2015 · Autostopem przez życie

Jachtostop – pierwszy sztorm

← Wszystkie wpisy

Tryb życia na łodzi wyznaczają wachty. Gdy o czwartej nad ranem zmieniła mnie Basia, poszedłem prosto do swojej koi i padłem, z marzeniem, żeby się nie obudzić wcześniej niż za kilka dni na lądzie. Czułem się paskudnie. Przemarznięty, bo mimo, że byliśmy już spory kawał na południe, to wciąż było zimno. Wszystko co miałem na sobie było przesiąknięte wilgocią. Jakby tego było mało, co chwilę czułem jak żołądek podjeżdża mi do gardła wypełniając usta słonawą śliną. Nie było odwrotu. W południe trzeba było wstać i rozpocząć kolejny dzień.

Przebudzenie było równie nieprzyjemne co zapadanie w sen. Oczy i usta napuchnięte wilgocią i solą, a powietrze w koi zatęchłe i gęste tak, że gdybym cokolwiek podrzucił, to pewnie by zawisło. Jak tylko uświadomiłem sobie, że jestem w miejscu, gdzie przecież chciałem,ba, marzyłem, żeby być, ogarnął mnie pusty śmiech. Spojrzałem na forluka, który znajdował się bezpośrednio nade mną i z miejsca spróbowałem go otworzyć. Desperacko pragnąłem wpuścić do pomieszczenia odrobinę świeżego powietrze, ale dopiero po chwili mocowania się z zawiasami, przypomniałem sobie, że z zewnętrznej strony przymocowany jest do niego ponton. Zakląłem pod nosem i zarzucając na siebie ciężkie od wilgoci ciuchy, otworzyłem na oścież drzwi.

W kambuzie panowała cisza przerywana jedynie regularnie obijającymi się o siebie, źle zeształowanymi garnkami i kubkami. Z niemałym trudem pokonałem kilka kroków dzielących moją koję od wyjścia na górny pokład i przywitałem siedzących tam chłopaków. Z bólem żołądka zauważyłem, że palą papierosy. Normalnie mi to nie przeszkadzało, ale każdy kolejny obłok dymu, który wydychali, powodował, że moje wnętrzności skręcały się niemiłosiernie.

- W sumie dobrze, że się pojawiłeś, bo skoro już jesteś, to na legalu mogę  sobie wypić piwko – z uśmiechem stwierdził Michał, a Adam, który stał obok, skończył papierosa i tylko przyklasnął. Na chwilę zniknął pod pokładem, a gdy wrócił trzymał dłoniach dwie puszki hiszpańskiego piwa San Miguel.

- Jak się czujesz? – zapytał Adam otwierając puszkę z charakterystycznym sykiem i trzaskiem.

- Ch….owo, ale stabilnie – stwierdziłem, siląc się na iście podwórkowy żart. Na szczęście chłopaki byli typem osób, które może rozśmieszyć wszystko, jeśli tylko odpowiednio wstawi się niecenzuralne słowo- Sumie grunt, żeby pogoda była ładna i mi przejdzie – stwierdziłem jakby próbując przekonać sam siebie, że moja choroba morska będzie trwała jeszcze tylko kilka godzin.

- Wiesz Przemek, jest taki żarcik o złotej rybce, kapitanie i jego synku. Znasz go? – jak Boga kocham, nasz kapitan znał chyba każdy żart i sypał nimi jak z rękawa. Przecząco potrząsnąłem głową i jednocześnie zachęciłem go do poprawienia mi humoru.

- Mały Jasiu złowił złotą rybkę i jak to zwykle w tego typu żartach bywa, rybka zaproponowała mu,  że w zamian za uwolnienie spełni jego trzy życzenia. Mały Jasiu nie miał pomysłu na nic specjalnego, więc poprosił, żeby złota rybka spełniła trzy pierwsze życzenia jakie wypowie jego tata, który był żeglarzem. Rybka się zgodziła. Niczego nieświadomy tata Jasia akurat był na oceanie i gdy kolejnego dnia wstał z łóżka, przeciągnął się i powiedzie dział „Sto kijów w tyłek i kotwica w plecy. Grunt, żeby pogoda była ładna”. Rybka z radością spełniła życzenie.

Około czternastej, czyli tuż po mojej wachcie, zaczęło się coś co irytowało mnie do końca rejsu – gotowanie i sprzątanie po posiłkach. Wprawdzie ustaliliśmy godziny wacht, ale nie dogadaliśmy się kto gotuje i kto po posiłkach sprząta. Na początku zależało to od dobrej woli kogoś z członków załogi, a później już bardziej na zasadzie, kto dłużej wytrzyma. I zawsze zaczynało się w ten sam sposób:

- To co robimy na śniadanie – zapytał Adam. Używając liczby mnogiej choć w rzeczywistości przez ponad dwa tygodnie rejsu nie zrobił nic poza sałatką z tuńczykiem, pokrojeniem ananasa i czymś co przypominało grochówkę ostatniego dnia rejsu. Wprawdzie do dzisiaj nie jestem tego pewny, ale wydaje mi się , że na jachtach obowiązuje zasada – „kapitan może wszystko i nie musi nic”. Nic dziwnego, że faceci uwielbiają żeglarstwo.

