Trasa z Banos do Cuenca przebiegła bezproblemowo. Pogoda pod psem, ale do jednego z ładniejszych miast Ekwadoru mimo dojechałem na dwa „stopy” po w sumie mniej niż 5 minutach czekania. Niestety, były to kolejne podwózki bez rewelacji.
W pierwszym przypadku miły starszy pan w furgonetce, który po standardowym kwestionariuszu pytań „Skąd? Dokąd? Dlaczego?” zaczął się rozwodzić na temat samochodów, których był wielkim fanem i z każdym mijanym autem informował mnie o jego roku produkcji i różnicy pomiędzy poszczególnymi rocznikami. Druga podwózka tego dnia była jedną z tych wygodnych. Potężny terenowy Ford z zamożną parką w środku, która nie tylko powiozła mnie na odległość 400km, ale po drodze zafundowała obiad oraz zostawiła w samym centrum Cuenca. A tam szablon, który powtarzał się w każdym większym mieście Ameryki Południowej.
Luksusy
Najstarszy kościół w Ameryce Południowej – 1512
Omnomnomno
Wersja well done
Na couchsurfingu lipa, więc pozostaje hostel. Szybki check-in. I w zależności od pory samotny spacer ze ściągniętym na telefon przewodnikiem lub w ramach Free Walking Tour. Po trzech godzinach odbijania się od budynków, które w przypadku większości miast wyglądały tak samo, kombinowałem tani obiad i wracałem do hostelu. Jeśli wygrywała opcja z FWT, to różnica była taka, że niemalże w każdym przypadku po wycieczce ktoś z grupy rzucał hasło, że można się wspólnie napić piwa. Dalszy ciąg, to rozmowy, które były bardziej przewidywalne aniżeli te autostopowe. Skąd, Dokąd i już nawet nie Dlaczego, tylko większość schodziła na temat imprez w poszczególnych krajach, czy hostelach plus miejsca, które widzieli. Kultura, historia, zwyczaje, czy poznani Ekwadorczycy – zero.
Następnego dnia wyruszyłem z Cuenca. Na wylotówkę był spory kawałek, więc po prostu zacząłem łapać na głównej drodze prowadzącej przez miasto. Ledwo zacząłem, a obok mnie pojawił się Pan, który widząc mnie z kartonem, na którym miałem wypisane „Loja” zaproponował, że podwiezie mnie w lepsze miejsce, dlatego po pięciu minutach jazdy stałem już na właściwej wylotówce. Tam kolejny krótki, ale szybki stop i stopniowo oddalałem się od ostatniego większego miasta na drodze do Peru.
Sensowne przejścia graniczne pomiędzy Ekwadorem a Peru są tak naprawdę dwa. Pierwsze znajdujące się nad wybrzeżem Pacyfiku, a drugie mniej więcej w połowie dystansu pomiędzy oceanem a dżunglą. O ile ta pierwsza opcja wyglądała na taką, gdzie przejeżdża cały ruch tranzytowy, to jednak ruszając w jej kierunku nadrobiłbym mniej więcej 300 kilometrów. W warunkach północnej części Ameryki Południowej, to co najmniej sześć godzin jazdy.
Zdecydowałem się jechać przez Loja i początkowo wszystko układało się po mojej myśli. Podwózka z parką młodych Ekwadorczyków, którzy za punkt honoru powzięli sobie opowiedzenie mi wszystkich swoich historii rodzinnych oraz koniugacji pomiędzy nimi, a później z facetem, który koniec końców okazał się być taksówkarzem, a ja jedyną osobą w aucie, którą podwiózł na granicę za darmo.
Jadom
Widoczki
Na granicy klapa. Samo przejście ograniczało się do jednej budy po stronie Ekwadoru i dwóch po stronie Peru. Budy były na tyle niepozorne, że w przypadku kraju, który opuszczałem nawet nie zorientowałem się, że jest to coś co z nazwy było „urzędem migracyjnym” i niezatrzymywany przez nikogo przeszedłem do Peru. Dopiero tam dopiero pogranicznik powiedział mi, że muszę się cofnąć po pieczątkę do Ekwadoru (dość często zdarza się, że formalności są załatwiane w jednym budynku).
Stary most
Nowy most
Gdy wzbogaciłem się o kolejne dwie pieczątki w swoim kompletnie przetartym już paszporcie, stanąłem obok posterunku policji i zabrałem się za łapanie.
