blady na twarzy, bo Michał, który siedział na przeciwko zapytał:
- Jak się czujesz Przemo? – zapytał z wyczuwalną troską w głosie.
- Generalnie, szału nie ma, ale dam radę – odpowiedziałem siląc się na uśmiech.
- Nie no Przemek, jak masz się męczyć, to lepiej, żebyś wychylił się za burtę i sobie zwymiotował. Ulży Ci. – powiedział kapitan. Strzelam, że miał najlepsze intencje, ale wspomnienie o wymiotowaniu było tym co przesądziło o mojej porażce w wewnętrznej walce o pełne przetrawienie śniadania.
Już po chwili oczy lekko mi się zaszkliłyi się, więc jeszcze tylko kulturalnie zapytałem:
- Na pewno nie będziecie mieli nic przeciwko, jeśli kulturalnie złożę hołd Neptunowi? – zapytałem siląc się na dowcip i jednocześnie czując, że ślina w ustach zaczyna być coraz to bardziej słonawa.
- Jasne, hehe, nawet dobrze się składa, bo siedzisz po zawietrznej (przyp. red. mniejsze ryzyko ufajdania burty) – odpowiedział Adam
Uśmiechając się od ucha do ucha (i jednocześnie zaciskając
zęby) odwróciłem się, złapałem za reling (barierka dookoła jachtu), który ugiął się pod moim ciężarem. Klęcząc, upewniłem się, że środek ciężkości mam wystarczająco nisko, z gracją odchyliłem się do tyłu i na pełnej bombie wyrzuciłem z siebie wszystko co miałem.
Za pierwszym razem poleciał pączek, który zjadłem na śniadanie. Wprawdzie nieco zmienił kolor, ale był z nadzieniem czekoladowym, więc po kilku godzinach wciąż nieźle smakował. Mimo tego, że cofał się z zawrotną prędkością. Szybki wdech i kolejny zrzut, nie gorszy niż pierwszy. Tym razem sam nie byłem pewny co to było. Trochę wczorajszej konserwy, trochę wody i trochę jakiś krakersów. Trzeci raz był już tylko po to, żebym się upewnił, że odwracając się w stronę reszty załogi, niczym ich przypadkowo nie poczęstuję.
Splunąłem jeszcze w kierunku wody, przetarłem rękawem brodę i usiadłem z powrotem na swoje miejsce. Adam zapytał tylko:
- Lepiej?
Przez chwilę się zastanowiłem i ze zdziwieniem stwierdziłem, że zdecydowanie tak. Zażartowałem jeszcze parafrazując „pierwsze rzygi za relingi” i stwierdziłem, że czas się położyć spać. Jeśli mam w takim stanie wytrwać od północy do czwartej nad ranem, to muszę złapać trochę snu.
Schodząc do koi, modliłem się w duchu. Po pierwsze żeby nie cofnęło mi się drugi raz, a po drugie, żebym był w stanie zasnąć. Szybko zrzuciłem z siebie uprząż i kurtkę, a następnie walnąłem się na plecy. Spojrzałem w sufit i przez chwilę analizowałem.
- Dobra, leżę i się nie cofa. Będzie git – pomyślałem i zamknąłem oczy. Przez chwilę nic nie czułem, ale nagle głowa zaczęła mi ciążyć mniej więcej tak, jak na potężnym kacu. W głowie klasyczny helikopter. Najgorsze było to, że wiem jak walczyć z kacem, ale bynajmniej nie działało to w przypadku choroby morskiej. Jednak najważniejsze było to, że po chwili kombinowania, jak się położyć, żeby się nie obijać na prawo i na lewo, udało mi się zasnąć.