Z tego powodu, gotowanie, sprzątanie i pełnienie wacht, musiało być z założenia podzielone pomiędzy członków załogi, czyli mnie, Basie, która była dziewczyną kapitana i Michała, który za rejs zapłacił, więc de facto był klientem Basi i Adama.

Co ciekawe, byłem święcie przekonany, że posiłki na jachcie będą raczej proste, łatwe i szybkie do przygotowania, ale najwidoczniej na „HappyHours” mieli na to inne spojrzenie. O ile jak z Michałem zadowolilibyśmy się prostymi kanapkami i szybkimi do zrobienia posiłkami, to Adam, jako kapitan miał zawsze decydujący głos, dlatego z reguły życzenia śniadaniowe kręciły się wokół naleśników, racuchów, jajecznicy na pieczarkach, boczku, cebuli, i tysiącu innych rzeczy. Na obiady kotlety w panierce, z ziemniakami, pizze, zapiekanki warzywne itp. Itd. A wszystko trzeba było przygotować na bujającej się łódce, z użyciem dwóch małych palników gazowych, jednego dużego garnka i patelni. Narzekać nie było na co dopóki nie trzeba było tego robić, albo po tym sprzątać.

Drugiego dnia złożyło się, że Adam przygotował właśnie wspomnianą sałatkę, po której wróciłem do łóżka żeby przespać chorobę. Ponownie wstałem dopiero o 18, kiedy to już dłużej spać nie mogłem, a powoli zbliżała się moja wachta. Wyszedłem na pokład, gdzie zobaczyłem, że reszta załogi zaciągała się papierosami i wpatrywała w horyzont przed dziobem.

- Co jest? – zapytałem, czując, że odpowiedź może nie być najlepsza.

- Burza. Na dziobie przed nami. Na bolszewicką wygląda – odpadł Michał, który miał w zwyczaju używać tego przymiotnika w określeniu wszystkiego co było wielkie i wyglądało nieprzyjemnie.

Usiadłem obok nich i spojrzałem w tym samym kierunku. Na lewo od dzioba, od godziny 10 do 11, wysokie, szare chmury, rozświetlane ostatnimi promieniami zachodzącego na naszej prawej burcie, słońca. Na prawo od dziobu horyzont wyglądał jeszcze gorzej. Warstwa chmur była dużo bardziej rozbudowana zarówno w pionie jak i w poziomie, a na dodatek z oddali było widać zacinający z ukosa deszcz, który nijako łączył potężne cumulonimbusy z oceanem. Dla wszystkich, łącznie ze mną, typowym szczurem lądowym, było jasne, że zbliża się sztorm.

- Dobra Panowie, dziesięć stopni w lewo i spróbujemy się przebić pomiędzy nimi, bo wygląda na to, że się przesuwają – zarządził Adam i już po chwili, na autopilocie pojawił się kurs 220.

Tym kursem posuwaliśmy się mniej więcej trzydzieści minut, ale luka, w którą chcieliśmy się zmieścić, znikła bezpowrotnie. Zmierzaliśmy już tylko i wyłącznie w kierunku masywnej, rozbudowanej na cały horyzont chmury, która nie wyglądała, jakby miała zamiar się rozejść wraz z ostatnimi promieniami słońca. Adam co jakiś czas pojawiał się w kokpicie i kontrolował sytuacje, aż w końcu gasząc kolejnego papierosa w srebno-złotej puszcze po piwie powiedział:

- Zawracamy i wiejemy, bo inaczej znajdziemy się w środku czegoś na co nikt z nas nie ma ochoty – po czym sprawnie wykonaliśmy zwrot o niemalże 180 stopni i zmierzaliśmy na północ, zostawiając sztorm na swojej rufie.

- No dobra, to skoro deszczyk za nami, to co robimy na kolację? – zapytał rzucając pytanie w przestrzeń Adam.

Ja miałem wachtę, wiec gotowanie przypadło Michałowi, któremu pomogła Basia, a ja w kokpicie obierałem, czy to ziemniaki, czy to cebulę, bez której nie mieliśmy chyba żadnego posiłku.

Gdy byliśmy już przekonani, że sztorm zostawiliśmy za sobą, pogoda zmieniła się w przeciągu zaledwie kwadransa. Czarne chmury, które jeszcze nie tak dawno temu były daleko za nami, nagle nas dogoniły. Szarość wieczoru zamieniła się w czerń nocy, która rozświetlana była jedynie potężnymi, wciąż odległymi błyskami, a szum fal wzbogacony, o grzmoty, które z każdą chwilą przybierały na mocy. Gdy tylko udało się schować brudne talerze do kambuzu, zaczęło wiać. chwilę później – jak to mieli w zwyczaju mówić waleczni Galowie – niebo dosłownie spadło nam na głowy.

