Dwa dni w Limie sprawiły, że miałem dość zarówno backpackerów, jak i miast. Stolica nużyła mnie samą swoją normalnością, a ludzie przewidywalnością. Każdy z identyczną lub podobną historią. Jadący w to samo miejsce lub właśnie z niego wracający. Rozmowy o studiach, pracy, imprezach i kosztach życia, z kimś bardziej ogarniętym o polityce i tak dalej. Bla, bla , bla. Niby fajnie, miło i przyjemnie, ale to już wszystko było przerabiane wcześniej setki razy, jeśli nie tysiące razy.
Mając w pamięci gigantyczne korki o poranku sprzed dwóch dni, postanowiłem wstać możliwie najwcześniej, dlatego o piątej po cichu wstałem z łóżka, wziąłem kosmetyczkę i zaspany poczłapałem w kierunku łazienki.
Poranna toaleta już na pamięć. Opłukanie twarzy, szczotkowanie zębów, brody i smarowanie twarzy kremem z filtrem. Opłukanie zawsze w pierwszej kolejności, bo zanim z brody ścieknie woda, to zawsze to chwilę trwa, więc w międzyczasie zdążę zaliczyć kolejną czynność. Zęby szoruję patrząc w lustro, w którym zawsze zauważam, czy piana pociekła mi już na brodę, czy jeszcze nie, a później biorę się za jej szczotkowanie plastikowym grzebieniem, którym obdarował mnie na urodziny Marcin. Tego dnia jednak nie mogłem zakończyć całego procesu, bo z kosmetyczki znikł mi krem z filtrem. Zdziwiony wróciłem do łóżka i zacząłem się rozglądać dookoła, aż w końcu przyszła pora na sprawdzanie plecaka. Pusto. Jeszcze wczoraj po południu używałem i pamiętałem doskonale, że włożyłem go z powrotem do kosmetyczki. Chcąc się upewnić sięgnąłem po nią jeszcze raz i po chwili uświadomiłem sobie, że brakuje również obcinacza do paznokci i mydła.
- No bez jaj – pomyślałem z niedowierzaniem przegrzebując jeszcze raz nieliczne rzeczy – ktoś mi gwizdnął takie pierdoły?
Rozejrzałem się po osobach śpiących w dziesięcioosobowym dormitorium. Jeśli to był ktoś z nich, to na pewno schował już wszystko głęboko do plecaka, a nie będę robił awantury o takie pierdoły. Najśmieszniejsze jest to, że w hostelach nigdy niczego nie zamykałem, nie chowałem, czy nie ukrywałem, bo też nigdy mi się nie zdarzyło, żeby ktoś mnie w nim okradł.
Bardziej rozbawiony, niż rozzłoszczony tą sytuacją (w pokoju byli sami Skandynawowie, Niemcy, Amerykanie i Kanadyjczycy, więc Cebulacy są nie tylko w Polsce), wymeldowałem się z hostelu i ruszyłem na przystanek, gdzie miałem złapać busa wyjeżdżającego za miasto.
Poszło sprawnie i tuż po szóstej byłem na pięknej wylotówce za miastem. Wprawdzie królował ruch autobusów, ale osobówki również się zdarzały. Było wcześnie, więc jeszcze nie odczuwałem palącego słońca, a jedynie przyjemny chłodek i bryzę wiejącą od strony Pacyfiku.
Pierwsza tego dnia podwózka była jedną z ciekawszych od bardzo długiego czasu. Kierowcą okazał się być facet, który od czterech lat regularnie startuje w rajdzie Dakar, a jego ojciec w latach dziewięćdziesiątych był ministrem sprawiedliwości. Generalnie nie jestem jakimś wielkim fanem sportów motorowych, ale gdy opowiadał o pustyniach, górach i bezdrożach pokonywanych codziennie, to aż mu się oczy świeciły. O Dakarze wiedziałem tyle, że był rozgrywany w Europie i Afryce i kilka lat temu przeniesiono go do Ameryki Południowej, więc gdy zapytałem go, który był na mecie, to się tylko roześmiał.
- Pańczo, co roku w rajdzie startuje około 450 pojazdów. Wiesz ile kończy? – zapytał
- Nie mam pojęcia – odpowiedziałem zgodnie z prawdą
- Średnio połowa. Raz do ukończenia zabrakło mi niecałych stu kilometrów, ale jeszcze ani razu nie ukończyłem całości. Za każdym razem coś nam albo odpadało, albo psuło się kompletnie.