Pięć minut przed północą zadzwonił mi budzik. Otworzyłem oczy i przez dziesięć sekund analizowałem gdzie jestem i jakim cudem wpadłem na aż tak głupi pomysł. Dziwna gula w gardle i śmigło w głowie. Możliwie szybko zarzuciłem na siebie kurtkę i uprząż i przeciskając się przez wąskie drzwi, walcząc z przechyłami, to na prawo, to na lewo, dotarłem na szczyt schodków. Usiadłem w kokpicie i z ulga stwierdziłem, że świeże powietrze jest tym czego potrzebowałem. Obwiązałem uprząż wokół wolnego kabestanu i w kilku zdaniach przejąłem raport od Michała. Gdy ten zniknął pod pokładem wychyliłem się za szprycbudę, która, owszem, osłaniała nas od wiatru, ale dość skutecznie zasłaniała horyzont i rozpocząłem swoją wachtę
Na samym początku wyszedł do mnie Adam, który odpalił papierosa i najwidoczniej próbował mi uzmysłowić, jak wielką odpowiedzialnością jest nocna zmiana. Czułem się paskudnie, ale zapewniłem go, że zdaję sobie sprawę, że jak nie będę uważny, to nas potopię, dlatego nieco uspokojony poszedł spać. Koniec końców, trzeba być albo naprawdę pijanym, albo śpiącym snem sprawiedliwego, żeby na wachcie nawalić. W gruncie rzeczy klasyczna zmiana ogranicza się do ciągłego gapienia się w ciemność i szukania światełek, a jak niczego nie widać, to sprawdzania AISa. Plus oczywiście różne nagłe sytuacje podczas gorszej pogody, czy żeglowania bliżej lądu.
Moja pierwsza wachta okazała się być też najcięższą do tej pory. Pogoda pod psem. Ciemno jak nie wiadomo (albo i wiadomo) gdzie, siąpiący deszcz i fala bujająca łódką to na prawo i na lewo. Wprawdzie czułem się kiepsko, ale powoli zaczynało do mnie docierać, że jestem na oceanie. Gdzie nie spojrzę – ciemność. Jedyne co było w zasięgu wzroku, to pokład łodzi rozjaśniony białym światłem zamocowanym na szczycie masztu. Przez chwilę przez głowę przeszło mi pytanie -”Przecież sam tego chciałeś, prawda?”.
Jeśli spodobał Ci się post, to będę wdzięczny za wsparcie zbiórki „Autostopem dla hospicjum” w ramach której zbieram 100 tys. złotych dla podopiecznych Hospicjum oraz Funduszu Dzieci Osieroconych. Zawsze możesz się podzielić tym linkiem ze znajomymi, a może uda nam się wspólnie zrobić coś dużo bardziej niezwykłego niż jachtostop.
http://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum





Pierwsze koty za płoty
Jesteś wielką motywacją. ;) Wytrwałości Przemoo ;D
powodzenia :)
trzymaj się tam !:) czytam, wspieram akcję i bardzo kibicuję :)
mam nadzieję, że kiedyś będę miała okazję posłuchać Twoich historii!
„W głowie klasyczny helikopter” pewnie jak zejdziesz na ląd jeszcze się przez jakiś czas będzie utrzymywał :) Ale wiesz co? ja ten rodzaj „helikoptera” lubię :D
Jestem na Twoim blogu od kilkunastu dni i wiem, że zostanę na dłużej. Jeszcze nie udało mi się przeczytać wszystkich postów, ale powoli nadrabiam :)
Pewnie słyszysz to cały czas i już Ci się znudziło, ale życzę Ci dalej pozytywnej energii i siły do działania bo umiesz „zarażać” – a ten rodzaj epidemii warto roznosić :D
Pozdrawiam – nowa czytelniczka :)
świetnie Przemo! trzymaj się ciepło i dalej kontynuuj tę wspaniałą przygodę! trzymamy kciuki!
Moja pierwsza warta nocna była dla mnie najgorsza i z trudem ją przetrwałem, kolejne były coraz łatwiejsze, aż zacząłem z nich czerpać przyjemność. Teraz chyba to jedna z rzeczy, które najbardziej mi się w żeglarstwie podobają – samotne czuwanie, gdy reszta załogi śpi.
Wachty nie byly ustawione kretynsko, 4 godzinne wahty w tych godzinach sa norma. Organizm przyzwyczaja sie do krotkiego przerywanego snu z czasem. Poza tym mega zazdraszczam, jak dlugo bedziesz na karaibach?
Tak, ale wystarczyłoby zrobić 4 godzinne wachty przez 24h i nie dzielić godzin od 12 do 16 na dwa. W ten sposób, każdy miałby stałe godziny wacht :) W ten sposób funkcjonuję na następnych jachtach i działa dużo lepiej mimo, że to z reguły mi trafiają się wachty od 0.00 do 4.00 :)
Tzw „psia wachta” :D Można się było spodziewać, że Ciebie wpakują własnie na tą zmianę :) hihi ale i tak super masz :)
wszystko spoko, od dawna Cię czytam i kibicuje, ale opis wymiotów można było sobie darować ;)