W momencie, gdy to piszę, mam  już za sobą kilka sztormów, ale tak jak za pierwszym razem, nadal mnie przerażają. Zaczyna się niemal zawsze tak samo, późnym wieczorem lub w nocy. W ciągu kilku chwil robi się tak ciemno, że jedyne co jesteś w stanie zobaczyć, to kokpit rozświetlony znajdującą się na szczycie masztu, małą LEDową lampą pozycyjną oraz rozbijające się o burty fale, które rozbryzgują białą, słoną i wdzierającą się w każde, nawet najmniejsze zadrapanie, pianę morską. Wyjący wiatr, który wprawia w ruch wszystkie, również te napięte do granic możliwości wanty i liny, które uderzają o maszt, będąc nijako wyznacznikiem tego jak mocno danym momencie wieje. Im większa częstotliwość uderzeń, tym mocniej dmący wiatr. Żywiołowi akompaniuje dudnienie łodzi, która rozbija dziobem kolejne fale, to wspinając się na nie, to z hukiem opadając i całym ciężarem uderzając o kolejne. Do tego wszystkiego dochodzą błyski i pioruny, które z zaskakującą częstotliwością, rozświetlają wszystko jak okiem sięgnąć. Wtedy dociera do Ciebie jak mała jest łódka, która płyniesz i jak niewiele potrzeba, żeby poszła na dno. Fale są wszelkiego rodzaju i wydają się podążać każda w innym kierunku. Kłócą się i walczą ze sobą, czego efektem są potężne, wysokie na kilka metrów rozbryzgi piany, która jakby w zwolnionym tempie unosi się w górę, a następnie z szelestem opada, żeby po chwili zostać wyrzucona z jeszcze większą siłą walczących żywiołów. Przez chwilę można odnieść wrażenie, że wcale nie jesteś na oceanie, tylko w jakieś abstrakcyjnej szklanej kuli, którą ktoś dla zabawy potrząsa, żeby zobaczyć co się stanie z małą łupiną na jej środku. Nic, naprawdę nic, nie przypomina w tym momencie wymarzonego, błękitnego oceanu. I jak na złość sztorm zaczął się akurat na początku mojej wachty.

Szprycbuda zasłaniała tylko zejście pod pokład i prawie w ogóle nie chroniła przed rozbryzgującymi się na dziobie falami. Zsunąłem kaptur jeszcze bardziej na czoło i upewniłem się, że morska woda nie przesiąknie przez kurtkę. Pod nią znajdował się polar – ostatnia sucha rzecz jaką miałem. Spodniami się nawet nie przejmowałem, bo jedyne długie jakie miałem, były bawełniane, więc i tak były już mokre od kilku dni.

Moim jedynym zadaniem na wachcie było wypatrywanie, czy nie ma przed nami żadnych statków, które w żaden sposób nie są oznaczone w systemie AIS, który  mieliśmy na pokładzie. Niespecjalnie dużo roboty, więc przez cztery godziny siedziałem w kokpicie i z przerażeniem  pełnym podziwu  dla siły oceanu, jedną ręką przecierałem twarz i oczy z wszechobecnej słonej wody, a drugą trzymałem w kieszeni spodni i gorliwie jak nigdy odmawiałem kolejne dziesiątki różańca.

- Jak tam? – Zapytał Adam, który pojawił się w kokpicie, gdy jedna z większych fal zalała pokład i wdarła się również pod pokład. – Pierwszy sztorm, prawda?

- Ano pierwszy i gacie, to mam pełne strachu – przyznałem szczerze.

- Nie ma się czego bać. Ani to duże, ani mocne, więc musimy zwyczajnie to przeczekać – powiedział, zapalając papierosa będącego prawdopodobnie jedyną suchą rzeczą w okolicy.

Miał rację. Nie licząc tego, że wszystko wyglądało przerażająco i jednej, naprawdę wielkiej, fali, która zalała cały pokład i zmyła to co jeszcze postanowiłem podarować Neptunowi, nie było to nic wielkiego. Do łóżka kładłem się cały mokry i szczęśliwy, że mam na koncie kolejną przygodę.

Mam nadzieję, że wpis chociaż w najmniejszym stopniu się podobał i jakimś cudem ktoś przeczyta to, co znajduje się na jego końcu, czyli prośbę o wsparcie akcji „Autostopem dla hospicjum” w ramach której zbieram 100 tys. złotych dla najmłodszych podopiecznych Hospicjum ks. Dutkiewicza w Gdańsku oraz na Fundusz Dzieci Osieroconych, który obejmuje opieką wszystkie dzieci, których bliscy zmarli w podobnych placówkach. Na chwilę obecną akcję wsparło ponad 1200 osób i udało się zebrać 30 tys. złotych, ale to wciąż mniej niż potrzeba. Jeśli chcesz nam pomóc wejdź w poniższy link i dowiedz się więcej - Autostopem dla hospicjum

Komentarze (17)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.