Rozmawiało się świetnie, więc aż żałowałem, że podwoził mnie tylko 100 kilometrów dalej. Na szczęście mieliśmy jeszcze czas porozmawiać podczas śniadania, na które mnie zaprosił. Co więcej dowiedziałem się o czymś o czym nigdy wcześniej nie słyszałem – Choquequirao. Wprawdzie wiedziałem, że poza Machu Picchu istnieją też inne ruiny, ale jakoś się w ten temat nie zagłębiałem. Jednak kiedy mój kierowca pokazał mi zdjęcia ze swojej wizyty i zaczął opowiadać mi o miejscu, wiedziałem, że muszę tam pójść.
- Nie dość, że pięknie, to jeszcze mało ludzi, piękne góry, Indianie, tanio i można spać w ruinach. Jedynym problemem jest dojście, które zajmuje około trzech dni w jedną stronę.
I jak tu dać lepszą rekomendację komuś, kto chce się oderwać od ludzi i w końcu zmienić krajobraz?
Rozstaliśmy się po dwóch przegadanych wspólnie godzinach, na środku pustyni, gdzie skręcał na swój kolejny offroadowy festiwal.
Dalsza trasa szła opornie. Mało samochodów, upał i palące słońce. Jak już ktoś brał, to na dystanse nie większe niż 60km i za każdym razem wysadzał w centrum miasta, które musiałem przejść, żeby dotrzeć na wylotówkę.
Moim celem na dzisiaj była miejscowość Ica, a właściwie maleńka oaza położona nieopodal niej – Huacachina. Miejsce magiczne, jedyne w swoim rodzaju, ale co za tym idzie również pełne turystów. Wprawdzie miałem szczęście, bo w zgodnej opinii osób, z którymi rozmawiałem prawdziwy sezon zaczyna się dopiero po Wielkanocy, która miała nadejść dopiero z niecałe dwa tygodnie.
Co jest takiego wyjątkowego w tej wiosce, że przyciąga tłumy, a blisko 50% budynków, to hostele? Małe jeziorko dookoła, którego jest położona. No i fakt, że w promieniu dwustu metrów od jeziorka znajdują się potężne piaskowe wydmy, których wysokość sięga około 100-120 metrów i wyglądają spektakularnie.
Do roboty w oazie nie ma zbyt wiele, a główne atrakcje związane się rozciągającą się za horyzont piaskową pustynią. Wypady na narty i deskę są chyba najpopularniejsze, z tą różnicą, że śmiga się po palącym stopy piasku, a nie śniegu.
Praktycznie każdy hostel w mieście ma własne samochody, którymi w godzinach popołudniowych organizuje wypady na pustynię. Jako, że do hostelu dotarłem chwilę przed szesnastą, to szybko zjadłem obiad i zapisałem się na jeden z nich.
Samochód przypominał raczej stalową ramę z siedzeniami, kołami i silnikiem, niż regularny 4×4, ale i tak robił wrażenie pożądnej maszyny, która jest w stanie poradzić sobie z jazdą po pustyni. Miejsc było na jedenaście osób, ale z hostelu wyjechało tylko pięć. Para Amerykanów, małżeństwo Polaków i ja. Zapowiadało się przyjemnie i wesoło, aż do momentu, kiedy po drodze zgarnęliśmy dwie dodatkowe pary młodych Brytyjczyków. I to takich, którzy bywają ostatnimi laty dość częstymi gośćmi w Krakowie, więc chyba najgorszy typ. Mimo wczesnej godziny byli już podpici, ale postanowili pojeździć sobie na nartach. Wprawdzie kierowca początkowo był sceptycznie nastawiony do tej przeraźliwie głośnej grupki, ale dodatkowe 50 soli załatwiło sprawę i wpakowali się z nami do szkieletowego samochodu.
Początkowo wszystko, poza przekrzykiwaniem się Brytyjczyków, było super. Auto zasuwało jak dzikie, a kierowca dosłownie przeskakiwał nim z wydmy na wydmę, żeby ostatecznie zatrzymać się na szczycie jednej z nich.
- Ok, tutaj zrobimy pierwszy zjazd – powiedział, a następnie podszedł na tył auta i zaczął nam wyciągać deski z tyłu auta.
Spojrzałem w dół wydmy i momentalnie zacząłem się zastanawiać, czy zjeżdżanie z niej jest aby na pewno jest to dobry pomysłem. Spojrzałem jeszcze na deski sandboardowe których mocowania były najzwyklejszymi taśmami wkręconymi w deskę i postanowiłem, że pierwszy zjazd wykonam na brzuchu.