Początkowo byłem nastawiony bardzo optymistycznie, bo co mniej więcej 2-3 minuty przez prowizoryczną bramkę składającą się z dwóch plastikowych słupków przejeżdżało jakieś auto. Dopiero po dłużej chwili zorientowałem się, że w każdym przypadku pasażerowie nie przechodzą odprawy celnej i nie licząc drobnej opłaty uiszczanej wraz z uściskiem dłoni policjanta, przejeżdżają bez większych trudności. Zapytałem o co chodzi siedzącego na jednym z ogrodowych krzeseł oficera i ten tylko potwierdził moje spostrzeżenia i obawy.
Loża szyderców
- Mamy tu umowę o „bezwizowym ruchu przygranicznym”, więc każdy kto mieszka nie dalej jak piętnaście kilometrów od granicy może jeździć w jedną i drugą stronę bez przeszkód.
Szybko spojrzałem na mapę, ale z rozczarowaniem zauważyłem, że nie licząc mikroskopijnej miejscowości dokładnie 15 kilometrów od granicy, przez 120 kilometrów nie ma kompletnie nic.
- Czyli każde auto, które jedzie dalej musi się zatrzymać do kontroli paszportowej, tak?
- Dokładnie, ale jak widzisz dużo ich nie ma.
Spojrzałem na zegarek. Godzina piąta, czyli na miejscu jestem od co najmniej godziny, a do kontroli nie zatrzymało się jeszcze żadne auto. Co więcej zbliżały się paskudnie czarne chmury, więc podjąłem decyzję, że łapię cokolwiek, a później jakoś to będzie.
Lunie, czy nie lunie
Jak na złość w tym momencie auta kompletnie przestały się pokazywać, a chmury jakby przyspieszyły. W końcu lunęło. A jak lunęło, to lało przez bite trzy godziny. Dramatu nie było, bo nie musiałem nigdzie iść i mogłem się schronić pod dachem posterunku, ale policjanci nie byli specjalnie mili i byłem raczej obiektem kpin, aniżeli pomocy. Na szczęście o siódmej wieczorem przyszła ich zmiana.
Pierwsze auto zatrzymało się dopiero o dziewiątej wieczorem. Duży, czarny pick-up. Z nadzieją podszedłem do kierowcy, który wysiadł z dokumentami i przedstawiłem swoją sytuację. Facet posłuchał, uśmiechnął się ze zrozumieniem, ale wskazał na swój samochód i powiedział.
- Niestety, ale jest już nas w środku sześć osób, więc nie mamy miejsca. Ewentualnie na pace, jeśli chcesz.
Przez chwilę rozważałem tę opcję, ale po chwili namysłu i przejrzeniu mapy, chmur i kierunku wiatru stwierdziłem, że nie jest to najlepszy pomysł. Kilka minut w takich warunkach i byłbym przemoczony zarówno ja jak i wszystko co mam w plecaku, więc podziękowałem i wróciłem na swoją ławeczkę pod prowizorycznym dachem z gumowej plandeki, który co kilka minut trzeba było kijem podnosić, żeby pozbyć się zbierającej się w nim wody.
Siedząc obserwowałem ośmiu policjantów, którzy ewidentnie nie mieli kompletnie nic do roboty i czekałem wpatrując się na drugą stronę mostu w poszukiwaniu jakiegokolwiek światła.
Po mniej więcej dwudziestu minutach siedzenia zauważyłem, że właściciel czarnego pick-upa skończył formalności i zbierał się do odjechania. Westchnąłem tylko i głębiej schowałem nos i brodę w kołnierz kurtki.
Jedną z rzeczy, którą kocham w autostopie jest to, że gdy wydaje Ci się, że jesteś w dupie i żyć się nie chce, to nagle wszystko zmienia się o 180 stopni.
Czarny pick-up zatrzymał się obok mnie i przez uchylone okno ten sam kierowca, który jeszcze nie tak dawno temu powiedział, że nie da rady mnie wziąć, krzyknął:
- Wrzucaj plecak na pakę i wsiadaj.
Wprawdze lało jak z cebra, ale mając do wyboru utknięcie tutaj, a przejażdżkę na co najmniej 120 kilometrów i mokry plecak wybrałem to drugie. Wrzuciłem swoje 18 kilo na pakę, przykryłem je nieco za małą, ale wodoodporną plandeką i wcisnąłem się pomiędzy cztery osoby na tylnie siedzenie auta.
Moimi wybawicielami okazała się być rodzinka jadąca na weekend do znajomych. Wprawdzie nie był to strzał na tysiąc kilometrów, ale wystarczająco daleko, żeby przestało padać.
Do miasta Piura nie chciałem dojeżdżać. Raz, że środek nocy, a dwa że z każdym kolejnym tygodniem musiałem coraz to bardziej zaciskać pasa. Poprosiłem, żeby rodzinka wysadziła mnie na przedmieściach.
Jak tylko pick-up z rodzinką odjechał, zacząłem rozglądać się po okolicy. Nie licząc delikatnej, pomarańczowej łuny unoszącej się nad niedległym miastem, dookoła mnie panowała ciemność. Gwiazd nie było widać, bo niebo zasnuwały ciemne chmury, a w oddali mrok przeszywały tylko co kilkusekundowe błyski zwiastujące burzę przed którą uciekałem.
Nie chcąc, żeby zmoczyło mnie zanim rozbiję namiot, wziąłem się z a poszukiwanie miejsca na spanie. Okolica niespecjalnie temu sprzyjała, bo podłoże było piaskowo-gliniaste, czyli takie, które niezbyt chętnie chłonie duże ilości wody. A to z reguły oznacza problemy w postaci wody, a właściwie błota, w namiocie.
Zarzuciłem lekko przemoczone po jeździe na pace graty na plecy i ruszyłem wzdłuż drogi.
Długo szukać nie musiałem, bo po nie całym kilometrze marszu wzdłuż zakurzonej drogi zobaczyłem kilkadziesiąt niskich lepianek ogrodzonych prowizorycznym, drewnianym płotem. W pierwszej chwili chciałem przeskoczyć ogrodzenie, ale tuż przed samym płotem spostrzegłem światła latarek. Włamanie na teren strzeżony nie jest najmądrzejsze. Przez chwilę zastanawiałem się jeszcze, czy może jednak nie zdecydować się na rozbijanie namiotu na otaczającej mnie pustyni, ale kolejny błysk na horyzoncie przekonał mnie ostatecznie, że to jeszcze gorszy pomysł.
Podążając za światłem latarek szedłem wzdłuż płotu i jednocześnie nasłuchiwałem, czy nigdzie w pobliżu nie ma przypadkiem psów, aż w końcu dotarłem do szlabanu. I tam natknąłem się na dwóch mężczyzn.
- Dobry wieczór! -powiedziałem dość donośnie, ale przyjaźnie jednocześnie zwracając uwagę mężczyzn z latarkami. To wystarczyło, żeby równocześnie skierowali strumienie światła w moim kierunku. Byłem niemal pewny, że klasycznie mnie oślepią, ale jedno i drugie światło latarki zatrzymało się mniej więcej na wysokości mojej klatki.
- Dobry wieczór! – odpowiedział niższy z nich i obaj zaczęli zbliżać się w kierunku prowizorycznej bramy.
Z reguły w takich sytuacjach ma się około trzydziestu sekund, żeby albo wzbudzić sympatię konkretnej osoby, albo odbić się od ściany, więc pierwsze wrażenie jest bardzo ważne. Szeroki uśmiech na twarz i płynna, ale spokojna gadka kim jestem i czego potrzebuję. Tych dwóch panów chciałem przekonać do udostępnienia mi zadaszonego miejsca, gdzie będę mógł się rozbić bez obawy, że w nocy zaleje mnie woda.
To, że jestem z Polski niewiele komukolwiek tu coś mówi. Najczęstszym pytaniem, które z reguły pada gdzieś w zalążkach rozmowy, to nieśmiałe „A ta Polonia, to w Azji?”.
Miałem szczęście, bo okazało się, że wszystkie lepianki (a było ich naprawdę dużo) są niczym innym jak mieszkaniami dla robotników budujących nieopodal drogę. Jednak nic nie sprawiało wrażenia jakby ktokolwiek tam mieszkał, gdy dwóch mężczyzn prowadziło mnie w głąb, nazwijmy to, osiedla.
Wbrew moim podejrzeniom miejsce, które chcieli mi zaoferować do spania, nie było zwykłym kawałkiem ziemi z daszkiem, a jedną z pustych lepianek.
Nocleg
Wprawdzie było to zwyczajne klepisko ze wstawionym łóżkiem, ale jak na spokojny nocleg, to więcej niż potrzebowałem. Co więcej, mężczyźni zaoferowali, że jeśli obudzę się przed szóstą, to podwiozą mnie do Piury, skąd będę mógł ruszyć dalej w kierunku Limy.
Poranny transport a la tuk-tuk
Kolejnego dnia, po nocy walk z dusznym, parnym i nieporuszającym się powietrzem oraz komarami, jeden z mężczyzn odwiózł mnie na wylotówkę z Piury. Miasta, które słynie z jedzenia, ale poza nie nie ma nic do zaoferowania. Ba, to począwszy od tego właśnie miejsca zaczęła mnie na początku odrzucać, później brzydzić, a na końcu przerażać samowolka budowlana w Peru.