Poleciałem jako pierwszy i mimo tego, że zjazd przy duzej prędkości trwał nie dłużej, niż dziesięć sekund, to zabawa była przednia. Jedyną upierdliwością było czekanie aż cała grupa zjedzie. O ile byłem w stanie zrozumieć strach przed pierwszym zjazdem, to już przy kolejnych było to irytujące. Jednak to co denerwowało wszystkich, to Brytyjczycy, którzy generalnie w dupie mieli to, że wszyscy zapłaciliśmy i na szczycie wydmy bawili się w najlepsze z butelką coli, w której prawdziwą zawartość już chyba nikt nie wątpił. Gdy w końcu zaczeli zjeżdżać, to wszyscy na raz. W pewnym momencie, jadący najszybciej chłopak skrzyżował narty i się wywrócił. Wprawdzie nie wyglądało, to poważenie, ale jadąca niedaleko niego dziewczyna spanikowała i nie mogąc skręcić, wywróciła się tak pokracznie, że aż wszystkich to obserwujących na dole zabolało.
Chwilę później był już tylko krzyk i płacz Brytyjki, która leżała w połowie wysokości wydmy z wciąż wpiętymi nartami i trzymała się za kolano. Kierowca wycieczki zaklął i zaczął się wspinać w kierunku dziewczyny.
Zniesienie jej z wydmy zajęło około dwudziestu minut, a do zachodu słońca zostało nieco mniej niż trzydzieści minut, więc pojawiło się pytanie co dalej. Oczywiście dziewczyna z chłopakiem chcieli wracać do hostelu i ewentualnie do szpitala, ale ta opcja nie uśmiechała się nikomu z pozostałych. Zwłaszcza, że zjechaliśmy zaledwie dwa razy, a mnóstwo czasu straciliśmy na czekanie, aż kierowca z dwoma chłopakami zniosą dziewczynę do auta. Nasz kierowca też nie był chętny do współpracy, bo powiedzieliśmy, że możemy wracać, jeśli jutro będziemy mogli powtórzyć wycieczkę za darmo. Ten się oczywiście nie zgodził i było blisko awantury, bo podpici Brytyjczycy zaczęli wyzywać Amerykanina, który też miał swoje zdanie.
Koniec końców Brytyjczycy zostali w aucie, a my zjechaliśmy sobie jeszcze parę razy. Jednak cały urok wycieczki prysł. Co ciekawe zjeżdżanie na desce w ten sam sposób jak na snowboardzie jest dużo trudniejsze niż może się wydawać.
Kolejny dzień spędziłem praktycznie tylko i wyłącznie w hostelu nadrabiając bloga oraz planując dalszy etap podróży. Zacząłem wyszukiwać informacji o Choquequirao w internecie i wyglądało to jeszcze lepiej niż na zdjęciach. Tym co jednak ostatecznie przekonało mnie do ruszenia w tym kierunku była bardzo zdawkowa informacja o tym miejscu w Lonely Planet. Zapowiadało się obiecująco
Wpis kończę standardowo – prośbą. Do końca podróży zostało nieco ponad sześć tygodni, więc powoli kończy się czas pozostały do zebrania niezbędnych funduszy. Wprawdzie udało się nam już zebrać 61 tysięcy złotych, ale wciąż brakuje 39 tys. Czy się uda nie wiem, ale do ostatniej chwili nie odpuszczę. Dlatego jeśli macie chwilę i przysłowiowe pięć złotych na koncie, to będę wdzięczny za wsparcie zbiórki i już teraz dziękuję w imieniu dzieciaków, ich rodziców oraz hospicyjnych wolontariuszy.
Ciekawostką może być również fakt, że akcję można już spokojnie wspierać z zagranicznych kont, więc możecie też zachęcić swoich znajomych spoza Polski. Opis i szczegóły znajdziecie w linku – Autostopem dla hospicjum















Akcje wspomagalem z zagranicznego konta juz dawno :) Niedawno kupilem takze twoja ksiazke „Autostopem przez zycie” oceniam ja jako swietna i pelna emocji(takze smigam autostopem od niedawna) :P Wplace przy odrobinie chwili jeszcze pieniazki :) Pozdrawiam
A co sprawia, że podróżujesz? Może pytanie i częste i naiwne…
Zjeżdżanie po wydmie…super :) sam muszę to kiedyś zrobić