Wszędzie, w każdym mieście, czy wiosce, wszystkie budynki wyglądają identycznie. Niskie, maksymalnie piętrowe, zbudowane z nieotynkowanej cegły lub pustaków, z kratami w oknach oraz płaskimi dachami pokrytymi stalową blachą. Rzadko kiedy zdarza się, że jakiś dom jest pomalowany, a jak już, to nie częściej niż co dziesiąty. Co ciekawe, jak już jest to praktycznie zawsze jest na nim wymalowany baner wyborczy jednej z partii lub kandydatów startujących w byłych lub przyszłych wyborach prezydenckich, czy samorządowych. Pomarańczowo biały napis „Keiko 2016″ będzie mi się kojarzył z Peru do końca życia.
Przedmieścia Piury
Pierwsze kilometry autostopowania przed Peru, to oczywiście fascynacja. Czytałem wcześniej o kulturze Inków oraz o historii Peru, a w wyobrażeniach o kraju miałem ocean i góry pośród których schowane są inkaskie ruiny. Zderzenie z rzeczywistością było jednak brutalne, ale o tym później.
Pierwsze kilometry jazdy były przyjemne, bo choć aut mało, to jednak pierwsza podwózka na pace, później wizyta w domu u jednego z kierowców i dalej rozklekotanym fordem aż na 200 kilometrów. Trochę rozmów, trochę śmiechu, ale jedyne co było niezmienne, to pustynny krajobraz, wszechobecny kurz, pył oraz miasta, które spokojnie mógłby być nazwane identycznie, bo się kompletnie od siebie nie różniły.
Paka na pustyni
Plan na Peru miałem stosunkowo prosty. Zobaczyć prawdziwą oazę i spróbować sandbordingu, odwiedzić słynne „Nazca lines”, ruiny miast Inków oraz jezioro Tikikaka. Teoretycznie miejscem, które polecają jeszcze wszyscy podróżujący po Peru jest Iquitos – miasto położone w dżungli, ale niedostępne- lądem.
W pierwszej kolejności musiałem się jednak dostać do Limy, a od tej wciąż dzieliło mnie 800 kilometrów oraz wypadek, w którym zginęło 36 osób a kolejne 80 zostało rannych. Tylko, że o tym już w kolejnym wpisie.
Ostatnio nie miałem czasu pisać, bo praktycznie non stop byłem w drodze, ale począwszy do dzisiaj nowe wpisy będą się pojawiać co 3-4 dni ![]()
Co do zbirórki to tak jak wpisy – stanęła w miejscu, dlatego jeśli ktoś może, to wciąż będę wdzięczny za jej wsparcie. Co więcej uruchomiono możliwość przelewów zza granicy, więc jeśli ktoś do tej pory miał wymówkę, że nie ma polskiego konta, to koniec z nią ![]()
Akcję można wesprzeć pod stałym adresem - https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum


Hah, w koncu w tym gąszczu sieci trafiłem na prawdziwą perełkę. Bloga i blogera z prawdziwego zdarzenia, z prawdziwym talentem :) Jestem pod ogromnym wrazeniem tego co u Ciebie mogę przeczytac, widze, ze orientujesz się w tematach o których piszesz, a to jest wazne, ponieważ wiele osob wypowiada się na tematy na których się nie zna :)
Autostopowanie jako sposób na życie – podziwiam! Podobno jest to popularne, że młodzi ludzie stopują. Jednak w Polsce kierowcy nie czestą chcą zabierać ze sobą kogoś – ze strachu podobno. Nie wiem. Nigdy nie byłam ani po jednej ani po drugiej stronie. I chyba bym się sama bała stopować. Ale pewnie przygód jets podczas takich wyprach co niemiara.
Monika prawda jest taka, że prawie w każdym kraju (przynajmniej w Europie), jeżeli stopując liczyłabyś samochody, które obok Ciebie przejeżdżają to pewnie jakieś 75% kierowców nie zabiera, ale zazwyczaj ci którzy Cię wezmą to całkiem fajni, sympatyczni ludzie. A strach? Strach działa w dwie strony, Ty nie wiesz do kogo wsiadasz, a kierowca nie wie kogo zabiera. Trochę zaufania do innych! Ze swojej strony powiem, że stop przywraca wiarę w ludzi (większość kierowców chce Ci jakoś pomóc, dają wodę, częstują kawą czy jedzeniem, a czasem oferują nocleg i to wszystko zupełnie bezinteresownie!). Trzeba tylko wyjść z tej tzw. „strefy bezpieczeństwa”, gorąco polecam :)